Epizod z wesela w Sandeckim

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Karol Mátyás
Tytuł Epizod z wesela w Sandeckim
Pochodzenie Wisła, T. 7, z. 2, str. 299-306
Redaktor M. Arct
Wydawca M. Arct
Data wyd. 1893
Druk Józef Jeżyński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


EPIZOD Z WESELA W SANDECKIM.

Najpiękniejszym a charakterystycznym epizodem chłopskiego wesela jest obrząd czepin. Baby zabierają pannę młodą między siebie, jako nową niewiastę, a na znak tego ucinają jej warkocz i wdziewają na głowę czepiec, tj. babską chustę. Przepadła na zawsze dla dziewcząt grona, już się do niego nie wróci. Ksiądz związał stułą ręce i odebrał przysięgę; baby zrobiły swoje, uciąwszy warkocz i zaczepiwszy.
Chwila to ważna, ale i smutna: jakże nie smutna, gdy dziewka ze swoją ozdobą, z tym, z czym jej i do twarzy i rozkosznie, rozstać się musi! Czyż jej nie żal oddać pod nożyce te kosy lniane, które splatając każdego ranka i wiążąc czerwoną wstążeczką, na ramiona spuszczała białe! Ale choć jej żal, odda je z chęcią pod nielitościwe nożyce dla samego honoru, że jest niewiastą.
W Zawadzie pod Nowym Sączem obrząd czepin urozmaicają figle chłopskie, improwizowana chłopska komedja. Gdy kobiety, tj. starościny i druchny („druzcki“), zamkną się z panną młodą w komorze lub izdebce, aby dopełnić obrzędu czepin, skazani na banicję chłopi bawią się przez ten czas wcale dobrze. W izdebce panuje powaga, a tuż za drzwiami wesołość, śmiech, pustota.
Gdy jest wesele „na dwa dni,“ wtedy odbywają się czepiny w drugi dzień wesela, po spożytym śniadaniu o godzinie 3-ej po południu[1].
Uprzątają w izbie[2] stoły i ławy, żeby było przestronno. Starszy starosta i starszy drużba, przebrani po drábsku, a więc w jakieś łachmany, w czapkach starych i potarganych, okręceni powrósłami, z torbami przewieszonemi na ramię, uczerniwszy sobie twarz węglem, występują jako kupcy. Starszy starosta sprzedaje pannę młodą, a starszy drużba ją kupuje. Prowadzą targ w języku cygańskim lub ruskim, tj. raczej naśladując tę mowę, a właściwie przekręcając mowę jedną lub drugą, a to lá dokazowiska. Starszy starosta, aby pokazać, jaki on to ma cenny towar, tańczy z panną młodą, która popisuje się z całą swoją zgrabnością.
Starszemu drużbie udaje się (podoba się) towar, więc wstrząsając workiem, przewieszonym przez plecy, w którym brzęczą trzupki (skorupki) z potłuczonych garnków, niby pieniądze, oświadcza się z gotowością kupna.
— Predaj mi to statko (albo: „to bydlątko“)! — powiada.
— Spredam, wiela date? — odrzecze starszy starosta.
— Dwacet.
Lecz starszy starosta chce koniecznie „trycet.“
I prowadzą z sobą targ dość długi, wśród którego starszy drużba próbuje tańczyć z panną młodą, lecz ta z nim niezgrabnie tańczy, kuleje. Więc starszy drużba zaczyna kręcić głową na znak, że towar niezbyt dobry. Aby mu pokazać, że tak nie jest, znowu starszy starosta bierze do tańca pannę młodą, która tańczy jak pierwszym razem zgrabnie i lekko. Lecz wśród tańca szepnie jej do ucha, by teraz ze starszym drużbą tańczyła dobrze, co też ona rzeczywiście czyni, i starszy drużba kupuje ją za „trycet.” Tylko starszy starosta wymówi sobie jeszcze litkup, tj. pewną ilość wódki, którą pán ociec (ojciec panny młodej) przyniesie na zgodę. Siedząc na ziemi, piją tę wódkę i rachują wysypane z worka trzupki, niby pieniądze, i następuje zapłata.
A tymczasem starościny i drużczki zabierają pannę młodą i zamykają się z nią w komorze lub izdebce, by zrobić czepiny. Więc w izdebce odbywa się ceremonia, a w izbie piekarnej czyli cháłpie bawią się chłopi.
Poznajmy ceremonję.
Posadziwszy pannę młodą na stołku w środku izdebki, rozplatają jej warkocze i śpiewają:

1.   Posła (Marysia) po wode na Dunáj,
a po wode na Dunáj!
Trzewicki na ni,
zeby na pani;
któz to dáł?
Jaś to dáł.
Posła (Marysia) itd.
pońcoski na ni itd.

Potym: spódnica, chustecki, gorsecik, wiánecek...

2.   A siano, siano, bedzie sie siekło,
bedzie sie grábać, jak bedzie ciepło.
A siano, siano, nie grochowiánka,
popráw se (Marysiu) na główce wiánka!

Nożyce przygotowane na stole leżą; za chwilę te dziewicze włosy padną ich ofiarą.

3.   A moja (Marysiu)! dej se uciąć włosy!
nie pódzies do bidy, tylko do rozkosy.
Jak pódzies do bidy, bedzies bidówała;
pódzies do rozkosy, bedzies uzywała.

Zbliża się starsza starościna z nożycami i pierwsza ucina splot jeden; za nią czynią to samo inne starościny. Ucięte sploty składają równo na stoliku[3].
Znowu zbliża się starsza starościna, niosąc przygotowany „czepiec.”

4.   A moja (Marysiu)! nie záłuj wiánecka!
ciś wiánek pod gánek! odziéj sie chusteckom!

Wkłada jej na głowę, przymierza i mówi:
— Cie! jaká bedzie ładná babina!
Jedna ze starościn bierze tymczasem wina i, nalawszy do skopca, częstuje wszystkie po kolei kobiety. Czyni to w tym celu, żeby pani młoda była mlycná, żeby dużo mleka miała. Wszystkie spożywają teraz przysmaki, umyślnie do czepin przyrządzone, jako to: wątrobę, gęsinę i ser, pokrajane na drobno. Roznosząc to na przetaku, częstują się i śpiewają:

5.   Jak ci bedą pani m(ł)odą cepić,
bedą miały starościny co jeś, co pić.

6.   Jak ci bedzie pani modá w cepcu,
przyniesą nám gorzáłecki w skopcu.

7.   Jak zacepią pani modą dobrze,
przyniosą nám gorzáłecki w cebrze.

8.   Jak ci bedzie pani modá z modem (młodym),
przyniosą nám gorzáłecki z miodem.

Otaczają wszystkie kołem pannę młodą i śpiewają:

9.   A moja Marysiu! poźryj do powały!
zeby twoje dzieci siwe ocka miały.

10.   A moja Marysiu! poźryj do powały!
zeby twoje dzieci wyraźnie gádały.

11.   A moja Marysiu! poźryjze do nieba!
zeby twoje dzieci nie pragneły chleba.

Starsza starościna, zaczepiwszy panią młodą, śpiewa, a za nią cały chór:

12.   Zebyś ty chmielu na tycki nie láz,
nie robiułbyś ty z panienek niewiást;
ale ty chmielu na tycki lezies,
niejedne panienke z panieństwa zwiedzies.

13.   A chmielu! chmielu! to wielgie ziele!
nie bedzie bez ciebie zádne wesele.

14.   A chmielu! chmielu! to wielgie liście!
wzieliście dziewcyne, zacepiliście.

Przytoczone piosnki o chmielu śpiewają starościny i drużczki trzykrotnie, dając tym znać pozostałej w cháłpie rzeszy weselnej, że ceremonia skończona. Drużbowie, usłyszawszy ostatnie słowa piosnki: „wzięliście dziewcyne, zacepiliście,” zbliżają się na czele tej rzeszy do drzwi izdebki i, stukając w nie siekierkami, śpiewają:

15.   Zapukáł kónicek w leśsie o cembrzyne:
Puź-ze mie, Marysiu! cy mie kochás, cy nie.

16.   Zapukáł kónicek we wrota, we wrota:
Puź-ze mie, Marysiu! bo mie bije psota.

17.   Zapukáł Jasienio w średnie okienecko:
Puź-ze mie, Marysiu! moja kochanecko!


18.   Pukáłem do ciebie: puź mie, Maryś! puź mie!
Já se kowálicek ze záwadzkie kuźnie.

19.   Pukáłem do ciebie, nie kciałaś otworzyć,
musiáłem główecke na progu położyć.

Każdą z tych śpiewek powtarzają za drużbami starościny i drużczki w izdebce. Kończąc ostatnią, otwierają drzwi i puszczają wygnańców, którzy uradowani zbliżają się do siedzącej zaczepionej mężatki z życzeniami i darami. Wedle przyjętego zwyczaju kładą jej pieniężne datki „na podołek“ lub na talerz, który ona przed sobą trzyma. Nazywają to dawaniem do czepin. Wśród tego słychać ciągle te same śpiewki i takie krotochwilne:

20.   Wyleciała z pod nálepy żabka,
zrobiuła sie z pani młody babka.

21.   A moja, Marysiu, juześ jes niewiasta,
weź-ze se kosycek! id-ze se do miasta!

22.   A ty panie młody!
trzeba ci wygody,
siánka zielonego
lá kónisia twego.

Częstując się wódką, śpiewają w końcu starościny i drużczki:

23.   Miałam ci já, miałam pozłocany warkoc,
ale mi go uciął ten záwadzki smarkáć.
Pockej ty smarkácu! nie o tem to bedzie,
ino mój kochanek z Krakowa przyjedzie.
A jedzie on, jedzie, cysarzkiem gościeńcem,
wiezie, on mi, wiezie, pudełecko z wieńcem.

24.   Pocóześ ty, moja Maryś, posła za niego?
Kurpieliska roztargane, jesce nie jego.
Pocóześ ty itd.
Má portcyska roztargane itd.

Potym: „kaftánicek roztargany,“ „kosulina,“ „kapelusik...“

Starszy drużba kończy obrząd. Rąbie piec siekierką, aż ognia daje, i to tak długo, póki mu nie przyniosą kwarty wódki i całego kołacza. Tą wódką i kołaczem częstuje Krakowiáków, tj. tych, którzy do wesela nie należą („do wesela nie patrzą“) i tylko przyszli się przyglądać.
Po czepinach następuje obiad.
Jako charakterystyczny szczegół dodać trzeba, że w izdebce, gdzie odbywają się czepiny, podczas ceremonji żaden chłop znajdować się nie może. Zdarza się jednak, że któryś ze starostów filut zakradnie się do izdebki i ukryje pod łóżkiem lub za piecem, nie tylko w tym celu, by spłatać babom jakiegoś figla, lecz głównie, by skosztować tych przysmaków, które starościny i drużczki wyłącznie dla siebie przyrządziły. Śmieje się potym z tych, którzy pozostali w cháłpie i nic dobrego nie zjedli.


∗             ∗

Podczas czepin pozostali w piekarni („cháłpie“) chłopi różne stroją figle. Robią np. asenterunek, ściągają „rekutów.” Zasiądzie jeden ze starostów za stołem i wziąwszy kawałek papieru, pisze niby na nim ołówkiem lub węglem nazwiska obcych chłopaków, którzy „do wesela nie patrzą” (nie należą), tylko się przyglądają, a których tu Krakowiákami nazywają. Każdego wywołuje po nazwisku:
— Ten a ten, z pod tego a tego numeru ma sie tu stawić!
A inni zrobiwszy na ścianie nad żarnami węglem dwie rysy, jedną niżej, drugą wyżej, jakoby dwie miary, chwytają chłopaków i ciągną siłą do miary. Jeżeli który nawet pierwszej miary nie dochodzi, podnoszą go za kołnierz, albo za uszy do góry, jeżeli zaś się broni i nierówno nogi trzyma, kolanami go tłuką. Niejeden bojąc się tych figlów, ucieka, ale cięte chłopaki niewiele sobie z tego robią, bo wiedzą, że potym za to od starostów wódki dostaną. Zabrani do wojska ustawiają się rzędem z drankami z płotu w ręku, poczym dostają jako żołnierze wódki, chleb zaś, tytuń i pieniądz mają przyobiecane w żarcie na jutro.
Czasem zabranych w ten sposób do wojska zaganiają do pustej stajni, gdzie im każą siedzieć, póki „oberlajtmán“ nie przyjdzie i nie da im chleba i pieniędzy. Jeden z drużbów lub starostów, przebrany za „oberlajtmána,“ z szablą (dranką z płotu) przy boku, daje im potym po kawałeczku chleba z jednego osobnego bochenka i trzupki z rozbitych garnczków, niby pieniądze. Następnie wydaje wojnę, a na jego hasło chwytają Krakowiaki za dranki i rzucają się na siebie. Z żartów przychodzi nieraz do prawdy: jeden drugiego potłucze, pokaleczy i pokrwawi. W tym razie ogłasza szybko pan oberlajtman „pardon,“ lecz często jego głosu zajadłe chłopaki nie słyszą, i potrzeba kilku, żeby ich rozbroić. Po skończonej wojnie ogląda sędzia z doktorem plac boju, rannych niby opatrują, a tych, którzy się naprawdę bili, jeżeli zawczasu nie uciekli, zamykają do chlewka i trzymają dość długo za karę.
Najpospolitszą kómedją weselną jest odprawianie sądu. Przed jednego ze starostów, występującego w roli sędziego, przyprowadzają podróżnego człowieka[4], odzianego w stare szmaty lub wywrócony surdut. Sędzia zapytuje go:
— A skądeś ty? Zeniatyś cyś kawalir? Wiela más dzieci? Jak twoi zonie na imie?
Po tych zapytaniach, na które podróżny trwożliwie, lecz dowcipnie odpowiada, każe mu pokazać paśport. Podróżny wyjmuje z kieszeni kawałeczek zmiętego papieru i oddaje sędziemu, który obracając go na wszystkie strony, mówi:
— Tu nima piecątki gminny. Ty źle gádás, kłamies, boś ty stąd (wymienia jakie miejsce). Já ciebie na Piekle[5] nieráz widziáł, na Przetakówce[6] tyześ buł. Przetakówka ci smakuje. Na Piekleś za piecem siedziáł, Zydom-eś worki dźwigáł. Já cie do hereśtu kázę zamknąć.
Podróżny, trzęsąc się ze strachu, kłania się, prosi, obłapia sędziego za nogi, wreszcie prosi, aby mu coś dali zjeść, bo bardzo głodny. Wtedy sędzia weźmie kawałeczek kołacza, i gdy tamten otworzy szeroko gębę, wetknie mu go szybko i dłonią przybije, aż trzaśnie, mówiąc:
— Más! zebyś nie bał głodny, a teráz cie policyján do hereśtu zaprowadzi.
Na to przychodzi jeden z drużbów, przebrany za policyjana, z brodą z konopi, z dranką niby szablą przy boku, popchnie go naprzód i odprowadzi na stronę. Dzieje się to naturalnie wśród ogólnego śmiechu, bo niejeden się wmiesza w tę sprawę jako świadek, plotąc, co mu tylko ślina na język przyniesie.
Niekiedy przebierze się trzech weselnych za Żyda, złodzieja i kupca.
„Żyd“ jest odziany w stary długi płaszcz, niby jupicę; brodę i pejsy z konopi uczernionych ma przyprawione. Żyda napastują i popychają, śmiejąc się z niego i pokpiwając, a jeden potarga mu brodę lub zapałką podpali. Wtedy Żyd udaje się na skargę do sędziego, którym jest jeden ze starostów, stawiając 1 lub 2 świadków. Sędzia każe przyprowadzić przed siebie winowajcę, prowadzi śledztwo i skazuje „honcfota“ na „krymináł.“
— Za to ześ mu brodę posiepáł, mars do kryminału!
Zjawiają się dwaj policjanci z drankami przy boku i odprowadzają go do kryminału, tj. do chlewka. Świnię tymczasem umieszczają w stajni, a jego trzymając nieraz godzinę w chlewie, posyłając mu z żartów brajki, tj. gliny, rozrobionej w trzupku z garnka, i wódki na przepicie.
Jeżeli starościna dopuści się tego przestępstwa, sędzia względniejszy dla kobiety każe ją zamknąć w stajni lub komorze, aby sobie szat nie powalała.
„Złodziej,“ okryty łachmanami, z torbą na plecach, chodzi po izbie i chałpie, kradnąc, co mu się tylko nadarzy. Flaszka z wódką, luźno stojąca, jaja itp. nie ujdą rąk jego. Czasem złodziej obiega domy starostów, bawiących na weselu, i kradnie do torby cokolwiek mu się uda: jaja, kurę, kaczkę itp., a potym z tym wszystkim przychodzi na wesele. Chwytają go wtedy i przeszukują torbę, więc niejeden poznawszy rzecz swoją, odbierze mu ją i odniesie do domu; inny, widząc rzecz drobną, daruje mu ją. Potym oddają go sędziemu, który mu odpowiednią wymierza karę, np. póst, tj. wstrzymywanie się od jedzenia i wódki na weselu przez pewien przeciąg czasu.
Pospolicie Żyd, dziad, kupiec i złodziej chodzą razem po domach starostów weselnych, a nawet obcych. Żyd handluje szmatami i skórkami, dziad prosi o jałmużnę, kupiec kupuje, co ino zamana (napadnie), a złodziej kradnie, co mu się uda, najczęściej jaja, których uzbiera nieraz pełną miareczkę. Z tych jaj gotują potym jajecznicę, którą we czwórkę na osobności spożywają.

Dr. Karol Mátyás.



Przypisy

  1. Por. Karol Mátyás. Z ust ludu, str. 9.
  2. W domu panny młodej, gdzie odprawia się wesele.
  3. Panna młoda zaszywa je sobie później w pierzynę.
  4. Zwykle starszy drużba przebiera się za podróżnego.
  5. Przedmieście w Nowym Sączu, brudne, zamieszkane przeważnie przez Żydów, pełne szynków.
  6. Przedmieście w Nowym Sączu z ogrodem i szynkiem, tak samo nazywanym.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Karol Mátyás.