Fraszki (Kochanowski, 1883)/Księgi Wtóre (całość)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kochanowski
Tytuł Fraszki
Podtytuł Księgi Wtóre
Data wydania 1883
Wydawnictwo K. Bartoszewicz
Drukarz A. Koziański
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Księgi wtóre.




Do Jadwigi.

Wróć mi serce Jadwigo! wróć mi prze Boga,
A nie bądź przeciwko mnie tak barzo sroga.
Bo poprawdzie samego serca krom ciała,
Niebaczę, żebyś jaki pożytek miała;
A ja trudno mam być żyw, jeśliże muszę
Stracić lepszą część ciała, a owszem duszę.
Przeto uczyń tak dobrze: albo wróć moje,
Albo mi na to miejsce daj serce swoje.


Do Pluta.

Ten próżny wacek Plucie! poświęciłem tobie,
Już tam miej i pieniądze i ten wacek sobie.
Dziwna rzecz, jako ciężko czczą nosić kaletę,
A dziwniej, jako cięży, wydawszy monetę.


Epitaf. Sobiechowi.

Wszyscy ludzie, którzy cię za żywota znali,
Siła o twoich pieniądzach Sobiechu! trzymali;
Alem ja tego doznał w twej własnej potrzebie,
Że nie tyś miał pieniądze — one miały ciebie.


Na wieniec.

Ten wianeczek ruciany piękna Greta wiła,
Aby weń nadobnego Klimka przystroiła.

A jako wieniec, tak się miłość jej zieleni,
A chocia wieniec zwiędnie, miłość się nie zmieni.


Na różą.

Nadobny sobie kwiat Wenus obrała,
Kiedyby jego krasa dłużej trwała;
Lecz, co zakwitnie, jako słońce wznidzie,
To zasię spadnie, ledwie wieczór przydzie.
Rwi, panno! różą za nowego kwiata,
A pomni, że tak bieżą twoje lata.


Na łakomego.

Nienagorzej tego Bóg oddzielił, któremu
Nie dawszy państwa, nie dał, by zajźrzał drugiemu,
Ale dał taki umysł, że na swem przestawa,
A dla lepszego mienia w trudność się nie wdawa.
Ów się w dziale mem zdaniem dał oszukać marnie,
Co nigdy syt nie będzie, chocia zewsząd garnie.


Z greckiego.

Nie znam się ku tym łupom; ktoli to szalony
W Marsowym domu przybił ten dar niezdarzony?
Widzę całe szyszaki, tarcze nieskrwawione,
Widzę drzewa i groty nic nienaruszone.
Gore mi twarz przed wstydem, a pot przez mię bije:
Raczej gmach i łożnicę tem niechaj obije,
A mój kościół przyszlachci łupy skrwawionemi;
Srogi Mars rychlej się da ubłagać takiemi.


Do przyjaciela.

Nie frasuj sobie przyjacielu! głowy,
Chociaś zawiedzion omylnemi słowy;

Poczekaj jeszcze, a przypatrz się pilnie,
Jeśli prawdziwie, czy mówią omylnie,
Że białegłowy na to się ćwiczyły,
Aby nas za nos prostaki wodziły?
Ja nic nie twierdzę, ale mi ty powiesz,
Kiedy się też sam pewnej rzeczy dowiesz,
A ja przestanę na twoim wyroku,
Jako mam trzymać o tej kości z boku?


O Koźle.

Kozieł, kto go zna, piwszy do północy
Nie mógł do domu trafić o swej mocy;
Ujźrzawszy kogoś — Słuchaj panie młody!
Proszę cię, nie wiesz ty mojej gospody?
A ten: Niech cię znam, tedy się dowiewa. —
Jam, pry, jest Kozieł. — Idźże spać do chlewa.


Na Piotra.

Nie przeto pytam Pietrze! gdzie się chcesz przechodzić,
Abych się miał na jednę drogę z tobą zgodzić,
Ale gdziekolwiek ty chcesz, to mnie tam nie w drogę,
Bo twego kiepstwa słuchać już dalej nie mogę.


O kapelanie.

Królowa do mszej chciała, ale kapelana
Doma nie znaleziono, bo pilnował dzbana.
Przyjdzie potem nierychło w czerwonym ornacie,
A królowa: Ksze miły! długo to sypiacie?
A mój dobry kapelan na ono łajanie:
Jeszczem ci się dziś nie kładł, co za długie spanie?


O drugim.

Co się wam widzi ten drugi?
Księże! nie bądź ze mszą długi. —

Bo to łacno odniesiecie,
Nie będzie jej, jeśli chcecie.


Ofiara.

Tę sieć Mikołaj świętym ofiaruje,
Bo mniej w starości codzień mocy czuje;
Teraz pod wodą grajcie ryby śmiele!
Mikołaj zdycha, sieć wisi w kościele.


Do doktora.

Nie wiem, podobnoli to co ku rozumowi,
Posyłać (a źle i rzec) fraszki doktorowi.
Chciawszy się też popisać z rozumem u niego,
Za fraszkę prawie stanie mój rozum przy jego.
A tak cię niechaj próżno doktorem nie zowę,
Wypraw z tego wątpienia moję prostą głowę.


Do gospodarza.

Rad się widzę u ciebie gospodarzu miły!
Ale wypić tak wiele nie mej słabej siły,
A gdy mi każesz pełnić sobie abo komu —
Jakobyś rzekł: Nie chcę cię mieć długo w tym domu.


Z greckiego.

Nie z Messany, nie z Argu tu zapaśnik stoję,
Spartę sławną ja mienię za ojczyznę swoję.
To fortelni; ja jako słusze na krew[1] miłą
Lacedemońskich synów, mam zwycięztwo siłą.


O kaznodziei.

Pytano kaznodzieje: Czemu to prałacie!
Nie tak sami żywiecie, jako nauczacie?

(A miał doma kucharkę) i rzecze: Mój panie!
Kazaniu się nie dziwuj, bo mam pięćset na nie;
A nie wziąłbych tysiąca, mogę to rzec śmiele,
Bych tak miał czynić, jako nauczam w kościele.


Epit. Andr. Bzickiemu kaszt. chełm.

Możem się nie owszejki[2] skarżyć na te lata,
Jakokolwiek, jest przedsię godności zapłata.
Jędrzej Bzicki w tym grobie leży położony,
Który acz nie w majętnym domu urodzony,
Jednak za dowcipem swym, którym go był hojnie
Bóg obdarzył, a on im szafował przystojnie,
Był wziętym u wszech ludzi, siedział w pańskiej radzie,
Co mu więtszą cześć niosło, niż złoto w pokładzie;
Do Turek posłem chodził; labirynty prawne,
Jeśli jednemu w Polsce, jemu były jawne;
Umarł prawie na ręku u życzliwej żony
I leży pod tym zimnym marmorem zamkniony.


Tegoż małżonce.

Anna z Pilce, dwu mężu zacnych pochowawszy
I dwu synu, jako dwu źrzenic, opłakawszy,
I z mężów kasztelanka i z rodu, w tym grobie
Leży, który za zdrowia gotowała sobie;
Białagłowa uczciwa i serca wielkiego,
By u śmierci okrutnej było co ważnego.


Do fraszek.

Fraszki moje! (Coście mi dotąd zachowały)
Nie chcę, żebyście kogo źle wspominać miały;

Lecz jeśli wam nie kmyśli cudze obyczaje,
Niechaj karta występom, nie personom łaje;
Chcecieli chwalić kogo, chwalcież, ale skromnie,
By pochlebstwa jakiego nieuznano po mnie;
To też wiedzcie, że drudzy swej się chwały wstydzą
Podobno, że chwalnego w sobie nic nie widzą.


Ofiara.

Pafijej swe zwieciadło Lais poświęciła —
Nie chce się widzieć, czem jest; nie może, czem była.


Na toż.

Gładkość od ciebie Wenus! ale nie trwa w mierze,
Bo co ty dasz, to zasię znienagła czas bierze.
Ponieważ tedy widzę, że mię ten dar mija,
Weźmiż i świadka daru swego o Pafija!


Z greckiego.

W tym grobie piękna Timas leży pogrzebiona
Którą przed szlubem wzięła czarna Persefona.
Na jej mogile wszytki rówiennice razem
Swe lube włosy ostrem ustrzygły żelazem.


Do dziewki.

Daj, czegoć nie ubędzie, byś najwięcej dała;
Daj, czego próżno dawać potem będziesz chciała,
Kiedyć zmarski twarz zorzą, a gładkie zwierciadło
Okaże to na oko, że cię siła spadło.
Już tam służyć nie będą te pieszczone[3] słowa:
Stachniczku duszo moja! — rychlej: Bądź mi zdrowa
Marya łaski pełna! — a w ręku pacierze,
Na jakie przy kościele baba pieniądz bierze.

Teraz możesz lelią piękny[4] włos otoczyć,
Teraz możesz zaśpiewać, możesz w tańcu skoczyć;
Po chwili przyjdzie druga, którą przejdziesz laty,
I rzeczeć: Weźm ty kądziel, przystojniej mnie z swaty.


Do Jędrzeja Patrycego.

To nie grzeczy Jędrzeju! że zarazem i ty
Na febrę stękasz i ja łeb noszę zawity;
Lepszy fortel rodzeni Lakonowie mają,
Co sobie jednej dusze wzajem pożyczają.
Czemu nam też Bóg takiej zgody nie pozwoli,
Aby wżdy jeden cieszył, gdy drugiego boli?


Do doktora.

Mówiłem ci: Nie noś mi tych fraszek doktorze!
Które tam czasem słyszysz w biskupiej komorze;
Bo fraszek, jako sam wiesz, mam z potrzebę[5] doma,
Statku tam raczej nabierz obiema rękoma.


Do Wojtka.

Pytasz: nie tesznoli mię tak samego siedzieć?
Teszniej mnie Wojtku! z tobą, kiedyś to chciał wiedzieć.


Z greckiego.

By się wszytka nawałność morska poruszyła,
By wszytek Ren zebrana moc niemiecka piła;
Nigdy nie będą mogli rzymskiej sile szkodzić,
Dokąd cesarz przeważny wojsko będzie wodzić.
Tak i dęby korzenia swego się trzymają,
A suchy nikczemny list wiatry obijają.

Na fraszki.

A cóż czynić? Pijaństwo zbytnie zdrowiu szkodzi,
Gra też częściej z utratą, niż z zyskiem przychodzi,
A nadzieje zaś nie masz wzajemnej miłości,
A owa na swą szkodę suszy barzo kości.
Wy tedy, co kto lubi, moi towarzysze!
Pijcie, grajcie, miłujcie — Jan fraszki niech pisze.


Do Wojtka.

I owszem miły Wojtku! zjednaj się z tą panią,
Niech nie woła za tobą, ani też ty za nią;
Chwalę cię, że tam w sercu nie chcesz nic zostawić,
Ale zaraz przyjaźni skutkiem chcesz poprawić,
Idź co rychlej, boć wieczór; a tego jednania,
Ile po rzeczy baczę, będzie do świtania.


O starym.

Stary miał priapismum, nieukładną mękę,
Lecz była młodej żonie ta niemoc na rękę,
Bo się pan często parzył w przyrodzonej wannie,
Co więcej, niźli jemu, pomagało Hannie.
Potem go uleczyli mądrzy doktorowie,
A pani w płacz nieboga: Biadaż mojej głowie!
Kiedyś ty mężu! stękał, jam się dobrze miała,
A kiedyś ty zasię zdrów, ja będę chorzała.


Do fraszek.

Fraszki! za wszeteczne was ludzie poczytają
I dla tego was pewnie uwałaszyć mają.
A tak ja upominam: Nie mówcie plugawie,
Byście potem nie były z wałachy na trawie;
Ale[6] mówcie przykładem mego Mikołajca:
Co to niesiesz? — Gospodze! z odpuszczeniem jajca.

Do Bartosza.

Bartoszu łysy, a z hiszpańską brodą!
Godzienby łaski za swoją urodą,
Ale panienki na cię nie łaskawy,
Tak powiadają, żeś nogieć[7] wąchawy;
Co jeśli tak jest, szkodać i urody
I tej łysiny i tej czystej brody.


Na obraz Andr. Patrycego.

Na wszytkiem Patrycemu[8] ten obraz jest równy,
Chyba to, że ten milczy, a owo wymówny.


Do doktora.

Nie trzeba mi się wiele dowiadować,
Kiedy ty chodzisz doktorze miłować?
Bo która z tobą w wieczór pobłaznuje,
Każda nazajutrz piżmem zalatuje.


Z greckiego.

Ani w młodej roskoszy, ani w starej widzę;
Owej prosto żałuję, a tej się zaś wstydzę.
Złe niedoszłe, ale też złe przestałe grona,
Nalepsze, gdy doźrzeją; także też i żona.


Ofiara.

Ten pas Greta, podstarzawszy sobie,
Poświęciła! można Wenus tobie.
Tomku złoty! twoja wie kaleta,
Zkąd dostała tego pasa Greta?


Z greckiego.

Nie sądź mię za umarłą gościu mój miły!
Śpiewaczki mityleńskiej, z tej to mogiły.

Człowieczych to rąk sprawa, a taka praca
Rada się w krótkim czasie wniwecz obraca.
Lecz jeśli mię chcesz pytać o rymy moje,
Którym boginie dary przydały[9] swoje,
Wiedz, iżem śmierci znikła; a póki słynie
Lutnia i mowne gęśli, Safo nie zginie.


Do Josta.

Twój mi brat Jostcie! powiada o tobie,
Żeś łaskaw na mię, czego życzę sobie,
Bo twoja przyjaźń, którego zwyczaje
U ludzi chwalne, świadectwo mi daje,
Żem dobry człowiek; ani ty miłujesz,
Jedno w kim cnotę i stateczność czujesz.
Przeto, żebyś też wiedział serce moje,
Ślę te do ciebie krótkie rymy swoje,
Który miej jako pewny zakład jaki,
Żem jest i chcę być twój na czas wszelaki.


Nagrobek p. Chmielowskiemu.

Wiatry z północnem morzem na mię się zmówiły,
Aby mię niewinnego gardła pozbawiły,
I nakoniec dowiodły swego, bo stargawszy
Białe żagle i okręt w kęsy zdruzgotawszy,
Przybiły mię do brzegu pustego na desce;
Tamżem został, bo wyszcia nie dawało miejsce.
A ty, co tędy płyniesz po głębokiej wodzie,
Umiej o Chmielowskiego powiedzieć przygodzie.


Do St. Porębskiego.

Jeśli co ważne jest świadectwo moje
Porębski złoty! skotopaski twoje

W tej wadze u mnie, żeby się mógł do nich
Teokryt przyznać, tak ja trzymam o nich.


Z greckiego.

Alkon patrząc na syna, kiedy go smok srogi
W poły trzymał, wyciągnął acz z bojaźnią rogi
I nie uchybił celu; bo strzała zwierzęciu
Prawie w gardle utknęła przy samem dziecięciu,
A sprawiwszy, co myślił, wedle dębu tego
Łuk zawiesił, znak szczęścia i oka miernego.


Do Marcina.

Filozofi, co nad nas uszy lepsze mają,
O dziwnie wdzięcznych głosiech w niebie powiadają;
Którym ja, jako prostak, we wszem wiarę dawam,
Ale na twej muzyce Marcinie! przestawam.


Do nieznajomego.

Nie masz o co stać, bych cię wpisał w swoje karty,
Bo tam statku nie wiele, a snadź wszystko żarty —
Ale możeszli wytrwać, gdy będą kpić z ciebie,
Powiedz imię co rychlej, chcę cię mieć u siebie.


Do Stanisława.

Powiedz mi, gdzie się chowasz bracie Stanisławie!
Bom cię tak długo szukał, ażem ustał prawie;
Jakożeś mię był prosił na obiad do siebie,
Takżem cię ani widział i jadam bez ciebie.


O Bekwarku.

By lutnia mówić umiała,
Takby nam w głos powiedziała:
Wszyscy inszy w dudy grajcie,
Mnie Bekwarkowi niechajcie.

Do Wędy.

Miło patrzać na łąki, kiedy się odzieją,
Miło patrzać na zdroje, kiedy wodę leją;
Dobra lecie śmiotana, dobra szołdra[10] zimie,
Kiedy uschnie na wietrze abo w gęstym dymie;
Dobry wieniec bluszczowy — nad wszytko multanki,
Kiedy grasz Węda! w lesie, zabywając Hanki.


O Aleksandrzech.

Aleksander sławną Troję skaził,
Aleksander Persy z państwa zraził,
Aleksander ufrasował żaki,
Aleksander powadził Polaki.


Do Hanny.

Na palcu masz diament, w sercu twardy krzemień,
Pierścień mi Hanno! dajesz, już i serce przemień.


Nagrobek Mik. Trzebuchowskiemu.

Kości twe Trzebuchowski! zamknęła w tym grobie
Żona, którąś zostawił w żałości po sobie.
Pamięć twoja w jej sercu zawżdy będzie trwała,
Póki teskliwa dusza nie odbieży ciała.


Temuż.

By Bóg duszę za duszę chciał od nas przyjmować,
A mógł człowiek swem zdrowiem cudze odkupować:
Ile mi kolwiek wieku naznaczono w niebie,
Dałabych była wszytko mężu mój! dla ciebie.
Lecz iż na taki frymark śmierć nierada zwoli,
A zachować swą srogość jednostajnie woli:
Muszę trwać w ciężkim żalu i trosce po tobie,
A moja wszytka radość legła z tobą w grobie.

Do doktora Montana.

Pierwszą, wtórą i trzecią, czwartą wieś i piątą,
Szóstą także i siódmą, ósmą i dziewiątą,
Nie wiem miły doktorze! w której masz krainie;
Jam tylko był w Dziesiątej, która przy Lublinie.


Nagrobek opiłej babie.

Czyj to grób? Bodaj zdrów pił. Czyja to mogiła?
Jeno rychło, jużbych dwie tymczasem wypiła.
Nie chcewa się rozumieć. Nalejże mnie sporzej.
Wściekła babo! nie pijęć do ciebie. Tem gorzej.
Imię twoje chcę słyszeć. A szatan ci potem,
Wiedzieć, kto w tamtym grobie, a kto w owo tym?
Miejże się tedy dobrze. A jako bez piwa?
Przyuczaj się. Nie byłam trzeźwia jako żywa.


Do Wenery.

Wenus! nie odnawiaj mi już przeszłej nadzieje,
Niech się mój nieprzyjaciel (wszak wiesz kto) nie śmieje.
Bo lepsza pewna wolność, niż rozkosz wątpliwa,
Ta zawżdy ze mną, a z tej często nic nie bywa.
A nasze troski wniwecz, wniwecz i staranie,
Którem to sfałszowane kupujem kochanie.
Podejźrzany mi twój śmiech i twe słodkie słowa,
Boję się, by nie była znowu jaka znowa.
Jako chcesz; aleć tego pełne będą karty,
Chociać mój płacz u ciebie śmiech tylko a żarty.


Do dziewki.

A co wiedzieć, gdzie chodzisz moja dziewko śliczna!
A mnie tymczasem trapi teskność ustawiczna.
Jakoby słońce zaszło, kiedy niemasz ciebie;
A z tobą i w pół nocy zda się dzień na niebie.

O rozkoszy.

Roskoszy na świat szczerej nie podano,
Ale do każdej żółci przymieszano.
Zkąd cię potyka, co twej duszy miło,
Masz przyjąć i to, co nie kmyśli było.


Na historją trojańską.

Nie dopiero to wiedzą, że dobrze miłować;
Ważył się przedtem Parys przez morze żeglować
Dla nadobnej Heleny, którą jemu była
Za złote jabłko piękna Wenus namieniła.
Nie dbał, chocia pogonia miała być za niemi,
Choć miał tego przypłacić braty rodzonemi,
Nakoniec swym upadem i wszytkiego domu;
Smakowała mu miłość, nie wiem jako komu.


Nagrobek Adrianowi dokt.

Śmierci! to nie śmiech, już nam bierzesz i doktory;
A jakoż tu może być dobrej myśli chory?
Bóg żegnaj Adrianie; nie pomogą zioła,
Komu się na śmierć bierze, musi wsiadać zgoła.


Do swych rytmów.

Rymy głupie, rymy nieobaczne!
W których jako we zwierciedle znaczne
Me szaleństwo, idźcie w ogień wszytki,
A zatłumcie mój postępek brzydki,
Za który się długo wstydać muszę;
Serdecznego żalu tu nie ruszę,
Bo ten w twardym diamencie ryto,
Aby wiecznie trwał, czego mnie lito.[11]

O przyczynę przebóg nie pytajcie,
Ani mi tej rany odnawiajcie.
Niewdzięczność mię ludzka potępiła,
Bodaj się źle w rychle zapłaciła.


Do Anny.

Wczora czekając na twe obietnice
I zabywając niejako tesknice,
Napisałem ci krom rozmysłu wszego
Ten rym niegładki, zkądbyś serca mego
Frasunk poznała i myśl utrapioną
Anno! twojemi słowy zawiedzioną,
Bom ustawicznie rachował godziny,
A szukał twego mieszkania[12] przyczyny.
Chciałemli czytać, tom nic nie rozumiał,
Chciałemli zagrać, tom począć nie umiał;
Nakoniec wziąwszy we mdłą rękę piórko,
Pisałem: Ojca prawdziwego córko,
Nieprawie słowna! — a wtem mię sen zmorzył,
Gniew upokoił, nadzieję umorzył.


Do przyjaciela.

Jednego chcieć i nie chcieć, to społeczność prawa;
Gdzie się myśli nie zgodzą, tam przyjaźń dziurawa.
Iż tedy na mem zdaniu ty przestać nie raczysz,
Przestanę ja na twojem, owa się obaczysz.


Do Andrzeja Trzecieskiego.

Bógżeć zapłać Jędrzeju! żeś mię dziś upoił,
Boś we mnie niespokojne troski upokoił,

Które mi serce gryzły, jako to być musi,
Gdy człowieka niewdzięczność opętana dusi.
Wiem dobrze, że niedługo ze mną tej roskoszy,
Bo to wszytko po chwili trzeźwa myśl rozproszy.
Ale witaj mi ta noc wolna od frasunku!
Któż wiedział, by tak wiele należało w trunku?


Na rym nierozmyślny.

Kto mi każe rym pisać nierozmyślnie, taki
Ma wolą przyjąć, chocia będzie ledajaki.


Na pszczoły budziwiskie.

Do j. m. p. w. wileńskiego.
Patrzaj, jako płodnych pszczół niesłychane roje
Okładły zacny panie! miodem ściany twoje;
Dobry to znak, jeśli Bóg dał wieszczą[13] myśl komu,
Że dostatek i wieczne potomstwo w twym domu.


Do gościa.

Bądź ptaka, bądź zająca szukasz po tym boru
Gościu! słuchaj mej rady, stąp mało do dworu;
Pewniejsza tu zwierzyna, gdzie pełne piwnice,
Abo gdzie pszczoły niosą miód za okienice.


Do pszczół.

Powiedzcie piękne pszczoły, wszak wam na tem mało,
Co was tu mimo ule do izby wegnało?


Odpowiedź.

Dla pijanic źle się z tem odkryć leda komu,
Tobie w ucho powiemy: czujem tu miód w domu.


Do doktora.

Arcydoktorem cię zwać każdy może śmiele,
Bo ty nietylko umiesz zleczyć niemoc w ciele,

Ale i na dobrą myśl masz fortelów wiele:
Wino, lutnią, podwikę; to mi to wesele.


O fraszkach.

Próżno mnie do dziewiąci lat swe fraszki chować,
Jako ksiąg mądrzy ludzie zwykli poprawować;
Bo tą moją pilnością już nic nie przybędzie,
Bych kreślił i nadkreślił, fraszka fraszką będzie.


O nowych fraszkach.

Nic teraz po mych fraszkach, bo insze nastały,
Których poczet na każdy dzień widzę nie mały,
Więc je na pargaminie nadobnie pisano,
A niektóre i złotym prochem posypano,
U każdej orzeł i pstra czysta sznura długa,
Spytajże Arystarcha; fraszka, jako druga.


Do Anny.

Królowi rówien, a jeśli się godzi,
Mówić co więcej, i króla przechodzi
Anno! kto siedząc prawie przeciw tobie,
Przypatruje się coraz twej osobie
I słucha twego śmiechu przyjemnego,
Co wszytkich zmysłów zbawia mię smutnego.
Bo skoro najmniej wzrok skłonię ku tobie,
Słowa nie mogę domacać się w sobie,
Język mi zmilknie, płomień się w mię kradnie,
W uszu mi piszczy, noc przed oczy padnie,
Pot przez mię bije, drżę wszytek i bladnę,
Tylko że martwy przed tobą nie padnę.


O Pelopie.

O Pelopie ten głos był, że go ojciec srogi
Uwarzył i dał na stół, gdy czestował bogi.

I zjedli mu tam byli między sobą ramię,
Czego, kiedy zaś ożył, miał widomie znamię,
Ale Pindarus nie chce zwać obżercą Boga;
Bo sprosna mowa pewna do upadku droga;
I[14] powiada: Gdy bogi Tantalus czestował,
Wtenczas mu się Neptunus syna rozmiłował
I uniosł go do nieba, gdzie potem i drugi
Był przyniesion Trojańczyk dla tejże posługi.
Wiem, co posługą zowiesz; zły mu był warzony,
Także chciał spatrzać, jako smakuje pieczony?


Nagrobek mężowi od żony.

Mężu mój miły! ty już[15] leżysz w grobie,
A ja trwam jeszcze na świecie po tobie.
Ale co żywę, umrzećbym wolała,
Bom tylko na płacz wieczny tu została.


O miłości.

Kto naprzód począł miłość dziecięciem malować,
Może mu się zaprawdę każdy podziwować;
Ten widział, że to ludzie bez rozumu prawie,
A wielkie dobra tracą przy tej głupiej sprawie.
Tenże nie darmo przydał na ramiona pierze,
Bo tam częsta odmiana: to gniew, to przymierze.
Strzały znaczą, że nagle człowieka ugodzi,
A z onej rany żaden zdrowo nie odchodzi.
We mnie strzały mieszkają i ten bożek mały,
Ale mu pewnie wszytki pióra wypadały,
Bo się nie da wypłoszyć nigdziej z serca mego,
Ani mi odpoczynku pozwoli żadnego.
Co za roskosz masz mieszkać w suchych kościach moich?
Zaby już nie czas przenieść gdzieindziej strzał swoich?

Lepiej swej mocy na tych nieukach skosztujesz,
Bo już nie mnie, ale mój tylko cień frasujesz,
Który jeśli zatracisz, kto tak śpiewać będzie?
Z moich tych prostych rymów jesteś sławny wszędzie,
Które rumianej twarzy i oka czarnego
Nie zamilczą u paniej i chodu snadnego.


O Rzymie.

Jako wszytki narody Rzymowi służyły,
Póki mu dostawało i szczęścia i siły,
Także też, skoro mu się powinęła noga,
Ze wszytkiego nań świata uderzyła trwoga.
Fortunniejszy był język, bo ten i dziś miły —
Tak zawżdy trwalszy owoc dowcipu, niż siły.


Do doktora.

Nie mam ci zacz dziękować mój miły doktorze!
Żeś mię samego z gośćmi zostawił w komorze,
Bom się im żadną miarą nie mógł wykuglować,
Musiałem się jako bóbr jajcy odkupować.


Na Chmurę.

Próżno Chmurę szczujecie[16] memi wierszykami,
O tym właśnie rzeczono: karmion ten wronami.


Nagrobek Annie.

Za twoję dobrą wolą, którąś w domu swoim
Zawżdy okazowała Anno! gościom twoim,
Za dobrą myśl i one uczciwe biesiady
Godnabyś przetrwać była trzystoletnie dziady.
Ale nam tych rozkoszy sroga śmierć zajźrzała,
A ciebie prawie z naszych rąk nagle porwała;

I chodzisz teraz brzegiem niepamiętnej wody,
A my nieszczęścia płaczem i swej znacznej szkody.
Mieccie kwiatki na ten grób panny i młodzieńcy!
A jej szlachetne kości przyodziejcie wieńcy.


Do Montana.

Jako Lais zwierciadło Pafiej oddała,
Kiedy prze lata pierwszej gładkości stradała:
Tak Jan tobie Montanie! słojki twe oddawa,
Bo co mu po nich, kiedy piżma w nich nie stawa?


Nagrobek Stan. Zaklice z Czyżowa.

Tu Stanisław Zaklika położył swe kości,
Nietylko z przodków swoich, lecz i z swej dzielności
Dobrze znaczny, bo w krajach postronnych strawiwszy
Młodość swoję i królom panom swym służywszy,
Ostatek wieku swego pospolitej rzeczy
Oddał, której, swych utrat nie mając na pieczy,
Darmo zawżdy rad służył, bo jako nagrody
Od tej, od której wszytko, chcieć za swoje szkody?
Cnota na czci ma dosyć, tą Zaklika słynie,
Wszytko insze, jako dym abo mgła przeminie.


Dorocie z Michowa żenie jego.

Nie chciałam cię! mężu mój zostać[17] twoja żona,
Ale i w ziemi leżę z tobą pogrzebiona.
Nigdy, nigdy prawdziwa miłość nie umiera,
Lecz i w ogień włożona do kości przywiera.
Dziatki! miejcie się dobrze, mnie z mym miłym wszędy
Mężem dobrze być musi, bez niego nikędy.

Na most warszawski.

Nieubłagana Wisło! próżno wstrząsasz rogi,
Próżno brzegom gwałt czynisz i hamujesz drogi;
Nalazł fortel król August, jako cię miał pożyć,
A ty musisz tę swoję dobrą myśl położyć,
Bo krom wioseł, krom promów już dziś suchą nogą
Twój grzbiet nieujeżdżony wszyscy deptać mogą.


Na tenże.

To jest on brzeg szczęśliwy, gdzie na czasy wieczne
Litwa i Polska mają sejmy mieć spółeczne,
A ten, który to wielkiem swem staraniem sprawił,
Aby już więc żadnego wstrętu nie zostawił,
Wisłę, która nie zawżdy przewoźnika słucha,
Mostem spętał; bród wielki, ale droga sucha.


Na tenże.

Nie woła dziś przewoźnik: Wsiadaj, kto ma wsiadać,
Niebezpieczno się wozić, gdy mrok pocznie padać.
Słysz, mam ja zegar w mieszku, który póki bije,
Póty też i gospodarz, co go nosi, pije.
A ty spi przewoźniku! niedbając na goście;
Byś i darmo chciał przewieść, ja wolę po moście.


Na nieodpowiedną.

Odmów, jeślić nie po myśli; daj, maszli dać wolą,
Słuchając słów niepotrzebnych aż mię uszy bolą.


O Łazickim a Barzym.

Łazicki z Barzym gospodarzu miły!
Jeśliś nie świadom, jakowej są siły,
Chciej same tylko uważyć imiona,
A maszli rozum, niech spać idzie żona.

O dobrym panie.

Dobry pan jakiś, jadąc sobie w drogę,
Ujźrzał u dziewki w polu bosą nogę.
Nie chodź (powiada) bez butów, ma rada,
Bo macierzyzna tak zwietrzeje rada. —
Łaskawy panie! nic jej to nie wadzi,
Chyba żebyście pijali z niej radzi.


O Kachnie.

Kachna się każe w łaźni przypatrować,
Jeślibych ją chciał nago wymalować?
A ja powiadam: Gdzie nas dwoje siędzie,
Tam pewna łaźnia, mówię łaźnia będzie.


Na Barbarę.

Jakoś mi już skaczesz słabo,
Folguj sobie miła Barbaro! proszę cię.
Czart roskakał tego swata,
Niedba nic, choć kto ma lada co przed sobą.
Okazuje swoje sztuki,
Aboć nie wie, że masz w Nuremberku towar?
Ale ty wżdy nie bądź głupia,
Nieznajomym nie daj dudkować przed sobą,
Nie zwierzaj się leda komu,
Nie puszczaj mnichów do dobrego mieszkania,
I kapłanów się wystrzegaj,
Raczej sama zawsze letanije śpiewaj.
A chceszli mię słuchać dalej
Moja Barbaro! nie szacuj dobrych ludzi,
Zawżdy raczej szukaj zgody,
Niech za cię skacze, kto młotem dobrze robi.
Możesz odpróć i te wzorki,
Czyście tak nama z paciorkowym biczykiem.

A nie dufaj w żadne czary,
I pod pierzem szpetny staroświecki biret.
Wiedzże, co masz czynić z sobą,
Bo lisi ogon za towar nie uchodzi.
A łotrowie, co to widzą,
W oczy pięknie, w kącie szykują swe draby.
Domyślajże się ostatka,
Wszakżeś już twym dziatkom marcypan rozdała.


Do miłości.

Chyba w serce miłości! proszę nie uderzaj,
Ale na każdy członek inszy śmiele zmierzaj.


Na świętego ojca.

Świętym cię zwać nie mogę; ojcem się nie wstydzę,
Kiedy wielki kapłanie! syny twoje widzę.


Na miernika.

Kiedyście się tych pomiarków tak dobrze uczyli;
Że wiecie, ilekroć koło obróci się w mili?
Zgadnicież mi, wiele razów, niż jeden raz minie,
Magdalena pod namiotem żywym duszą kinie?


Na posła papieskiego.

Pośle papieski, rzymskiego narodu!
Uczysz nas drogi, a sam chybiasz brodu.
Nawracaj lepiej, niźli twój woźnica,
Strzeż nas tam zawieść, gdzie płacz i tesknica.


O Hannie.

Tu góra drzewy natkniona,
A pod nią łąka zielona.

Tu zdrój przeźroczystej wody,
Podróżnemu dla ochłody,
Tu zachodny wiatr powiewa,
Tu słowik przyjemnie śpiewa;
Ale to wszytko za jaje,[18]
Kiedy Hanny niedostaje.


Do Stanisława.

Co mi Sybilla prorokuje ninie?
Źle trzem (powiada) o jednej pierzynie;
Znać Stanisławie,[19] że się ta pieśń była
Mym towarzyszom dobrze w głowę wbiła,
Bom ja sam jeden został z tej drużyny,
Co pociągali na się tej pierzyny.
Oni już tylko legają po parze,
Ja przedsię ziębnę samotrzeć do zarze.


Do gospodyniej.

Ciebie zła lwica w ogromnej jaskini
Nie urodziła moja gospodyni!
Ani swym mlekiem tygrys napawała —
Gdzieżeś się wżdy tak sroga uchowała,
Że nie chcesz baczyć na me powolności,
Ani mię wspomódz w mej wielkiej trudności,
O którą samażeś mię przyprawiła,
Że chodzę mało nie tak jako wiła?
Wprawdzie żeć się już nie wczas odejmować;
Ja ciebie muszę rad nie rad miłować.
Ty się w tem pomni, maszli mię mieć gwoli
Z mej dobrej chęci, czyli poniewoli.

Do p. Stępowskiego.

Sam pannę ściskasz, sam się zakazujesz,
Sam w ucho szepcesz, sam Pawle! całujesz;
Wszytkoś sam zabrał, ani się dasz pożyć,
A jeszczeby cię do fraszek nie włożyć?


O gospodyniej.

Starosta jednej paniej rozkazał objawić,
Że legata rzymskiego u niej miał postawić.
Ba toć, pry, legat prawy, co go stawić trzeba,
Ale w mym domu takim nie dawają chleba.


Na ucztę.

Szeląg dam od wychodu, nie zjem jeno jaje;
Drożej sram, niźli jadam; złe to obyczaje.


O rozwodzie.

Przyszedł chłop do biskupa chcąc się rozwieść z żoną,
Pytają go: Czemuż tak w oczu twych mierzioną? —
Atolim jej nie zastał dziewicą, ksze[20] miły! —
A biskup mu zaś powie: O błaźnie opiły! —
Przychodzi to na króle i wysokie stany,
A nie przynoszą takich plotek przed kapłany,
A ty chłopie! jeślić się tak dziewice chciało,
Mogłeś do Kolna jachać, tam ich jest niemało.


Do paniej.

Słyszcie[21] pani! te fraszki, co teraz czytacie,
Jeśli podlejsze waszych, jeszcze nie wygracie.
Mam ja drugie, co je rad na sztych puszczę z wami,
A moim bydź na wierzchu, to ujźrzycie sami.

Do Petriła.

Dawnoć nie stoi owa rzecz Petriło!
A przedsię igrać z niewiastami miło;
Wyjadłeś wszytkie recepty z apteki,
Dla tej ociętnej[22] i niestałej deki.
Wielka część ludzi nie będzie wierzyła,
Żeć co nie stojąc przedsię stoi siła.


Do przyjaciela.

Albo z nas szydzisz, albo sam wiłujesz,[23]
Kota się boisz, a kotkę miłujesz;
Więc kota nie chcesz, a chcesz ciągnąć kotkę,
Wierę cię ludzie będą mieć za plotkę.


PL Fraszki (Jan Kochanowski) ornament.jpg


Przypisy

  1. U Most. słudze.
  2. Niekoniecznie, niezupełnie.
  3. U Tur.: pieszczotne.
  4. U Tur.: piękną.
  5. Ile trzeba.
  6. U Tur.: A.
  7. Nikczemnik, ladaco.
  8. W wyd. 1584: Patriceniu.
  9. U Tur.: przykłady.
  10. Szynka.
  11. Żal.
  12. Opóźnienie, omieszkanie.
  13. W wyd. 1604: wiesczą. U Tur.: wieczną.
  14. W wyd. Piotr. i Turowsk.: A.
  15. U Turowsk.: ty tu.
  16. W wyd. Piotrk. 1617, 1639 i u Most.: szczuję.
  17. Zostawić, opuścić.
  18. Za nic, niczem.
  19. U Tur. Stanisława.
  20. Księże.
  21. U Tur.: słuszcie, u Most.: słyszycie.
  22. Upornej, krnąbrnej.
  23. Szalejesz.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kochanowski.