Fraszki (Kochanowski, 1883)/Księgi Trzecie (całość)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Kochanowski
Tytuł Fraszki
Podtytuł Księgi Trzecie
Data wydania 1883
Wydawnictwo K. Bartoszewicz
Drukarz A. Koziański
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Księgi trzecie.




Do pana.

Bóg tylko ludzkie myśli wiedzieć może
I ku dobremu samże dopomoże,
Ale cokolwiek przeciwnego jemu,
Dobrze nie padnie, by więc namędrszemu.
Wszytko wiesz, panie! zgub, co przeciw tobie,
A zdarz, jako pan, coś ulubił sobie.


Do gościa.

Gościu! własną twarz widzisz przeważnej Didony,
Obraz pozorny, obraz pięknie wystawiony.
Takam była; ale myśl różna od tej sławy,
Która mię zła potkała za me chwalne[1] sprawy;
Bom Eneasza jako żywa nie widziała,
Anim w trojańskie burdy Afryki poznała,
Ale uchodząc łoża Iarby srogiego,
Puściłam się na ostrość miecza śmiertelnego.
Kto cię na mię podburzył Maro niechutliwy!
Żeś swem kłamstwem śmiał zelżyć żywot mój cnotliwy?


Na lipę.

Uczony gościu! jeśli sprawą mego cienia
Uchodzisz gorącego letnich dni promienia,

Jeślić lutnia na łonie i dzban w zimnej wodzie
Tem wdzięczniejszy, że siedzisz i sam przy nim w chłodzie:
Ani mię za to winem ani pój oliwą,
Bujne drzewa najlepiej dżdżem niebieskim żywą,
Ale mię raczej daruj rymem pochwalonym,
Coby zazdrość uczynić mógł nietylko płonym,
Ale i płodnym drzewom; a nie mów: Co lipie
Do wierszów? Skaczą lasy, gdy Orfeus skrzypie.


Na lipę.

Przypatrz się gościu! jako on list mój zielony
Prędko uwiądł, a już mię przejźrzeć z każdej strony.
Co, mniemasz, tej przygody nagłej za przyczyna?
Ani to mrozów, ani wiatrów srogich wina;
Lecz mię złego poety wiersze zaleciały
Tak, iż mi tylko prze smród włosy spaść musiały.


O Mikoszu.

Mikosz kota przeciągnął, Jan się rzezał w koszu,
I rzecze ten pośledni: Powiedz mi Mikoszu!
Wonczas, gdyś kota ciągnął, albo snadź kot ciebie,
Gdzieś był stryczków tak prędko dostał ku potrzebie?
Mikosz na to: Dadzą mnie powrozów, gdy proszę,
Bo pięknie wysuszywszy cało je odnoszę;
Lecz ty bracie! inaczej z ludźmi się sprawujesz,
Pożyczywszy porzeżesz wszytko i popsujesz.


O miłości.

Ma już pokój Prometej, lecz ja miasto niego
Jestem przybit na rogu Kaukazu śnieżnego,
Mnie orlica serce żrze, które na swe męki
Odrasta i żywi zwierz łakomy przez dzięki.

Ma pokój Andromeda, lecz ja przykowany
Do skały prze cudzy grzech podejmuję rany;
Do mnie płynie wieloryb rozdarszy[2] paszczękę.
Gdzie ja mam rady szukać, gdzie się ja uciekę?
Ratuj mężny Herkules! ratuj Persej sławny!
A odnów (jeno by w czas) na mnie przykład dawny.


Do opata.

Wiedzże po tem opacie! jako grać z biskupy?
Bo bacząc, żeć wygranej ubywało kupy.
Pokryłeś dudki w gębę, czyniąc tę podstawę,
Żeś przegrał: lecz z rachunku miał ksiądz inszą sprawę.
A płaci kryć? więc ci też dosiągł pięścią gęby,
Że z niej dudki wypadły; dziękuj, że nie zęby.


O kołnierzu.

Poradźmy się rady czyjej:
Kołnierzli to u delijej,
Czy delija u kołnierza
Na grzbiecie cnego rycerza?


O swych rymiech.

Ja inaczej nie piszę, jeno jako żyję;
Pijane moje rymy, bo i sam rad piję,
Nie mierzi mię biesiada, nie mierżą mię żarty,
Podczas i czepiec, więc też pełne tego karty.
Co po sykofancyej?[3] — chcesz mię miary w życiu
Nauczyć, a sam księże! diabła nosisz w kryciu.


Do sąsiada.

Rozśmiej się, dobry sąsiedzie!
Lisowaty przy biesiedzie

Pił z kusza prawie sporego
Tak, iż tylko brodę z niego
Widać było krokosową.
Wyrwał się ktoś z prędką mową:
Towarzysze! kto to naszę
Lisem obramował czaszę?


Do kogoś.

Już to jako to, kiedyś zdrów a pijesz do mnie:
Podobnoć i ja mogę podpić sobie skromnie.
Ale, kiedy ty puszczasz krew, czemu ja piję?
A nie obeszło mię to, ażem nalał szyję.


Na heretyki.

Po co wy heretycy w kościele bywacie,
Kiedy ceremonie za śmiech sobie macie?
Jeśli zła w oczu waszych msza i procesyja,
Aza lepsze łakomstwo i ta ambicya?
Wyjmi nieboże! bierzmo[4] pierwej z oka swego,
A potem zdziebła szukaj w oczach u drugiego.
Chwalisz, jako w twym zborze dobrze nauczają,
A przedsię tam się ciśniesz, kędy rozdawają.
A jeśli jeszcze z niczem odejdziesz do żony,
Jakobyś wodę święcił, albo też krzcił dzwony.


Do Pawła.

Pawle! nie bądź tak wielkim panem do swej śmierci,
Byś mię kiedy znać nie miał, choć w tej niskiej sierci.
Bom ja tobie rad służył jeszcze w stanie mniejszym;
A choć to śmieszno będzie tym ludziom dworniejszym,

Ja szczęście tak szacuję, że uczciwym cnotom
Czynię cześć więtszą, niźli bogatym klejnotom.
A czemu? Bo pieniędzy[5] i źli dostawają,
A z cnotą sami tylko dobrzy społek mają.
A jeślibyśmy kłaniać się pieniądzom mieli,
Pewnieby tego po nas[6] i żydowie chcieli.


Z greckiego.

Same do swej obory woły rozpuszczone
Przybiegły z gór gwałtownym deszczem umoczone,
A ubogi Tirimach pod wysokim dębem
Spi wieczny sen, piorunem uspiony trozębym.


O Necie.

Harda Neta, iż gładkość swą do siebie czuje;
Więc, kiedy ją pozdrowię, ani podziękuje,
A zawieszęli wieniec u niej przede drzwiami,
Wdepce go zawżdy w ziemię hardemi nogami.
O zmarski, o starości! bywajcie copręcej,
Owa wasze namowy będą ważyć więcej.


O Hektorze.

Hektor dał miecz Ajaksowi,
Ajaks dał pas Hektorowi —
Hektor pasem uwiązany,
Bystremi końmi targany,
Ajaks także popędliwy
Wraził się w miecz nieszczęśliwy.
Tak między nieprzyjacioły
Upad niesie i dar goły.

Do Magdaleny.

Ukaż mi się Magdaleno! ukaż twarz swoję,
Twarz, która prawie wyraża różą oboję.
Ukaż złoty włos powiewny, ukaż swe oczy
Gwiazdom równe, które prędki krąg nieba toczy.
Ukaż wdzięczne usta swoje, usta różane,
Pereł pełne, ukaż piersi miernie wydane
I rękę alabastrową, w której zamknione
Serce moje. O głupie, o myśli[7] szalone!
Czego ja pragnę? o co ja nieszczęsny stoję?
Patrząc na cię wszytkę władzą straciłem swoję,
Mowy nie mam, płomień po mnie tajemny chodzi,
W uszu dźwięk, a noc dwoista oczy zachodzi.


Do fraszek.

Fraszki nieprzepłacone, wdzięczne fraszki moje!
W które ja wszytkie kładę tajemnice swoje;
Bądź łaskawie fortuna ze mną postępuje,
Bądź inaczej, czego snadź więcej się najduje.
Obrałliby się kiedy kto tak pracowity,
Żeby z was chciał wyczerpać umysł mój zakryty:
Powiedzcie mu, niech próżno nie frasuje głowy,
Bo się w dziwny labirynt i błąd wda takowy,
Zkąd żadna Ariadna, żadne kłębki tylne
Wywieść go módz nie będą, tak tam ścieżki mylne.
Nakoniec i sam cieśla, który to mistrował,[8]
Abu tu rogatego chłopobyka[9] chował,
Nie zawżdy do wrót trafi, aż pióra szychtuje[10]
Do ramienia, toż ledwie wierzchem wylatuje.

O miłości.

Głód a praca miłość kazi,
A ostatek czas wyrazi.
Komu to więc nie pomoże,
Do powroza mieć się może.


O tejże.

Jako ogień a woda różno siebie chodzą,
Tak miłość a powaga nigdy się nie zgodzą.
Dobrzeby się nie kłaniać nieprzyjacielowi,
Ale tym sakiem[11] miłość już opłatnie[12] łowi.
A im się kto chce mężniej popisać w tej mierze,
Tem więcej śmiechu na się i błazeństwa bierze.
A przedsię abo musim porzucić ten statek,
Abo nam (to rzecz pewna) szaleć na ostatek.
Telefów rozum chwalę, i przy tem zostanę,
Bo ten, czem był postrzelon, temże goił ranę.


Do miłości.

Jam przegrał, ja miłości! — tyś plac otrzymała,
Tyś mię prawie do zimnej wody już dognała.
Widzę swój błąd na oko i próżne nadzieje,
A przed wstydem i żalem serce prawie mdleje.
Ku temuś mię kresowi swem pochlebstwem wiodła,
Abyś mię czasu swego tak haniebnie zbodła.
Zbodłaś mię, a ten zastrzał twój nielutościwy
Mnie być pamiętny musi, pókim jeno żywy.
Acz i żywot w twych ręku; a jeśli litości!
Twej nademną nie będzie, jam zginął miłości!
Zginąłem, a łzy moje dokonać mię mają,
Które mi z oczu płynąć nigdy nie przestają.

Postaw słup marmorowy, znak zwycięztwa twego,
Na nim zawieś zewłoki[13] poimania swego,
Zewłoki, jakie widzisz, i korzyść ubogą,
Bo w tyraństwie twem ludzie zbogacieć nie mogą.
Cokolwiek jest, twój łup jest: weźmi naprzód z głowy
Na poły już przewiędły wieniec fiołkowy,
Potem lutnią, a przy niej pieśni żałościwe,
Na jakie się zdobyło serce nieszczęśliwe;
To też nocny przewodnik, świeca opalona,
I broń w późnych przygodach nieraz doświadczona,
Jest co więcéj? facelet[14] łzami napojony,
W nim obrączka ze złota, upominek płony,
A nawet mieszek próżny; toć wysługa moja.
A natenczas miłości! ze mnie korzyść twoja.
Na której przestań, proszę, a mnie nieszczęsnego
Z uszyma puść do domu, jako z targu złego.


O duszy.

Powiem, chocia nie grzeczy zda się rozumowi,
Trudno wytrwać o jednej duszy człowiekowi,
Bo jedna ma być w ciele, a druga w kalecie;
Krom tej trudno, krom owej źle żyć, jako wiecie.


Do Łask.

Wam swe nieszczęsne rymy, wam swe smutne strony
Zgodne Łaski! oddawam żalem zwyciężony.
Taki upad w mem sercu miłość uczyniła,
Że mię tylko cień został, samego zniszczyła.


Do doktora.

Fraszka a doktor — to są dwie rzeczy przeciwne;
Przeto u mnie doktorze! twe żądanie dziwne,

Że do mnie ślesz po fraszki, tak daleko ktemu;
Ja jednak dosyć czynię rozkazaniu twemu.
Ty strzeż swojej powagi, nie baw się fraszkami,
Ale mi je odeśli prędkiemi nogami,
A nie dziwuj się, że je tak drogo szacuję,
Bo chocia fraszki, przedsię w nich doktory czuję.


Na dom w Czarnolesie.

Panie! to moja praca, a zdarzenie twoje;
Raczysz[15] błogosławieństwo dać do końca swoje!
Inszy niechaj pałace marmorowe[16] mają
I szczerym złotogłowem ściany obijają,
Ja panie! niechaj mieszkam w tem gniaździe ojczystem
A ty mię zdrowiem opatrz i sumnieniem czystem,
Pożywieniem uczciwem, ludzką życzliwością,
Obyczajmi znośnemi, nie przykrą starością.


Do pana.

Panie! co dobrze, raczy dać z swej strony,
Lubo proszony, lubo nie proszony —
A złe oddalaj od człowieka wszędzie,
Choć go kto prosić nieobacznie będzie.


O fraszkach.

Fraszki tu niepoważne z statkiem się zmieszały;
Komuby drugie rzeczy więc nie smakowały,
Wziąwszy swą część, ostatek niech drugim podawa;
Ty to wolisz, a ów zaś przy owem zostawa.
A jako bogaty kupiec w sklepie wielkim,
Rozkładam swe towary cudzoziemcom wszelkim;

Tu bisior[17] tu koftery, tu włoskie zaponki,[18]
Sam dalej połhatłasie i czarne pierścionki.


Do Kachny.

Po sukni znam żałobę, znam i po podwice.
Kasiu! to nie żałoba — ubielone lice.


O łaziebnikach.

Łaziebnicy a kurwy jednym kształtem żyją,
W tejże wannie i złego i dobrego myją.


Do Pawła.

Chciałem ci: pomaga Bóg kilkakroć powiedzieć,
Lecz, kiedy czas do ciebie, trudno Pawle! wiedzieć;
O którem jeśli jeszcze i dziś się nie dowiem,
Com miał rzec: pomaga Bóg, toć: Bóg żegnaj powiem.


Do wojewody.

Zamieszkałem do stołu twego wojewoda!
Z czego zarazem dwoja potkała mię szkoda:
Jedna, iżem doma jadł; druga, że się boję,
Byś nie rzekł, żem wzgardził chęć i wieczerzę twoję.


Do Kachny.

Choć znasz uczynność moję i chęć prawą czujesz,
Przecie ty mnie szpetną twarz Kachno! ukazujesz.


Do Stanisława.

Kto pija do północy bracie Stanisławie!
Jeśli jest czas do niego? może się nie prawie

Człowiek pytać; bo by on swój wczas umiłował,
Pewnieby się raniej kładł, ani tak wiłował.


Do Pryszki.

Długo się w wannie parzysz Pryszko pochodzona!
Czy chcesz, jako Pelias, odmłodnąć warzona?


Do Zofijej.

Nie tyś to o Zofija! nie ty na mą wiarę,
Której ja przed siedmią lat pomnię w sercu miarę.
Ono była nadobna, ono wdzięczną była,
A wszytko jej przystało, cokolwiek czyniła,
Jej żart każdy był trefny, a gdy co kazała,
Zawżdy wielką powolność po każdym poznała.
Ciebie nie wiem jako zwać? — co poczniesz, nie grzeczy;
Postawa szalonego, głos ledwo człowieczy,
Żartom nikt się nie śmieje, na gniew nic nie dbają,
A jeśli słowo rzeczesz, jeszcze i nałają.
Nakoniec, krom imienia, nie masz nic dawnego;
Bierzmuj się, proście przebóg, a zbądź już i tego.
O lata zazdrościwe! wszytko precz niesiecie,
Zofija nie Zofiją, kiedy wy przypniecie.


Epit. Eraz. Kroczewskiemu kuchm.

Ten proporzec nad zimnym grobem zawieszony
Świadczy, że tu Kroczewski leży pogrzebiony
Nagle zmarły. Dla Boga! co tu mieć na pieczy?
Na słabej nici wiszą wszytki ludzkie rzeczy.


Nagrobek St. Strusowi.

Nie nowina to Strusom, na wszelaką trwogę
Ciały swemi zawalać złym pohańcom drogę:

Tak dziad zginął, tak ojciec, tak moi stryjowie,
Tenże upad i mojej naznaczon był głowie;
Bom legł we krwi pogańskiej, a kto mię żałuje,
Znać, że nie wie, jako śmierć uczciwa smakuje.
Stanisław Strus tu leżę; nie wchodź poganinie!
Sprawiedliwa waśń i po śmierci nie ominie.


Do gościa.

Gościu! tak, jakoś począł, już do końca czytaj,
A jeśli nie rozumiesz i mnie się nie pytaj.
Onać to część kazania, część niepospolita,
Słuchaczom niepojęta, kaznodziei skryta.


Do Lubimira.

Idąc mimo libraryją,
Kędy mądre księgi biją,
Lubimir między tytuły
Przeczytał: bitwa u Huły;
Zlękł się i padł: Hej panowie
Moskiewscy bohaterowie!
Dla Boga nie zabijajcie,
Raczej żywo poimajcie.


Nagrobek kotowi.

Pókiś ty bury kocie! na myszach przestawał,
A w insześ się myślistwo z jastrząby nie wdawał,
Byłeś w łasce u ludzi i głaskanoć skórę,
A tyś mrucząc podnosił twardy ogon wzgórę.
Teraz, jakoś ku myszom chciał mieć i półmiski
I łaziłeś po ptaki w gołębiniec bliski,
Dałeś gardło nieboże i wisisz na dębie;
A twej śmierci i myszy rady i gołębie.

Epit. Justowi Glacowi.

Jost Glac tu leży, szafarz wierny panu swemu
Królowi na północy niezwyciężonemu.
Teraz ma liczbę czynić, przed Panem groźniejszym,
Gdzie każdy winien, by też był naniewinniejszym.
Pokryj swem miłosierdziem Panie! nasze złości,
Bośmy zginęli według Twej sprawiedliwości.


Nagrobek Rozynie.

Ty syta wieku leży Rozyna,
Lecz tylko wieku, ale nie wina.
Nie stoi o mszą ani o dzwony,
Wolałaby dzban piwa zielony.


O kapłanie.

Prawo jest, aby kapłan nie mógł pojąć żony;
Tenże nie ma być w żadnym członku uszczerbiony.
Jeśli nie miał mieć żony, moglić go zostawić
Przy uszu, ale jajec lepiej było zbawić.


Nagrobek Piotrowi.

Pamięć myślistwa twego Pietrze ucieszony!
Stoję tu słup kamienny twardo usadzony.
Przy grobie masz naczynie wszytko postawione:
Koń, strzały, psy, potyczy, sieci rozciągnione.
Wszytko, biada mnie, kamień, a zwierz tuż[19] bezpieczny
Ociera się imo cię, a ty sen spisz wieczny.


O błaźnie.

Pleszki (błazen powiada) to mię podnosicie,
Ale ja świecę zgaszę, że mnie nie ujźrzycie.

O Marku.

Płacze Marek nie przeto, że świat zostawuje,
Ale że dzwonnikowi grosz jeden gotuje;
A żeby jednym kosztem odprawić co więcej,
Kazał synowi umrzeć po sobie copręcej.


Do starosty.

Strzeżesz się moich fraszek mój dobry starosta!
A ja tobie zaś na to tak powiadam z prosta:
Kto w mych fraszkach, już może nie zajrzeć by kąska
Biskupom, którzy stoją u świętego Frącka.


Do kaznodzieje.

Za twem długiem kazaniem księże kaznodzieja!
Gody chciał mieć gospodarz, ale go nadzieja
Omyliła; bo obiad nie chciał pojąć żony;
Owa wieczerza przedsię i obiad zjedzony.


Do gospodarza.

Nie bądź gościem u siebie, wiedz, co się w cię wleje,
Wedle tegoż swe sprawy miarkuj i nadzieje.


Epit. Grzeg. Podlodowsk. st. rad.

By wedla cnót i godności
Grzebiono umarłych kości,
Przyszłoby dziś leżeć tobie
W złotym Podlodowski! grobie.
Teraz cię licha mogiła
Znacznego męża przykryła,
Ale sława sięga nieba;
Nie z grobu cię sądzić trzeba.

Do Wacława Ostroroga.

Próżno przeć, upiłem się; winem? czyli rymy?
Jeśli winem, subtelne tego wina dymy.
Wiesz, co mi się teraz zda Wacławie cnotliwy!
Zda mi się, że maluję swój obraz właściwy,
Który między biskupy zawieszę zacnemi,
Nie wsiami światu znaczny, ale rymy swemi.
Wszyscy pijani, widzę, a pijanym i ja;
Kto szczęściem, a ja winem; odpuść Adrastia!


Nagrobek j. m. p. wojewodzinej lubelskiej.

Tu różą, tu fiołki, tu mieccie leliją,
Ten marmur świętobliwy zamyka Zofiją,
Zofiją Bonarównę, której żywot święty
Godzien, aby wszem paniom za przykład był wzięty.


Drugi.

Mężu mój, o mój mężu! śmierć nielutościwa
Mnie smutną z tobą dzieli, a pod ziemię wzywa
Do niskiej Proserpiny ciemnego pokoja.
Bóg cię żegnaj, ja żywa i umarła twoja.


Na sklenicę.

Służyłam wojewodom krakowskim przed laty
Zdobiąc krasną urodą swą ich stół bogaty,
Teraz czas przyniósł, żem jest Głoskowskiemu[20] dana;
Nie mogłam mieć lepszego po swem plecu pana.


O koźle.

Miłośnicy mądrości tak nam powiadają,
Że niemowne zwierzęta rozumu nie mają —
Lecz kozieł taką sztukę nie dawno wyprawił,
Że na wszytek świat znacznie rozum swój objawił:

Zjadł piskorza żywego; piskorz niecierpliwy,
Strawienia nie czekając, przepadł przezeń żywy.
Kozieł go w rzyć[21] drugi raz; on drugi raz z rzyci,
By z labiryntu Tezej po świadomej nici.
Koźle! prędko wżdy trawisz; znowu z nim do saku,
Piskorz też dawnej ścieżki nie ochybił znaku.
Myśli kozieł, co czynić? Broda doktorowska,
Przypatrzże się, jeśli też i rada żakowska?
Piskorza połknął, a rzyć przycisnął[22] do ściany
I tak gońca poimał trzykroć przejechany.


Nagrobek Hannie Spink. od męża.

Jeśli człowiek po śmierci słyszy abo czuje,
Hanno, o Hanno moja! twój cię mąż mianuje.
Pókiś na świecie była, pókiś używała
Wdzięcznych darów niebieskich, mam za to, żeś znała
Moję uprzejmość i chęć szczerą przeciw sobie;
Teraz, kiedyś w tym zimnym położona grobie,
Czem cię inszem mam uczcić — jeno płaczem swoim,
Którym ja wieczny winien wielkim cnotom twoim.


Do Mikołaja F.

Mało na tem, że moje fraszki masz pisane,
Lecz je chcesz Mikołaju! mieć i drukowane —
Ku czci, czy hańbie mojej? — cóż, nie wierzysz temu,
Żeś i sam w nich? ba jesteś, już wierz słowu memu.
A tak rozmyśl się na to, trefnoli będzie,
Gdy we fraszkach kasztelan drukowany siędzie?
Jać wytrwam, choć mię będą fraszkopisem wołać,
Bom nie mógł ani bojom ani mężom zdołać.

Nagrobek koniowi.

Tym cię marmorem uczcił twój pan żałościwy
Pomniąc na twoją dzielność Glinko białogrzywy!
A tyś był dobrze godzien, nie podległszy skazie,
Swiecić na wielkiem niebie przy lotnym Pegazie.
Ach nieboże! toś ty mógł z wiatry w zawód biegać,
A nie mogłeś nieszczęsny śmierci się wybiegać.


Człowiek Boże igrzysko.

Nie rzekł jako żyw żaden więtszej prawdy z wieka,
Jako kto nazwał Bożem igrzyskiem człowieka.
Bo co kiedy tak mądrze człowiek począł sobie,
Żeby się Bóg nie musiał jego śmiać osobie?
On, Boga nie widziawszy, taką dumę w głowie
Uprządł sobie, że Bogu podobnym się zowie;
On miłością samego siebie zaślepiony
Rozumie, że dla niego świat jest postawiony;
On pierwej był, niźli był; on chocia nie będzie,
Przedsię będzie; próżno to, błaznów pełno wszędzie.


Gadka.

Jest zwierzę o jednem oku,
Które zawżdy stoi w kroku,
Slepym bełtem w nie strzelają,
A na oko ugadzają.
Głos jego by piorunowy,
A zalot nieprawie zdrowy.


Nagrobek Gąsce.

Już nam Gąska nieboże! nie będziesz błaznował,
Już pod Operiaszem nie będziesz harcował,
Ani glotów z rękawa sypał na chłopięta,
Kiedy cię więc opadną jakoby szczenięta.

Jużeś leciał za morze Gąsko! jużeś w dole,
A czarnej Persefonie szpaczkujesz przy stole,
A duszyce się śmieją, że ten, coby grzeczy,
Słowa wyrzec nie umie nowy cień człowieczy.
Więc my też, pamiętając na jego zabawki,
Nowej mu nie żałujmy usypać rękawki,
Nad nim miasto proporca suknią szachowaną
Zawieśmy, i na grobie gęś twardo kowaną —
A to żeby mógł każdy, kto tędy pobieży,
Domyślić się zarazem, że tu Gąska leży.


Temuż.

Ośmdziesiąt lat (a to jest prawy wiek człowieczy)
Czekała śmierć, żeby był Gąska mówił grzeczy —
Nie mogła się doczekać, błaznem go tak wzięła
I tąż drogą, gdzie mądre zajmuje, pojęła.
Gąska! błaznuj ty przedsię, imię twe nie zginie,
Póki dzika i swojska gęś na świecie słynie.


O mądrości.

Nie to mądrość, mądrym być, abo wielkość świata
Rozumem chcieć ogarnąć; krótkie ludzkie lata,
Gonić w nich wielkie rzeczy; a dać gotowemu
Upływać, podobno to barzo szalonemu.


Do dziewki.

Nie uciekaj przedemną dziewko urodziwa!
Z twoją rumianą twarzą moja broda siwa
Zgodzi się znamienicie; patrz, gdy wieniec wiją,
Że pospolicie sadzą przy róży leliją.
Nie uciekaj przedemną dziewko urodziwa!
Serce jeszcze nie stare, chocia broda siwa;

Choć u mnie broda siwa, jeszczem nie zganiony,
Czosnek ma głowę białą, a ogon zielony.
Nie uciekaj, ma rada; wszak wiesz: im kto starszy,
Tem, pospolicie mówią, ogon jego twardszy —
I dąb, choć miejscy przeschnie, choć na nim list płowy,
Przedsię stoi potężnie, bo ma korzeń zdrowy.


Nagrobek dwiema braciej.

Tu Jadam i Mikołaj, dwa bracia rodzeni
Czerni, w jednymże grobie leżą położeni.
Ten na wojnie gardło dał, ów zginął w pokoju —
Nie masz przymierza z śmiercią, zawżdy my z nią w boju.


Na słup kamienny.

Jest coś[23] na świecie, kto chce pilno wejźrzeć w rzeczy,
Z czego się dowcip wypleść nie może człowieczy.
Co rozumowi barziej, proszę cię, przystało,
Jeno żeby się złym źle, dobrym dobrze działo?
W czem tak częsta omyłka, że ten to sąd Boży
Nie jednemu sumienie i serce zatrwoży.
Przedsię żyjmy pobożnie gwoli samej cnocie,
Której cena jednaż jest w szczęściu i w kłopocie.


Marcinowa powieść.

Ba jeszcze raz Marcinie! Więc powiem, tak było:
Kilka osób na jednę salę się złożyło,
Każdy z żoną; wieczerzą potem odprawiwszy
Szli spać; ledwie się kładli, kiedy co waśniwszy
Na drugie tak zawoła: Panowie! czas wsiadać.
A ci też (ale o tem nie trzeba powiadać).
Po małej chwili zasię tenże się ozowie,
Co i pierwej straż trzymał: Czas wsiadać panowie!

A panowie do siodeł; ujechawszy milę
Posłuchali onego: Postój koniom chwilę.
A jeden zatem usnął, on znowu: Panowie!
Czas wsiadać. Wszyscy inszy stali przedsię w słowie,
A tego żona budzi: Miły nie słyszycie?
Już tam drudzy wsiadają, wierę rychło spicie.
A ten chrapi, choć nie spi. Miły ba słuchajcie!
Już tam drudzy wsiadają — ej! jużże wsiadajcie,
Aż was diabli pobiorą. Ali drudzy: Szkoda
Odjeżdżać towarzysza, wielka rzecz przygoda,
Pomóżmy mu w złym razie, a załóżmy swoje,
Diabeł cię niechaj prosi, niech już ciągną moje.
Miła! ty się nie przeciw, pokarmiwszy koni,
A jutro rano wstawszy, będziem tam, gdzie oni.


Dobrym towarzyszom gwoli.


O Jędrzeju.

Z sercam się rozśmiał Jędrzeja słuchając,
Kiedy do domu przyszedł narzekając:
A kat jej prosi, by się ku mnie miała,
Teraz się małpa z pod szopy wyrwała.


O gospodyniej.

Proszono jednej wielkiemi prośbami,
Nie powiem o co, zgadniecie to sami;
A iż stateczna była białagłowa,
Nie wdawała się z gościem w długie słowa,
Ale mu z mężem do łaźniej kazała,
Aby mu swoję myśl rozumieć dała.
Wnidą do łaźniej, a gospodarz miły
Chodzi by w raju, nie zakrywszy żyły —

A słusznie, bo miał bindas tak dostały,
Żeby był nie wlazł w żadne famurały.
Gość poglądając dobrze żyw, a ono
Barzo nierówno pany podzielono.
Nie mył się długo i jechał tem chutniej —
Nie każdy weźmie po Bekwarku lutniej.


Do Marcina.

A więcby ty Marcinie! przed tym nie ugonił,
Co to siedzi jako wróbl, a oczy zasłonił?
Niech on chwali żmudzinki, że bywają trwałe,
By miał mądzie[24] jako sam, tedy przedsię małe.


O chłopcu.

Pan sobie kazał przywieść białagłowę,
Aby z nią mógł mieć tajemną rozmowę;
Czekawszy chłopca dobrze długą chwilę
Tak, żeby drugi uszedł był i milę,
Pojźrzy pod okno, a ci sobie radzi.
I rzecze z góry do onej czeladzi:
Po diable synku! folgujesz tej paniej,
Jam kazał przywieść, a ty jedziesz na niej.


O proporcyej.

Atoli, patrząc na swe jajca[25] silne,
Myśliłem rzeczy mojem zdaniem pilne.
Jeśli mię chce mieć szczęście w tym nierządzie,
Niech mi da wedle proporcyjej mądzie.[26]


O gościu.

Gość napisał na murze, że coś paniej czynił,
Drugi źle wyczytawszy, jako złego winił.

Otoż widzisz (powiada) czyńże dobrze komu,
A to tu drugi snadź bił gospodynią w domu.
A sługa stojąc za nim, przypatrzcie się panie,
Widzi mi się, że swadźbił[27] stoi tam na ścianie.


O Gąsce.

Albo Staś, albo Gąska, przedsię ktoś nie mądry,
Częstował panią (nie wiem jako to rzec) jądry.
Trafił się tam do tego, co jej też rad służył,
Ale jeszcze był tego bytu z nią nie użył.
Ujźrzawszy, poszedł nazad; błazen za nim z lochu,
Nie gniewajcie się, będzieć i wam panie Włochu.


O flisie.

Ze Gdańska flis wędrując, gdy sobie nadchodził,
Stąpił we wsi do karczmy, aby się ochłodził.
Ale miasto ochłody jeszcze się zapalił,
Bo mu Kupido młodą gospodynią schwalił.
Więc każe piwa nosić: a gospodarz baczy,
Że mu do żony z wiosłem Flis przymierzać raczy.
Da pokój, za gościów grosz miło mu się napić,
Nie każe się do łoża gospodyniej kwapić.
Flis ma swą rzecz na pieczy, a gospodarz niemniej:
Słuchajcież kto tu sztukę wyprawi foremniej.
Kiedy gospodarz nie mógł już przesiedzieć flisa,
Nie tu, pry, łgać: wzniowszy głza[28] nakrył dłonią cisa.
Usnął, ściany się wsparłszy: Flis ku paniej godzi,
Onej też nie od tego, ręka tylko szkodzi.
Najmniejsza to (rzecze flis) także między spary,
W grosz ugodził, dobywszy krzoski z szarawary.


PL Fraszki (Jan Kochanowski) ornament.jpg


Przypisy

  1. U Most.: niechwalne.
  2. W wyd. 1604: rozdarwszy.
  3. Hipokryzyi, obłudzie.
  4. Belka, tram.
  5. U Tur.: pieniądzy.
  6. U Tur.: na nas.
  7. U Tur.: myśle.
  8. Tak w wyd. 1604, 1617, 1639. U Tur.: go mistrzował.
  9. Minotaura.
  10. Uszykuje, przysaczy.
  11. Worem, siecią.
  12. W wyd. 1604 i u Tur.: opłatne
  13. Zwłoki, łupy, szczątki.
  14. Chustka. U Tur.: facalet.
  15. Tak we wszystkich wydaniach jakie mamy przed sobą. U Turowskiego: raczyż, z objaśnieniem: raczże.
  16. U Turowsk.: murowane.
  17. Cienkie płótno.
  18. Sznurek, taśma, którą u kapelusza noszono.
  19. Tak w wyd. 1604, 1617. W wyd. 1639 i u Tur.: tu.
  20. W wyd. 1629 i u Tur.: Głogowskiemu.
  21. Zadek.
  22. U Turowskiego: pocisnął.
  23. U Most.: Jest kto.
  24. W wyd. 1617: By miał wielkie.
  25. Tamże: wajca.
  26. Tamże: mądrze. W innych wydaniach: wszędzie.
  27. Tak w wydaniach aż do 1604 włącznie. W wyd. 1612, 1617 i t. d.: swadź... stoi. Tak też u Turowsk., Most. i t. d.
  28. Podniósłszy koszuli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Kochanowski.