Epika polska przed Mickiewiczem

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Birkenmajer
Tytuł Epika polska przed Mickiewiczem
Data wydania 1938
Wydawnictwo Miesięcznik „Prąd“
Druk Drukarnia „Narodowa” Lublin
Miejsce wyd. Lublin
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
JÓZEF BIRKENMAJER
EPIKA POLSKA
PRZED MICKIEWICZEM
ODBITKA Z MIESIĘCZNIKA „PRĄD”
LUBLIN
1938
Druk. „Narodowa” Lublin.


Epika polska wielkość swą zawdzięcza Mickiewiczowi. „Grażyna”, a następnie „Powieść Wajdeloty” były szczeblami, po których geniusz epicki poety wspiął się na wyżyny najwyższe, jakie osiągnęła poezja polska.
W zestawieniu z tej miary epopeją, jaką dał Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”, później zaś z tym, co w „Królu Duchu” stworzył Słowacki, cała poprzednia polska twórczość epicka wydaje się bladą tylko pracą przygotowawczą, szeregiem prób czy wysiłków, z których niekiedy błyśnie iskra nieprzeciętnego talentu, ale ani razu nie widać płomienia, mogącego ogarnąć i rozgrzać naród cały, ani blasku mogącego olśnić całe pokolenia i rozjaśnić przyszłe ich drogi.
Nie przez epickie — nieziszczone — ambicje wdarł się na skałę pięknej Kaliopy Jan Kochanowski. Tym mniej nie przepadnie zaszczyt podobny takiemu np. Janowi z Wiślicy. Złoty wiek literatury polskiej nie był złotym okresem polskiej epiki narodowej.
Wiek XVII przyniósł prób epickich wiele. Najwspanialsza z nich, „Wojna Chocimska” Potockiego, miała czekać półtora stulecia na ogłoszenie drukiem i nie wpłynęła wcale na bieg naszej literatury. „Wojna” Samuela Twardowskiego, nad miarę sławiona przez współczesnych, była przedsięwzięciem śmiałym, ale wykonanie nie sprostało przedsięwzięciu; dzieło stało się kroniką rymowaną zbiorem materiałów przydatnych dla przyszłego epika, niż utworem epickim. W większej jeszcze mierze toczyć się będą te zastrzeżenia poematu o „Oblężeniu Częstochowy”, napisanego przez bezimiennego zakonnika. Fragmentem pozostaje „Lech” Sarbiewskiego, nieznany zresztą przez długi czas potomnym, którzy (jak Woronicz) żałują jego zagubienia. Nie rozrosły się do rozmiarów epickich „Pieśni Wiednia wybawionego” Wespazjana Kochowskiego.
Ten stan rzeczy świadczy, że jakkolwiek za lat Chodkiewiczów, Żółkiewskich, Czarneckich i Sobieskich, wraz z tradycją rycerską żyła już w narodzie polskim tęsknota do wielkiej pieśni bohaterskiej, epickiej, jednakże na pieśń taką czas jeszcze nie nadszedł. Wspomniane podjęte próby były, pomimo swojej stosunkowo znacznej liczebności, zjawiskami sporadycznymi, ośmielę się powiedzieć nawet: przypadkowymi, a przy tym jakby urwanymi w pół drogi. Poryw początkowy ustał za ostatnich lat panowania Sobieskiego. Apatia zarówno polityczna i militarna, jak i umysłowa, jaka zaległa Polskę za Sasów, położyła na długie lata kres wszelkim ambicjom na polu epiki bohaterskiej.
Zjawiskiem niemal odosobnionym będzie za lat Stanisława Augusta „Wojna Chocimska” Ignacego Krasickiego, o którym to „dziele bohatyrskim” słusznie wyraził się Dmochowski, że „lubo z doskonałymi w tyra rodzaju dziełami porównane być nie może, dla wielu atoli pięknych wyrazów zasługuje na uwagę”, I aczkolwiek nietrafne jest dalsze zdanie Dmochowskiego, jakoby Krasicki „pierwszy poematami większymi starał się język nasz ubogacić“, to jednak godzi się nazwać księcia biskupa warmińskiego odrodzicielem polskiej epiki bohaterskiej.
I to nie tylko dla tego, że jego „Wojna Chocimska”, przy całym nadmiarze dialogów, a ubóstwie akcji, ma jednak epizody piękne i silne (że wspomnę płacz Zawiszy nad synem), ale jeszcze i dlatego, że w swej rzeczy „O rymotwórstwie i rymotwórcach” autor poświęcił epice jeden z najważniejszych i najciekawszych rozdziałów.
Ważność tego rozdziału leży nie tyle w tym, że mieści on teorię „rytmów bohaterskich albo epopei“, ale w większej jeszcze mierze w tym, że autor rozprawy podał tu pierwszy w Polsce zarys dziejów epiki od Homera aż do czasów sobie współczesnych, zaznajamiając czytelników z nowymi niemal dla ogółu Polaków nazwiskami Danta, Ariosta (którego przekład, pióra Piotra Kochanowskiego, doczekał się właśnie wówczas spóźnionego wydania), dalej zaś Miltona, Camoensa i Klopstocka. Że specjalną pochwalą wyróżnił „Henriadę” Woltera, rzecz nie dziwna. Wszak temu to dziełu epickiemu sam zawdzięczał główny wzór swej „Wojny Chocimskiej”.
Teorię epopei, przejętą zresztą od Boileau i Woltera, dziedziczyć będą po Krasickim pisarze polscy następnego pokolenia; jeszcze Mickiewicz będzie się na nią pośrednio powoływał w „Uwagach nad Jagiellonidą”. Postulaty wysunięte przez Krasickiego brzmią: „Prawidła wiersza bohatyrskiego te są naprzód, iżby rzecz obwieszczając wdrażał zadziwienie powieścią swoją: iżby jedną osobę wziął za cel pierwszy i nad nią najszczególniej się zastanawiał... Osoba, którą za cel bierze, ma być godna uwielbienia osobliwego i drugiej znamienitszej nad nią iżby w dziele nie było... Rytm ma być poważny, żywy i tak opowiadający, iżby czytający zdawał się patrzeć na to, co mu się przed oczyma stawia. Przeciąg czasu dłuższy być powinien w dziele bohatyrskim niż w innych rymotwórstwa rodzajach, ale też gdy nadto przewleczony, osłabia dzieło”.
Zainteresowanie twórczością epicką innych narodów, to — jak mówiłem drugie, a ważniejsze znaczenie rozdziału „O rytmach bohaterskich“. Zainteresowanie to ujawnia się na przełomie XVIII і XIX wieku niespotykaną wpierw u nas nigdy ilością przekładów na tym polu. Przykład najpiękniejszy na tym polu daje główny naówczas, obok Krasickiego, teoretyk literatury, Dmochowski, spolszczając najpierw „Iliadę“, następnie „Eneidę”. Jego przekładowi „Iliady” urągać będzie po latach Mickiewicz w filipice „O krytykach i recenzentach warszawskich”. Urągania te, jak wykazał prof. Sinko, były krzywdzące i niesprawiedliwe, zwłaszcza że wiadomo, ile przekładowi Dmochowskiego zawdzięczał sam autor „Pana Tadeusza”. Ile zawdzięczał temu przekładowi Słowacki, wiemy dobrze z jego listów, a także z niejednej strofy „Beniowskiego”: „Niegdyś płakałem nad nim” — są jego własne słowa.
Wśród epopei tłumaczonych, „Iliada” staje wówczas na pierwszym miejscu. Zapewne jest to rezultatem poglądów Krasickiego, który stwierdził, że „najpierwszy i co do czasu i co do wytworności pisania dzieł bohaterskich jest Homer”, gdy natomiast „Eneida” jest dopiero „pierwszym po Homerze ośmieleniem”. Po Dmochowskim tłumaczą „Iliadę” Staszyc i Przybylski, „Eneidę” zaś Wężyk, a częściowo Trembecki i Euzebiusz Słowacki. Przybylski sięga i po Miltona, którego tłumaczy lepiej niźli innych poetów.
Ten pęd przekładowy idzie w parze z rozmiłowaniem w epopei, powszechnym w całej Europie, która głównie przez Klopstocka, Vossa i Goethego, a częściowo też przez wpływ innych literatur przeżyła wówczas jakby renesans tego rodzaju literackiego. Ponawiające się wydania „Jerozolimy” Tassa w przekładzie Piotra Kochanowskiego mogą być dowodem, że rodzaj ten zyskiwał sobie coraz większe wzięcie u czytelników polskich. Sądzę, że możemy wierzyć Odyńcowi, gdy nam opowiada o Ludwiku Szpitznaglu, iż w młodych latach nie chciał czytywać nic innego, prócz epopei różnych narodów. Było to w duchu czy w modzie owego czasu.
Rozmiłowanie się w wielkich epopejach światowej literatury, widoczne w latach schyłkowych wieku XVIII, było niewątpliwie silnym bodźcem do naśladowania owych dzieł, inaczej rzecz biorąc: do pisania dzieł epickich w języku ojczystym. Jak epikę polską XVII wieku w znacznej mierze rozbudził i ukształtował przekład „Jerozolimy” Tassa, tak w pierwszych latach XIX wieku praca przekładowa nad Homerem i Wergilim, a także nad Ariostem i Tassem, przyczyniła się niepomału do tego, że w krótkich odstępach czasu jawić się poczęły coraz to nowe dzieła o zakroju epickim, bohaterskim.
Tak niezwykłego (przynajmniej pod względem liczebnym) nasilenia epiki nie widywała nigdy poprzednio literatura polska. Biorąc pod uwagę szczuplejszy w danym razie okres czasu, jest ta nowa fala epicka stosunkowo znacznie żywsza od fali siedemnastowiecznej. A góruje nad nią jeszcze w sensie innym. W przeciwieństwie do sporadycznego, nieskoordynowanego w swych fluktuacjach ruchu epiki barokowej ta nowa epika — którą a potiore będzie nam wolno nazwać epiką pseudoklasyczną — ma pod każdym względem charakter ewolucyjny, postępowy, coraz to krzepiąc, potężniejąc, coraz bardziej doskonaląc się artystycznie a jednocześnie bogacąc się myślowo, rozszerzając swe horyzonty ideowe. Właśnie u naturalnej mety tej drogi, zdobywanej takim ruchem jednostajnie przyspieszonym, znajdzie się autor „Grażyny”, młody Mickiewicz.
Ten postęp, to z każdym rokiem dokonywujące się wzrastanie fali epickiej w tak zwanej powszechnie „epoce Księstwa Warszawskiego” czy „przedromantycznej”, nie wpadały w oczy spółczesnym, którzy nie mieli jeszcze Odpowiedniej perspektywy w ocenie zdarzeń literackich, a przy tym często byli zaślepieni stronniczymi uprzedzeniami lub, co gorsza, animozjami osobistymi. Od zarzutu tego nie będzie wolny Mickiewicz, jako autor wspomnianej już inwektywy „O klasykach i recenzentach warszawskich”. Zamieścił on tam mianowicie (co prawda sub linea) informację nieścisłą i dającą się wytłumaczyć jedynie jako satyryczna hiperbola:
„Niektórzy teoretycy i czytelnicy... myślą, że miejsca pospolite, maksymy i morały, z równą emfazą od Greków, Rzymian, Turków i Amerykanów na teatrze francuskim deklarowane, przetłumaczone na polskie gładkim wierszem... jeżeli wychodzą na świat w kształcie poematu noszącego tytuł na — ada, zaczynającego się od „ja śpiewam” z przydatkami alegorii i tak nazwanych machin, tworzą wówczas narodową epopeję”.
Teoretycy czy też czytelnicy mający takie poglądy; istotnie nieraz trafiać się mogli, niemniej nie byli oni zjawiskiem nagminnym wśród klasyków. Poemat o tytule na — ada jeden tylko zdobył sobie szeroką wziętość w tych kołach: była to „Jaxiada”, satyryczny poemat opiewający ośmieszonego przez samych klasyków grafomana, Jaxę-Marcinkowskiego. Zastosowywanie sufiksów — ada (wzgl. — ida) do tego rodzaju poematów satyrycznych i parodii było zresztą trickiem znanym od czasów starożytnych, a od w. XVIII stało się szczególnie częste, zapewne dzięki przykładowi „Dunsjady” Pope’a; u nas przykład „Myszeidy“ też zrobił swoje.
Poza tym trzeba wytknąć Mickiewiczowi, że potępiając w czambuł epikę generacji klasycznej, nie czynił — może nawet nie chciał czynić — żadnych dystynkcji, żadnych rozgraniczeń nie uznawał żadnej skali probierczej. I w ten sposób popadł później sam z sobą w sprzeczność, gdy miał z owych czasów wyróżnić Woronicza, tego właśnie, do którego wspomniane zarzuty najprędzej mogły się stosować.
Ile poematów epickich powstało naówczas, trudno powiedzieć. Napewno niejeden z nich zalega po dziś dzień w rękopisie; słyszymy, że Adam Cieciszowski miał pisać poemat o Wandzie, a Ludwik Kropiński o wojnie inflanckiej Stefana Batorego. Nie wiadomo, czy zamierzenia te doszły do skutku. Nie będziemy się też trudzili doszukiwaniem rzeczy zaginionych. Poprzestaniemy na wyliczeniu najważniejszych i najbardziej wspominanych, dzieł epickich owej epoki.
Uszeregowanie ich chronologiczne będzie jednocześnie uszeregowaniem ich według wartości — w kolejności rosnącej. Będą to: poematy Woronicza „Lech“ i „Assarmot” (1803—1805), „Jagiellonida” Dyzmy Bończy-Tomaszewskiego (1817) i „Bolesław Chrobry” Tymona Zaborowskiego (1818). Dodać by do nich można ostatni chyba już u nas poemat epicki pseudoklasyczny, a mianowicie „Stefana Czarnieckiego” Kajetana Koźmiana, Wprawdzie dzieło to należy chronologicznie do epoki późniejszej i jest już produktem warunków zmienionych po powstaniu listopadowym, niemniej fakturą swą i tendencjami tkwi całkowicie w literaturze klasycznej czasów Księstwa Warszawskiego. W każdym razie w naszych rozważaniach „Czarnieckiemu” tylko uboczna należy się wzmianka, przy czym wszelkie możliwe uznanie dla wyrobionej formy artystycznej utworu, dla gładkiego, a miejscami pięknego języka, dla ideowej jeżeli nie głębi, to konsekwencji, osłabione będzie pamięcią o tym, że poemat powstawał w mozole przez okrągłe pół wieku.
„Assarmot” i „Lech” Woronicza takim wyrobieniem artystycznym poszczycić się nie mogą. Nie dość, że język tu razi nas ciężkimi złożeniami, dziwactwem wyrazów, osobliwą konstrukcją zdaniową, nie dość że i tok wiersza jest monotonny i szorstki, ale nadomiar myśli wloką się powoli, powtarzają się i kołują. Akcję zastępują przeraźliwie długie przemowy, których treścią bywają coraz to inne — a raczej tylko innymi słowy wyrażone — przepowiednie.
„Jagiellonida” Bończy Tomaszewskiego, o tytule jakby przejętym z niewykonanego poematu Woronicza, pod względem artystycznym stoi znacznie wyżej. Usterki językowe wytknął jej Mickiewicz w słynnych „Uwagach nad Jagiellonidą”; nie oszczędził też słabych stron konstrukcji tego poematu. Wszystkie te zarzuty czynił właśnie w imię surowych przepisów klasycznych, o czym po latach będzie wspominał z uśmiechem.
„Bolesław Chrobry” Tymona Zaborowskiego, pisany gdy autor miał lat 19 (r. 1818), już by na takie nagany nie zasłużył. W kompetencji wprawdzie są duże braki przede wszystkim zaś brak jednolitego węzła akcji, sprawiający, że poemat rozpada się jakby na dwa utwory odrębne, z których jeden ma za wątek zdobywanie Kijowa przez Chrobrego, drugi zaś dzieje romansowe Dobremira i Anieli. Mimo wszystko jest to dzieło o niepospolitej wartości, zasługujące na to, by je nazwać najwspanialszym utworem epickim, na jaki zdobyła się literatura polska przed Mickiewiczem.
Ostatnimi czasy pojawiło się sporo rozpraw, zwracających uwagę na wielkie zalety artystyczne tego poematu, zwłaszcza na doskonałe wyrobienie formy wierszowej, na piękność i bogactwo języka, na obrazowość narracji, żywe odczucie tła i przyrody. Do tych zalet, jakie każdemu dziełu literackiemu zaszczyt przyniosą, dodać by jeszcze należało wielkie zalety specjalnie epickie, a więc siłę tonu bohaterskiego, żywość akcji, wyrazistą 1 mocną charakterystykę bohaterów. Gdyby nie wspomniana luźność i niejednolitość budowy, gdyby nie konwencjonalny tok niektórych przemówień, gdyby nie różne usterki wewnętrzne, „Bolesław Chrobry“ Zachorowskiego miałby zakrój prawdziwej, wielkiej epopei.
Niejednolitość tonu i budowy wynika nie tylko z warunków powstawania utworu oraz z młodzieńczego jeszcze wieku jego autora, ale także ze świadomego wzoru, jaki sobie obrał Zaborowski. Wzorem tym jest Ariosto. Okoliczność ta pozwala nam umieścić próbę epicką młodego poety krzemienieckiego jako pośrednie (nie koniecznie w ścisłym sensie) ogniwo pomiędzy dwoma najważniejszymi poematami typu ariostycznego w Polsce: między „Myszeidą” a „Beniowskim”.


∗             ∗

Przykład Krasickiego i wspomniana fala przekładowa nie były jedynymi motorami, jakie przyczyniły się do nagłego rozbudzenia epiki, czy raczej dążności epickich, na początku XIX wieku. Prócz czynników natury literackiej wchodziły w grę także czynniki inne, może daleko głębsze i istotniejsze. Mówię o wypadkach i okolicznościach dziejowych oraz pobudkach patriotycznych wiążących się z daną epoką.
Z dziejowych wypadków najpierw oddziałał tu fakt rozbiorów Polski. Nasunął on niejednemu w Polsce analogię z upadkiem Troi, a tym samym skierował umysły w stronę tematów „Iliady“ i „Eneidy”. Wiadomo, że zmyśli tej wyszła „Świątynia Sybilli” Woronicza, dzieło, którego w tym miejscu omawiać nie będziemy, gdyż pomimo podtytułu „poemat historyczny”, do epiki bohaterskiej zaliczone być nie może. Przypomnimy tu atoli słynne, tylekroć powtarzane zdanie:
„Troja na to upadła, żeby Rzym zrodziła”.
Ta analogia zaczerpnięta z treści „Eneidy” była dewizą nie tylko „Świątyni Sybilli”, ale też i owych dzieł, które już wchodzą w zakres tematu naszego. Wiara w zmartwychwstanie Polski przewija się w różnych alegoriach w obu poematach Woronicza, w różnych aluzjach zaś wyczytać ją możemy w poemacie Koźmiana. Bo też przyczyna, która sędziwego wodza klasyków skłoniła do obrania takiego właśnie tematu swego dzieła była — servata reverentia — zupełnie ta sama, jaka ku tymże czasom i wydarzeniom skierowała później umysł autora „Trylogii”: nie tylko niezwykłość zdarzeń historycznych, która kiedyś już Samuela Twardowskiego pobudziła do pisania „Wojny”, ale także chęć „pokrzepienia serc”, ukazanie rządów Opatrzności, która ciężko uciśnionemu narodowi, rozbitemu i ujarzmionemu, zginąć nie pozwala i rękę pomocną podaje ku wyzwoleniu. Wiary tej zaakcentowaniem jest i sama osoba tytułowego bohatera: Stefan Czarniecki, ten sam, którego nazwisko brzmi obok nażwisk Napoleona, Dąbrowskiego i Kościuszki w pieśni legionów, ten sam, który w „Przedświcie” tak zaprzyjaźnionego z Koźmianem Zygmunta Krasińskiego jest rzecznikiem i prorokiem zmartwychwstania Polski...
Także i dwie inne próby epickie, jakie omawiamy, Zaborowskiego i Tomaszewskiego, ożywione były pamięcią o upadku Polski i nadzieją jej odbudowania. Tylko że nadzieję ową mierzyły zbyt krótką i doraźną metą. Zarówno „Bolesław Chrobry” jak „Jagiellonida” powstały tuż po kongresie wiedeńskim, który — jak się wielu optymistom wydawało — jakoby przywrócił istnienie państwa polskiego i swobód narodu. Obaj poeci wierzą, lub chcą wierzyć, w dobre intencje „anioła pokoju”, Aleksandra I, względem Polaków. Dyzma Tomaszewski wyraźnie mówi, że to właśnie przekonanie było dlań podnietą do napisania poematu:
„Kiedy po ukończonym kongresie rozległ się głos po Europie powrotu praw i imienia Polski, [zacząłem dla moich ziomków pisać to dzieło, którzy się krwią własną z krajowych odrodzili popiołów. Mniemałem, że pozyskawszy znowu imię Polaków, miła im będzie wzmianka waleczności ich przodków, którą tak chlubnie dwudziestoletnim przeciągiem czasu naśladowali...” Tułaczka żołnierza polskiego po obcych krajach celem odzyskania utraconej wolności narodu, była następnym czynnikiem rozbudzającym twórczość epicką polską w pierwszej ćwierci XIX wieku. Znów nasuwają się analogie z „Eneidą”, które pięknie zobrazował Sienkiewicz w „Legionach”, każąc polskim legionistom we Włoszech maszerować w takt heksametrów Wergiliusza. Epopeja napoleońska, doniosłość zdarzeń działały na pisarzy polskich podniecająco i kusząco. Mogła się w ich kołach zrodzić ta nadzieja, którą w „Wierszu do legionów polskich” wyraził poeta-legionista Godebski:

Powstanie polski Maro z Jasińskiego duszą...

Wiersz ten, jak wykazał prof. Sinko, był jedną z podniet twórczych dla Mickiewicza, jako późniejszego autora „Pana Tadeusza”, tej prawdziwej już epopei o czasach napoleońskich.
W jakiej mierze wojny napoleońskie i udział w nich Polaków wpłynęły u nas na rozbudzenie się ambicyj epickich, świadczą wyznania samych autorów epików owego czasu. Oto Woronicz, mając na posiedzeniu Towarzystwa Przyjaciół Nauk z 15 maja 1807 r. odczytać II pieśń swego „Lecha” poprzedza tę lekturę „Głosem”, w którym składa hołd Napoleonowi:
„Pojrzał ...na grobowisko ojczyzny... wyższy nad ziemską sferę geniusz bohatera, dostrzegł w nich tlejącą iskierkę narodowego ducha i wyrzekł: nie przestaliście być Polakami i nimi będziecie”.
Ze dla autora „Jagiellonidy” wojny napoleońskie były nie tylko podnietą, ale też przedmiotem godnym opiewania, dowód mamy w zakończeniu poematu, kiedy wizja Jagiełły, dotycząca jego następców, zamyka się taką zwrotką:

Gdy już w ostatnim Polski pobytu zakresie
wyrok, kraj twój w zwalonych państw umieści rzędzie,
duch ten, krwi twej potomek, życie swe poniesie
za ojczyznę, w swym dla niej miłości zapędzie,
niestartą przodków sławę, swą odwagę wzniesie,
bohater wszystkich wieków, on Józefem będzie.
On honor narodowy, na wieczności progu,
powierzony od Boga, wiernie odda Bogu.

Niech nas nie dziwi ta zaplątana w czasy chrztu Litwy, wzmianka o księciu Józefie Poniatowskim, powtórzona jeszcze raz, wespół ze wspomnieniem bitwy pod Lipskiem, w opisie łowów litewskich. O dawniejszych przecie czasach śpiewał Tymon Zaborowski, a przecież i tam przyplątało się wspomnienie legionisty-tułacza, i jest ono tak wymowne, że prof. Kallenbachowi nasunęło analogię z niektórymi wierszami „Pana Tadeusza” osnutymi na tym motywie.


∗             ∗

Jakkolwiek we wszystkich omawianych poematach aktualne alegorie i aluzje grały rolę poważną, jednakże sama treść tych poematów brana była nie ze zdarzeń niedawnych, tylko z dawniejszej historii, ściślej mówiąc: z dość dalekiej przeszłości. Zastrzeżenie to jest konieczne, skoro w poematach Woronicza mamy do czynienia nie z historią w znaczeniu istotnym, ale z literacką legendą, o dość dowolnym umiejscowieniu chronologicznym.
Wszystkie inne ze wspomnianych utworów oparte są na tle epok zdecydowanie określonych już w samych tytułach. „Wojna chocimska” i „Czarniecki” czerpią swą zasadniczą treść z dziejów polskich XVII wieku, a „Chrobry” i „Jagiellonida” zajmują się momentami, w których na widownię dziejową wchodzą i rozpoczynają swą historyczną misję polityczną i kulturalną: w jednym wypadku Polska, w drugim Litwa.
Uderzyć może niejednego ta okoliczność, że są to właśnie te momenty dziejowe, na których w ciągu XIX і XX wieku skupiać mieli uwagę twórcy najlepszych naszych powieści historycznych, tak iż w pewnej mierze odpowiednikiem treściowym omawianych tu poematów będą: „Złota Wolność“, „Duma o hetmanie“, „Powieść o Walgierzu”, „Trygologia” i „Krzyżacy”. A także i to, że tym właśnie czasom najwięcej uwagi i najtęższe swoje dzieła poświęcali historycy.
To zresztą już nie było szczególnym przywilejem nauki XIX czy XX wieku. Jeżeli rzucimy okiem wstecz, na historiografię dawniejszą, nie trudno będzie się przekonać, że i tu zainteresowanie bodaj największe na całym obszarze polskich dziejów budziły trzy wielkie epokowe zdarzenia: rzucenie podwalin pod silne państwo polskie przez Bolesława Chrobrego, połączenie się Polski z Litwą i przejście ciężkiego kryzysu państwowego za Wazów. Fakty jakie, jak wyprawa wiedeńska, czy walki Batorego chlubne, ale dla wewnętrznej struktury państwa i narodu nie tyle decydujące, nie budziły równie silnego rezonansu ani w historiografii polskiej ani w literaturze. Czwartym momentem równej miary będzie dopiero upadek Polski walka o odzyskanie niepodległości. Ale ten „przedmiot świeży” dopiero w pokoleniu powstania listopadowego znalazł swych badaczy naukowych i swoich piewców na większą skalę. W próbach epickich z początku XIX w. zaledwie, jako się rzekło, znajdował wtórny swój wyraz w aluzjach i przenośniach.
Brany tu przez nas pod uwagę okres literatury ma nader wielkie znaczenie w rozwoju historiografii polskiej. U jego wnijścia i u jego mety stoją dwie wielkie postacie, osoby dwóch niepospolitych ludzi, którzy krańcowo różniąc się poglądami na spraw wiele, a niejednokrotnie i metodami, jednakże ponoszą względem potomnych tę samą zasługę: są twórcami naukowego badania dziejów polskich. Jednego z nich miano Naruszewicz, drugiego Lelewel. A pomiędzy nimi jako ogniwo stoi działalność warszawskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, poczynana wśród ciężkich pierwszych chwil porozbiorowych.
Jak z „koronnym Lelewelem” wiąże się silnymi węzłami w niejednym względzie twórczość epicka Mickiewicza, tak epika przedmickiewiczowska tkwi swymi korzeniami i w dziele Naruszewicza i w działalności jego „szkoły“, jaką była czy być chciała gromadka ludzi skupiona wokół Towarzystwa Naukowego Warszawskiego.
Z samym dziełem Naruszewicza, jego „Historią narodu polskiego”, najsilniej może zrósł się poemat Zaborowskiego, o czym świadczy obfitość przypisów i odsyłaczy, powołujących nazwisko tego historyka. Przypisów takich nie skąpi i Tomaszewski, ale rzecz zrozumiała, iż nie mógł z Naruszewicza korzystać w równej obfitości, skoro tegoż „Historia” zamyka się właśnie na ślubie Jadwigi z Jagiełłą; korzystał więc i z innych źródeł, nawet stosunkowo bezpośrednich, do jakich np. należy Maciej Strykowski. Obaj poeci znają też, zapewne z pierwszej ręki, dzieło Bielskiego.
Woronicz był z Naruszewiczem związany najbliżej i najbezpośredniej. Był istotnie jakoby „uczniem” jego, jako poeta. Pokrewieństwo stylowe jego utworów wierszowanych z takimiż utworami Naruszewicza jest aż nadto uderzające, tak iż się godzi tu mówić o naruszewiczowskiej manierze. Ale ważniejsza jest dla nas więź ideowa, jaka ich łączy, a jeszcze ważniejsze to, że Woronicz wraz z Albertrandym i Niemcewiczem należeli do opiekunów puścizny historiograficznej Naruszewicza i inicjatorów kontynuacji jego dzieła. Tak więc historyzm Towarzystwa Naukowego Warszawskiego, z patronującym mu niejako duchem Naruszewicza i współżyjący z nim kult przeszłości narodu, był tym czynnikiem, który rozbudził ambicje epickie Woronicza oraz niejednego ze świadków czy spadkobierców owego trudu umysłowego, pierwszego na ziemiach niewolnej Polski.

***

W jednej rzeczy napozór sprzeniewierzył się Woronicz swemu mistrzowi. Oto wszak Naruszewicz „powyrzucał z kroniki Wandy i Lechy”, a tymczasem on Lecha właśnie uczynił tytułowym bohaterem swego poematu!
To prawda – a jednak nie uchybił przez to niczemu ani nikomu. Na taką licencję pozwalały rymotwórcom nawet najsurowsze kodeksy klasyczne. Mało tego: one właśnie rzecz taką wręcz nakazywały. Oto jak pisał Boileau, cytowany i przez Krasickiego w jego dziele o rymotwórstwie:

Bohatyrów śpiewając dzieła i pochwały,
górniejszym jeszcze lotem idzie wiersz wspaniały,
a pewien, że powieści osnowę uwdzięczy
stwarza postać bajeczną i nią czyny wieńczy.

Więc co w dziele historycznym byłoby grzechem, było zaletą w „Pieśnioksięgu”: fikcja, zmyślenie, „płodna imaginacja”.
Idea „Pieśnioksięgu“, który miał polskiej literaturze dać surogat polskiej „Iliady” czy „Eneidy”, jest również owocem poczynań Towarzystwa Przyjaciół Nauk. Jakkolwiek będziemy oceniali, z czysto literackiego punktu widzenia, metodę, a co za tym idzie, osiągnięcia tej epickiej inicjatywy, będziemy musieli przyznać, że posiew przez nią rzucony, miał kiedyś — nie od razu — przynieść plony dla naszej literatury ważne i pożyteczne.
Obie próby epickie Woronicza, stanowiące zadatek „Pieśnioksięgu”, są same przez się utworami o nader nikłej wartości literackiej: są ciężkie, nudne, sztuczne, prozaiczne. Ale sam pomysł utworu, który by opowiadał i wyjaśniał z ideowego stanowiska dzieje Polski od pierwszych chwil istnienia narodu oraz jej rolę dziejową między narodami, miał w sobie wielką siłę potencjalną. Takim prawdziwym „Pieśnioksięgiem”, który podejmie pomysł Woronicza, a jednocześnie idee i opowieść wyrazi słowem potężnym, giętkim i uskrzydlonym, będzie: „Król Duch” Słowackiego, wielki epos odtwarzający wizyjnie przeszłość i misję Polski od chwili jej wejścia na widownię dziejową. Oczywista rzecz, nie chcę mówić o jakiejś bezpośredniej zależności Słowackiego od Woronicza; w treści ich poematów są różnice zasadnicze: tu Her Armeńczyk, tam Assarmot, tu Lech krwawy, zaborczy, tam błogosławiący... W każdym razie podstawa zasadniczej ideologii i koncepcji jest wspólna i zasługiwałaby na porównanie uważniejsze. A w tym porównaniu uwzględnić by należało i drugą podstawę wspólną: stosunek obu poetów i ich dzieł — do Naruszewicza.
Ale nie tylko pomysł osnowy literackiej „Pieśnioksięgu” miał się okazać owocny. To samo tyczy się w pewnej mierze i jego motywów czy sposobów. Zajęcie się epoką zamierzchłą, przeddziejową uprawniać musiało poetę do wprowadzania legendy i mitu, a to nie tylko w szczegółach fabuły, ale także w szczegółach stylistycznych. W tej ostatniej dziedzinie (często i w pierwszej) dawniejszymi czasy miała wszechwładne prawa mitologia klasyczna, która mieszała się prawem kaduka np. do eposu Camoensa o odkryciu Ameryki, czy do poematu Twardowskiego o wojnie z Kozaki, Szwedy i Tatary. To jej intruzostwo, tolerowane, czy nawet w pewnej mierze sankcjonowane przez Boileau, poczęto w XVIII wieku ograniczać, lub, co skuteczniejsza, ośmieszać czy parodiować, wskutek czego rola mitologii klasycznej zmalała niemal do minimum. Dalszym następstwem tego faktu była kwestia, co podstawić na jej miejsce. Wyłoniły się stanowiska rozbieżne: jedni wystrzegali się wszelkiej „cudowności”, inni wprowadzali „cudowność” chrześcijańską na miejsce bóstw pogańskich, inni wreszcie szukali jakiejś mitologii rodzimej, zawartej w podaniach, wierzeniach, pieśniach i obrzędach ludowych.
W tej trzeciej dziedzinie inicjatywę dało również Towarzystwo Naukowe Warszawskie, te same koła, które patronowały idei „Pieśnioksięgu”. Tymon Zaborowski (choć też korzysta poniekąd z przykładu ulubionego Ariosta) nie waha się wprowadzić do swego poematu motywów folklorystycznych, których głównym ogniskiem są czary Jamedyka Bluda. Cudowność baśniowa mająca pewne znamiona ludowości, łączy się w „Bolesławie Chrobrym” z cudownością chrześcijańską, z motywami legendy religijnej, której ogniskiem znowu będą zdarzenia koło grobu św. Wojciecha.
Autor „Jagiellonidy” poszedł inną drogą: „wszelką dziwność z dzieła swego usunął”, pozostawiając tylko „pomniejsze poetyckie zmyślenia” w rodzaju personifikacyj Sławy czy Wieści. Doczekał się za to ostrych słów od Mickiewicza; młody filomata nie poprzestał na naganie, ale też dodał własną „teorią dziwności epicznej”, gdzie zastanowiwszy się nad rożnymi jej możliwościami wyraził pogląd, iż w poemacie z dziejów chrześcijaństwa godziłoby się wprowadzić jako „machinę” postacie świętych, które mogłyby „daleko przyzwoiciej... miejsca bożków starożytnych zastąpić”. Ostatecznie jednak uznał, że kwestii tej „rozstrzygnienie czasowi i wyższym talentom zostawić należy”. I sam jej też nie rozstrzygnął w swoich dziełach epickich. W „Grażynie’* i „Wallenrodzie” usunął na bok wszelką cudowność, a w „Panu Tadeuszu” interwencję nadprzyrodzoną ograniczył do wstępnej inwokacji, do modlitwy, by Panna święta przeniosła jego duszę utęsknioną ku rodzinnej Litwie.
Dyskusje, jakie na temat budowy charakteru i znaczenia epopei nowożytnej toczyły się w prasie warszawskiej i wileńskiej (Mickiewiczowskie „Uwagi nad Jagiellonidą” są tych dyskusyj ogniwem nie jedynym, choć może najważniejszym), były dalszym i może ostatecznym powodem, dla którego twórczość epicka w epoce przez nas omawianej rozwinęła się tak silnie liczebnie, nabierając jednocześnie coraz większej siły i coraz większego artystycznego wyrobienia. W niemałym też stopniu przyczyniać się do tego musiała działalność ówczesnych instytucyj naukowych, gdzie toczyły się również zawzięte dyskusje literackie, zwłaszcza na temat rodzajów literackich. Jak Woronicz i Koźmian związani są z ruchem umysłowym Warszawy, tak krzemienieckiej uczelni zawdzięcza swe podniety twórcze Zaborowski. Zaś krytyk „Jagiellonidy”, gdy pisał swe „Uwagi”, był uczniem Uniwersytetu Wileńskiego i czołową podstawą w organizacji filomatów.


∗             ∗

W poprzednich częściach niniejszego szkicu staraliśmy się wyjaśnić przyczyny, dla których na przełomie w. XVIII і XIX wzmogły się tak intensywnie ambicje epickie w literaturze polskiej. Jednocześnie poddaliśmy ocenie wartość i zawartość głównych utworów będących wynikiem wspomnianej ambicji, ich stanowisko na tle epoki oraz na szerszym tle naszej literatury. Teraz tylko jeszcze raz spójrzmy na całość owego dorobku epickiego i zapytujemy: jakie są jego zasługi czy jakie znaczenie?
Pierwszą zasługą będzie wyrobienie formy epickiej, doskonalenie coraz to większe jej techniki, coraz to większe i wyraźniejsze zdobywanie własnego i odrębnego wyrazu: epiki narodowej, polskiej.
Drugą to, że dzieło jej ostatnie, „Bolesław Chrobry” Zaborowskiego, jakkolwiek nosi na sobie znamiona młodzieńcze, jest już niewątpliwie dziełem wielkiej wartości, nawet wytrzymując porównanie z wieloma dziełami sławnymi epoki następnej.
Trzecią to, że epika ta wskazała potomnym tematy, nadające się naprawdę do epickiego opracowania, dała wiele podniet Mickiewiczowi i Słowackiemu, jako poetom epickim. Można się dosłuchać oddźwięków „Chrobrego“ w „Królu Duchu”, a nawet, co brzmi dziwnie, „Jagiellonidy” w „Panu Tadeuszu” (opis łowów w puszczy litewskiej).
A zasługom tym nie przeczy i to, że jedna z owych prób epickich, „Jagiellonida”, spotkała się z ostrą krytyką ze strony Mickiewicza. Już niejednokrotnie wykazywano, że właśnie ta krytyka była dla autora „Grażyny” punktem wyjścia niejednego pomysłu, a jednocześnie okazją do głębszego zastanowienia się nad własną drogą epickiej twórczości. To, że młody Mickiewicz z uporczywością wczytywał się w utwory epickie nie tylko literatury światowej — od Homera, Wergilego, Tassa, Camoensa, Miltona aż do ...„Darczanki” Woltera — ale i literatury ojczystej, może być świadectwem, że największy późniejszy epik polski już wtedy zdawał sobie sprawę z własnych upodobań, uzdolnień i możliwości.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Birkenmajer.