Ewa (Wassermann)/Bose nogi/7

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jakób Wassermann
Tytuł Ewa
Podtytuł „Człowiek złudzeń“: powieść druga
Data wydania 1920
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
7.

Jej przyjaciele śledzili z napięciem rozwój sprawy. Żaden nie spodziewał się, by miała na serjo sławić opór hrabiemu Maidanow. Gdy tak się wydawało, podziwiano tylko jej spryt. W Paryżu oczekiwało ją świetne powodzenie. Ogół zaciekawiony był każdym szczegółem jej postępowania, a dzienniki zamieszczały całe szpalty.
Gdy przybyła do Rosji, władze i biura, otrzymawszy rozkazy, przyjęły ją w sposób godny królowej. Przysposobiono dla niej i ustrojono pałacowe apartamenty hotelu.
Za pierwszej bytności W. Księcia poprosiła go, by usunął przymus, który ją czyni dłużniczką jakoby. Chłonął jej słowa, z lodowatem czajeniem się w twarzy, nie wyciągnął jednak żadnych konsekwencji. Oburzało ją to rozleniwienie, w jeden cel skierowanej woli, owa bezwrażliwość uszu, nastawionych pożądliwie na słuchanie.
Wzgarda człowieka była u niego czemś wprost druzgocącem, a miała pozory ospałości. Oczy jego leniwe mówiły: — Człowieku, kupko lepkiego śluzu, rzuć się na ziemię i zgiń.
W jego obecności myśli Ewy były często tak głośne, że drżała, by ich nie usłyszał.
Ważyła się spierać z nim. Młoda dziewczyna, Wiera Szeszkow zastrzeliła naczelnika miasta. Ewa nie zawahała się pochwalać ten czyn. Odpowiedział frazesem i umilknął bez wrażenia.
Nacisnęła go silniej. Wyszkolone jej ciało wibrowało rytmem rozgoryczenia i podniety. Przepajał ją ból, gniew i współczucie.
On zaś patrzył na nią, jak na rasowego kola, którego igraszki zachwycają i powiedział:
— Jest pani niesłychana. Nie wiem, czy mógłbym pani czegoś odmówić, za cenę jej posiadania.
Mówił to głosem grubym, ochrypłym. Miał jeszcze głos inny, wysoki, podobny do zgrzytu zardzewiałych zawiasów.
Ramiona Ewy drżały. Ani śladu odbicia jej istoty nie było na nim, wszystko roztrzaskiwało się o ów lodowaty majestat dumy.
Dostrzegła, że dwa razy zmienił się i drgnął. Po raz pierwszy, gdy oświadczyła, że jest Niemką. Miał w krwi nienawiść do wszystkiego co niemieckie i do samych Niemców. Złośliwe urąganie zabłysło mu w rysach twarzy. Ale nie zdecydował się uwierzyć jej i porzucił ten temat.
Drugi raz, gdy wspomniała o Iwanie Michajłowiczu Beckerze. Czuła dobrze, że go wstrząśnie, nazwisko to bowiem było arkanem.
Spojrzenie, niby cios bicza strzeliło z jego leniwych oczu. Dwie pionowe zmarszczki czoła, wydłużyły się, niby macki owada, a zjawiona nagle poprzeczna, utworzyła z niemi ponury krzyż. Twarz nabrała ziemistej barwy.
Niecierpliwa Zuzanna popędzała i wabiła.
— Czemuż się wahasz? — powiedziała raz, późnym wieczorem, swej pani. — Gdy się jest tak blisko szczytu niema mowy o odwrocie. Marzenia nasze w Toledo, wydawały nam się niesłychanie zuchwałe. Tymczasem zawstydziła nas rzeczywistość. Chwyć sposobność. Małe twe nóżki nie wytańczą nigdy czegoś większego.
Ewa jęła elastycznie chodzić w koło po dywanie.
— Cicho bądź! — rzekła zadumana, tonem groźnym. — Nie wiesz, co doradzasz.
Przykucnąwszy u kominka spozierała Zuzanna pawiemi oczyma, bez połysku na niezdecydowaną.
— Czy się boisz? — spytała, marszcząc czoło.
— Mam istotnie wrażenie, że się boję.
— Czy pamiętasz rzeźbiarza, u któregośmy były ubiegłej zimy w Meudon? Pokazywał nam rzeźby swoje i rozmawialiście o szlucc. Powiedział: — Nie wolno mi bać się marmuru, niechże marmur boi się mnie. — Za słowa te omal go nie pocałowałaś. Nie bój sic, jesteś silniejsza.
Ewa przystanęła i rzekła wzdychając:
— Celte maladie, qu'on appelle la sagesse!
Zuzanna przystąpiła do fortepianu i jęła grać polonez szopenowski, czyniąc ruchy kanciaste i podrygliwe.
Ewa słuchała chwilę, potem stanęła za grającą, dotknęła palcem jej ramienia, gdy zaś Zuzanna urwała, rzekła tonem głębokim i gardłowym:
— Jeśli tak być ma, to chcę przedtem spędzić lato miłości, jakiego nie było dotąd na ziemi. Nie mów, Zuzanno, graj dalej i nie mów.
Zuzanna spojrzała na nią i potrząsnęła głową, pełna podziwu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Jakob Wassermann i tłumacza: Franciszek Mirandola.