Fraszki (Kochanowski, 1883)/Księgi Pierwsze (całość)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kochanowski
Tytuł Fraszki
Podtytuł Księgi Pierwsze
Data wydania 1883
Wydawnictwo K. Bartoszewicz
Drukarz A. Koziański
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Księgi pierwsze.




Fraszki tym książkom dzieją; kto się puści na nie
Uszczypliwym językiem, za fraszkę nie stanie.



Do gościa.

Jeśli darmo masz te książki,
A spełna w wacku pieniążki,
Chwalę twą rzecz gościu bracie!
Bo nie przydziesz[1] ku utracie;
A jeśliś dał co z taszki,[2]
Nie kupiłeś jeno fraszki.


Na swoje księgi.

Niedbają moje papiery
O przeważne bohatery;
Nic u nich Mars, chocia srogi,
I Achilles prędkonogi —
Ale śmiechy, ale żarty
Zwykły zbierać moje karty;
Pieśni, tańce i biesiady,
Schadzają się do nich rady.
Statek tych czasów nie płaci,
Pracą człowiek próżno traci —
Przy fraszkach mi wżdy naleją,
A to w niwecz, co się śmieją.



Na swoje pieśni

Nikomu, abo raczej wszytkim, swoje księgi
Daję, by kto nie mniemał (strach to bowiem tęgi)
Że za to trzeba co dać: wszyscy darmo miejcie —
O drukarza nie mówię, z tym się zrozumiejcie.


O żywocie ludzkim.

Fraszki to wszytko, cokolwiek myślemy,
Fraszki to wszytko, cokolwiek czyniemy;
Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy,
Próżno tu człowiek ma co mieć na pieczy:
Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława,
Wszytko to minie, jako polna trawa;
Naśmiawszy się nam i naszym porządkom,
Wemkną nas w mieszek, jako czynią łądkom.[3]


O Hannie.

Serce mi zbiegło, a nie wiem inaczej,
Jedno do Hanny, tam bywa naraczej.
Tom był zakazał, by nie przyjmowała
W domu tego zbiega, owszem wypychała.
Pójdę go szukać, lecz się i sam[4] boję
Tam zostać. Wenus! powiedz radę swoję.


Na hardego.

Nie chcę w tej mierze głowy psować sobie,
Bych się mój panie! miał podobać tobie;
Widzę, żeś hardy — mnie też na tem mało,
Kiedy się tobie tak upodobało.



Na starą.

Terazbyś ze mną zigrywać się chciała,
Kiedyś niebogo! sobie podstarzała.
Daj pokój, prze Bóg! sama baczysz snadnie,
Że nic po cierniu, kiedy róża spadnie.


Do Hanny.

Chybaby nie wiedziała, co znaczy twarz blada
I kiedy kto nie grzeczy Hanno! odpowiada,
Często wzdycha, a rzadko kiedy się rozśmieje?
Tedy nie wiesz, że prze cię moje serce mdleje.


Na utratne.

Na przykrej skale, gdzie nikt nie dochodzi,
Zielone drzewo słodkie figi rodzi,
Których z wronami krucy zażywają,
Ludzie żadnego pożytku nie mają;
Takżeć nie wiem, z kim wszytko drudzy zjedzą,
A ludzie godni gdzieś na stronie siedzą?


Sen.

Uciekałem przez sen w nocy
Mając skrzydła ku pomocy,[5]
Lecz mię miłość poimała,
Choć na nogach ołów miała.
Hanno! co to znamionuje?
Podobno mi praktykuje,
Że ja będąc uwikłany
Temi i owemi pany,
Wszystkich inszych[6] łatwie zbędę —
Tobie służyć wiecznie będę.



Do paniej.

Pani jako nadobna, tak też i uczciwa!
Patrząc na twą wdzięczną twarz rymów mi przybywa,
Które jeśli się ludziom kiedy spodobają,
Nie więcej mnie, niż tobie, być powinne mają.


Raki.

Folgujmy paniom, nie sobie — ma rada,
Miłujmy wiernie, nie jest w nich przysada,
Godności trzeba, nie zanic tu cnota,
Miłości pragną, nie pragną tu złota,
Miłują z serca, nie patrzają zdrady,
Pilnują prawdy, nie kłamają rady,
Wiarę uprzejmą, nie dar, sobie ważą,
W miarę, nie nazbyt ciągnąć rzemień każą.
Wiecznie wam służę, nie służę na chwilę,
Bezpiecznie wierzcie, nie rad ja omylę.


O kocie.

Słychał kto kiedy, jako ciągną kota?
Nie zawżdy szuka wody ta robota,
Ciągnie go drugi nadobnie na suszy,
Sukniej nie zmacza, ale wżdy mdło duszy.


Na pieszczone ziemiany.

Gniewam się na te pieszczone ziemiany,
Co piwu radzi szukają przygany.
Nie pij, aż ci się pierwej będzie chciało,
Tedyć się każde dobrem będzie zdało.


Na niesłowną.

Miałem nadzieją, że mi ziścić miano
Tak, jako było z chucią obiecano;

Ale, co komu rzecze białogłowa,
Pisz jej na wietrze i na wodzie słowa.


Do paniej.

Co usty mówisz, byś w sercu myśliła,
Barzobyś mię tem pani! zniewoliła —
Ale kiedy mię swym miłym mianujesz,
Podobno dawnym zwyczajom folgujesz.


O chmielu.

Co to za sałata rana,
Rozynkami posypana?
Chmiel, jeśli dobrze smakuję;[7]
Przetociem go w głowie czuję.


Na nabożną.

Jeśli nie grzeszysz, jako mi powiadasz,
Czego się miła! tak często spowiadasz?


Na grzebień.

Nowy to fortel, a mało słychany:
Na srebrną brodę grzebień ołowiany.


Ofiara.

Łuk i sajdak twój Febe! niech będzie, lecz strzały
W sercach nieprzyjacielskich w dzień boju zostały.


O sobie.

Dopiero chcę pisać żarty,
Przegrawszy pieniądze w karty;
Ale się i dworstwo zmieni,
Kiedy się w pytlu grosza neni.



Na Konrata.

Milczycie w obiad mój panie Konracie!
Czy tylko na chleb gębę swą chowacie?


Do Mikołaja Firleja.

Jeśliby w moich książkach co takiego było,
Czegoby się przed panną czytać nie godziło,
Odpuść mój Mikołaju! — bo, ma być stateczny
Sam poeta, rym czasem ujdzie i wszeteczny.


Do Josta.

Wiesz, coś mi winien; miejże się do taszki,
Bo cię wnet włożę Jostcie! między fraszki.


Do Jakuba.

Że krótkie fraszki czynię, to Jakubie! winisz;
Krótsze twoje nierównie, bo ich ty nie czynisz.


Epitafium Kosowi.

Z żalem i płaczem, acz za twe niestoi,
Mój dobry Kosie: towarzysze twoi
W ten grób twe ciało umarłe włożyli,
Którzy weseli wczora z tobą byli.
Śmierć za człowiekiem na wszelki czas chodzi;
Niech zdrowie, niech nas młodość nie uwodzi,
Bo ani wiemy, kiedy wsiadać każą?
A tam ani płacz ani dary ważą.


O tymże.

Wczora pił z nami, a dziś go chowamy;
Ani wiem, czemu tak hardzie stąpamy?
Śmierć nie zna złota i drogiej purpury,
Mknie po jednemu jako z kojca kury.



O zazdrości.

Ani przyjaciel, ani wielkość złota,
Ani uchowa złej przygody cnota;
Przeklęta zazdrość dziwnie się frasuje,
Kiedy u kogo co nad ludzi czuje.
Więc jeśli nie zje, tedy przedsię szczeka,
A ustawicznie na twoje złe czeka.
To na nię fortel: nic nie czuć do siebie,
A wszytko mężnie wytrzymać w potrzebie.


Do gościa.

Nie pieść się długo z memi książeczkami
Gościu! — boć rzeką: bawisz się fraszkami.


Do Walka.

Walku mój! tem mię nie rozgniewasz sobie,
Że się me fraszki kiepstwem[8] zdadzą tobie.
Bych ja też w nich był baczył statek jaki,
Wierz mi, nie byłby tytuł na nich taki.


Epitaf. Kry. Sien.

Tylko cię tu na ziemię szczęście okazało,
Dalej cię mieć Krysztofie! na świecie nie chciało.
Czy to gorzej, czy lepiej? wy sami widzicie,
Którzy tego i tego świata smak pomnicie.


Na poduszkę.

Szlachetne płótno! na którem leżało
Owo tak piękne w oczu moich ciało,
Przecz tego smutny u fortuny sobie
Zjednać nie mogę, aby głowie obie
Pospołu na twym wdzięcznym mchu leżały
A zobopólnych rozmów używały?

Więcej nie śmiem rzec; bo i tak się boję,
Że z tych słów zazdrość myśl zrozumie moję.


Na frasownego.

Nie frasuj się na sługi, żeć się pożarli;
Trzeźwi słudzy z trzeźwiemi pany pomarli.


Na stryja.

Nie bądź mi stryjem, Rzymianie mawiali,
Kiedy się komu karać nie dawali.
Bądź ty mnie stryjem przedsię po staremu,
Jeno nic nie bierz synowcowi swemu.


Do Mikołaja Mieleckiego.

Nie dar jaki kosztowny, ale co przemogę,
Dam ci parę wierszyków Mielecki! na drogę:
Boże daj, by-ć się dobrze na wszytkiem[9] wodziło,
Byś we zdrowiu oglądał, na coć patrzać miło.
Na mię bądź łaskaw, jakoś zawżdy okazował;
Nie był ten łaskaw, kto do końca nie miłował.


Na łakomego.

Na umyśle prawdziwe bogactwa zależą,
Pod nim srebro i złoto i pieniądze leżą,
A temu bogatego imię będzie służyć,
Który szczęścia swojego umie dobrze użyć.
Ale kto ustawicznie leży nad liczmany,
Tylko tego słuchając, gdzie przedajne łany —
Ten równie jako pszczoła plastry w ul układa,
A drugi nic nie robiąc miód gotowy jada.


Na niesłownego.

Powiem ci prawdę, że rad obiecujesz,
A obiecawszy potem się nie czujesz;

Fraszkąby cię zwać, lecz to jeszcze mniejsza,
Jest w moich książkach fraszka stateczniejsza.


Do Pawełka.

Kiedy żórawie polecą za morze,
Nie bywaj często Pawełku! na dworze,
Aby na tobie nie poklwali[10] skóry,
Mniemając, żeś ty z Pigmeolów[11] który.


Na Matusza.

Matusz wąsów, lepiej rzec; bo wielką kładziemy
Rzecz pod małą, kiedy wąs Matuszów mówiemy.


Do pijanego.

Nie darmo Bacha z rogami malują,
Bo pijanego i dzieci poczują.
Niech głowa, niech mu służą dobrze nogi, —
Sama postawa ukazuje rogi.


Na gospodarza.

Posadziłeś mię wprawdzie nienajgorzej,
Aleby trzeba mięsa dawać sporzej;
Przed tobą widzę półmisków nie mało,
A mnie się ledwie polewki dostało.
Diabłu się godzi takowa biesiada,
Gościem czy świadkiem ja twego obiada?


Na matematyka.

Ziemię pomierzył i głębokie morze,
Wie, jako wstają i zachodzą zorze,

Wiatrom rozumie, praktykuje komu —
A sam nie widzi, że ma kurwę w domu.


Na butnego.

Już mi go nie chwal, co to przy biesiedzie
Z zwycięstwy na plac i z walkami jedzie;
Takiego wolę, co zaśpiewać może
I co z pannami tańcować pomoże.


Za pijanicami.

Ziemia deszcz pije, ziemię drzewa piją,
Z rzek morze, z morza wszytki[12] gwiazdy żyją. —
Na nas, nie wiem, co ludzie upatrzyli?
Dziwno im, żeśmy trochę się napili.


O prałacie.

I to być musi do fraszek włożono,
Jako prałata jednego uczczono?
Białychgłów młodych i panów nie mało
Za jednym stołem pospołu siedziało;
Siedział też i ten, com go już mianował,
Bo dobrej myśli nigdy nie zepsował;
Mnich wedle niego, a po drugiej ręce
Pani co starsza. Słuchajże[13] o męce:
Na pierwszem miejscu pannę całowano,
Także do końca podawać kazano;
Więc tego nieraz, ale kilka było,
A prałatowi by kąska nie miło;
Bo, co raz to go baba pocałuje,
A on zaś mnicha; więc mu się styskuje,
Miał czyściec prawy jeszcze na tym świecie,
Bodaj wam taki, co go mieć nie chcecie.



Epit. Wojciechowi Kryskiemu.

Płaczą cię starzy, płaczą cię i młodzi,
Dwór wszytek w czerni prze cię Kryski! chodzi,
Albowiem ludzkość i dworstwo przy tobie
W jednymże zaraz pochowano grobie.


Drugie temuż.

Hiszpany, Włochy i Niemce zwiedziwszy,
Królowi swemu cnotliwie służywszy,
Umarłeś Kryski i leżysz w tym grobie;
Mnieś wielki smutek zostawił po sobie —
A iż płacz próżny i żałość w tej mierze,
Tem więtszą i płacz i żałość moc bierze.


Na pany.

Ciężko mi na te teraźniejsze pany;
Siebie nie baczą, a ganią dworzany.
Wonczas, pry, czystych zapaśników było,
Szermierzów, gońców, aż i wspomnieć miło;
A dziś co młodzi pacholcy umieją?
Jedno w się wino jako w beczkę leją.
Prawda, że wielka w sługach dziś odmiana,
Ale też trudno o takiego pana,
O jakich nam więc starszy powiadali;
Oni się w męztwie, w dzielności kochali,
Dziś ledwie żyda z workiem pieprzu wolą —
Nie dziw, że rzadko za tarczami kolą.


O Staszku.

Gdy co nie grzeczy usłyszy mój Staszek,
To mi wnet każe przypisać do fraszek.
Bracie! by się to wszytko pisać miało,
Jużby mi dawno papieru nie stało.



Do Kachny.

Pewnie cię moje zwierciadło zawstydzi,
Bo się w niem Kachno! każdy szpetny widzi.


O liście.

Nie wiem, by ta niemoc była,
Coby się nie przyrzuciła.
Wczora mi pani pisała,
Że po trzy nocy nie spała —
Od tych czasów mi nie śmieszno,
I sam nie śpię, co mię teszno.


Epit. Jędrzejowi Zelisławskiemu.

W jegoż gospodzie o wieczornej chwili
Zelisławskiego niewinnie zabili
Swowolni ludzie; kto chce słowo miłe
Dać temu grobu, przeklinaj opiłe.


Do Baltazara.

Nie dziw, żeć głowa Baltazarze! chora,
Siedziałeś wedle głupiego doktora.


Na hardego.

Nie bądź mi hardym, chociaś wielkim panem;
Jam nie starostą, ani kasztelanem —
Ale gdy namniej podweselę sobie,
Siła mam w głowie panów równych tobie.


Na sokalskie mogiły.

Tuśmy się mężnie prze ojczyznę bili
I naostatek gardła położyli.
Nie masz przecz gościu! łez nad nami tracić,
Taką śmierć mógłbyś sam drogo zapłacić.



Do Jana.

Radzę Janie! daj pokój przedsięwzięciu swemu,
Bo, bądź krótko bądź długo, przecie przyjdzie ktemu,
Że się człowiek obaczy, a co mu dziś miło,
To mu będzie za czasem wstyd w oczu mnożyło;
Tę roskosz, którą teraz tak drogo szacujesz,
Puścisz tajniej po chwili, gdy prawdę poczujesz.
A tak, co ma czas przynieść, uprzedź go ty raczej,
Odmień swój bieg, a żagle nakręć w czas inaczej.
Swiadomeś słów łaskawych i pięknej postawy,
Zdradę widzisz, znajże więc, co przyjaciel prawy?
A ty o morska Wenus! chluśniej z raz tej paniej,
A pomści się wzdychania i moich łez na niej.


O doktorze Hiszpanie.

Nasz dobry doktor spać się od nas bierze,
Ani chce z nami doczekać wieczerze;
Dajcie mu pokój, najdziem go w pościeli,
A sami przedsię bywajmy weseli.
Już po wieczerzy, pódźmy do Hiszpana;
Ba, wierę pódźmy, ale nie bez dzbana.
Puszczaj doktorze towarzyszu miły!
Doktor nie puścił, ale drzwi puściły.
Jedna nie wadzi, dajci Boże zdrowie.
By jeno jedna, doktor na to powie.
Od jednej przyszło aż więc do dziewiąci,
A doktorowi mózg się we łbie mąci.
Trudny (powiada) mój rząd z temi pany,
Szedłem spać trzeźwo, a wstanę pijany.


O szlachcicu polskim.

Jeden pan wielmożny niedawno powiedział:
W Polsce szlachcic jakoby też na karczmie siedział,

Bo kto jeno przyjedzie, to z każdym pić musi,
A żona pościel zwłócząc nieboga się krztusi.


Epitaf. dziecięciu.

Ojcze! nademną płakać nie potrzeba,
Moja niewinność wniosła mię do nieba;
Bodaj tak wiele tobie przyczyniła,
Ile mnie sroga śmierć lat ukrzywdziła.


Na młodość.

Jakoby też rok bez wiosny mieć chcieli,
Którzy chcą, żeby młodzi nie szaleli.


Na starość.

Biedna starości! wszyscy cię żądamy,
A kiedy przyjdziesz, to zaś narzekamy.


Na śmierć.

Obłudny świecie! jakoć się tu widzi,
Doszedłem portu, już więc z inszych szydzi.


Na frasowne.

Przy jednem szczęściu dwie szkodzie Bóg daje;
Głupi nie widzi, więc fortunie łaje,
Baczny, co dobrze, to na wierzch wykłada,
A co nie gmyśli, to pilnie przysiada.


Na fortunę.

W tem się fortuny radzić nie potrzeba:
Chowaj swe dobrze, coć Bóg życzył z nieba,
A kiedy będziesz miał pogodę na co,
Łapaj jej z przodku, z tyłu nie masz za co.



O fraszkach.

Najdziesz tu fraszkę dobrą, najdziesz złą i śrzednią,
Nie wszytkoć mury wiodą materyą przednią,
Z boków cegłę rumieńszą i kamień ciosany,
W pośrzodek sztuki kładą i gruz brakowany.


O śmierci.

Smiesznie to rzekła jedna białagłowa
Słuchając pieśni, w której są te słowa:
„Radabym śmierci, by już przyszła na mię“.
Proszę, kto śmiercią, niech go też mam znamię.


Do Chmury.

Mówiłem ja tobie Chmura!
Że przy kuchni bywa dziura.
Aleś ty mnie nie chciał wierzyć,
Wolałeś swym grzbietem zmierzyć.


O tymże.

Wierzę, od początku świata
Nie były tak suche lata,
Oczy nasze to widziały:
Chmury się w rzekach kąpały.


Epitaf. dziecięciu.

Byłem ojcem niedawno, dziś nie mam nikogo,
Coby mię tak zwał, takem w dzieci zniszczał srogo.
Wszytki mi śmierć pożarła, jedno śmierć połknęło
Haftkę lichą połknąwszy, tak swój koniec wzięło.


Do Pawła.

Dobra to Pawle! (możesz wierzyć) szkoła,
Gdzie każą patrzać na poślednie koła.

Człowiek, gdy mu się wedle myśli wodzi,
Mniema, że prosto, nie po ziemi chodzi;
Ale nietrwała roskosz na tym świecie
Upadnie, jako kwiat za kosą lecie.


Na Ślasę.

Stań ku słońcu a rozdziew gębę panie Slaza!
A już nie będziem szukać inszego kompasa;
Bo ten nos, co to gęby już ledwie[14] nie minie,
Na zębach nam ukaże, o której godzinie?


Epitaf. Wysockiemu.

Urodziłem się w Prusiech, Wysockim mię zwano
Umarłem w młodym wieku i tu mię schowano;
U śmierci w tejże cenie młody, co i stary,
Napadnieli jej na raz, nie da dorość miary.


Do paniej.

Imię twe pani! które rad mianuję,
Najdziesz w mych rymiech często napisane,
A kiedy będzie od ludzi czytane,
Masz przed inszemi, jeśli ja co czuję.
Bych cię z drogiego marmuru postawił,
Bych cię dał ulać i z szczerego złota,
(Czego uroda i twa godna cnota)
Jeszczebych cię czci trwałej nie nabawił.
I mauzolea i egiptskie grody
Ostatniej śmierci próżne być nie mogą;
Abo je ogień, abo nagłe wody,
Abo je lata zazdrościwe zmogą.
Sława z dowcipu sama wiecznie stoi,
Ta gwałtu nie zna, ta się lat nie boi.

O miłości.

Próżno uciec, próżno się przed miłością schronić,
Bo jako lotny nie ma pieszego dogonić?

Na kogoś.

Wyganiasz psa z piekarniej, ba raczej sam wynidź,
Bo tu jednak masz diabła u kucharek czynić.

O fraszkach

Komu sto fraszek zda się przeczyść[15] mało,
Ten siła złego wytrwać może cało.

O żywocie ludzkim.

Wieczna myśli! któraś jest dalej niż od wieka,
Jeśli cię też to rusza, co czasem człowieka,
Wierzę, że tam na niebie masz mięsopust prawy,
Patrząc na rozmaite świata tego sprawy.
Bo leda co wyrzucisz, to my jako dzieci
W taki treter,[16] że z sobą wyniesiem i śmieci.
Więc temu rękaw urwą, a ten czapkę straci,
Drugi tej krotochwile i włosy przypłaci;
Nakoniec niefortuna albo śmierć przypadnie,
To drugi, choćby nie rad, czacz[17] porzuci snadnie.
Panie! godnoli, niech tę roskosz z tobą czuję:
Nich drudzy za łby chodzą, a ja się dziwuję.


PL Fraszki (Jan Kochanowski) ornament.jpg


Przypisy

  1. Tak w w. 1604, w dalszych: przyjdziesz.
  2. Z kieszeni.
  3. Gatunek lalek.
  4. W wyd. 1639: lecz i sam.
  5. W wyd. 1639: na pomocy.
  6. U Tur.: innych.
  7. U Tur.: smakuje.
  8. U Most.: letkie (?)
  9. U Most.: wszytko.
  10. Nie podziobali. W wyd. 1604: poklwały. U Turowsk.: aby po tobie nie pokwali.
  11. Z karłów.
  12. W wyd. 1639: wszytkie.
  13. U Tur.: słuchajcie.
  14. W wyd. 1604: ledwe, U Most.: ledwo.
  15. Przeczytać. W wydaniu 1604: przeczcić
  16. Ucieczkę.
  17. Czac, czadz; cacko, podarek pieniężny rzucony między gmin.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kochanowski.