Emisarjusz/XIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wydania 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



∗             ∗

Była północ... W Radziszewie spało wszystko snem sprawiedliwych i znużonych — rozmarzony, szczęśliwy, kołysany uczuciami młodości, nieznanemi od dawna, biedny wygnaniec zasypiał także... Zmęczenie i wrażenia dnia tego pogrążyły go w tym śnie głębokim, odrętwiającym, który odbiera władzę i siły. Nawykły do czujności, do przebudzenia za najmniejszym szelestem, Paweł leżał obumarły.. usta mu się uśmiechały do marzeń niebiańskich...
We dworze całym wszystko było uśpione... jedna istota zaniepokojona, bezsenna... chodziła jeszcze po swojej izdebce z myślami, z uśmiechami, z przypuszczeniami przyszłości. Serce było szczęśliwe, a jednak jakieś dziwne przeczucie, trwoga miotały nią, niedozwalając nawet pomyśleć o spoczynku. Celina chodziła, stawała... uśmiechała się do siebie, przypominała rozmowę, powtarzała słowa jego, i była bardzo szczęśliwą i niezmiernie przestraszoną.
Pierwszy to człowiek w życiu uczynił na niej tak głębokie wrażenie... Widziała go wielkim bohaterem, męczennikiem i chciała duchem dorosnąć do niego, ofiarą mu sprostać.
W pośród tych marzeń, wśród niczem niezakłóconej ciszy, coś jakby daleki szmer obiło się o jej uszy... Stanęła, uderzyło serce... czekała...
Szmer... jakby chód tajemniczy, jakby szeptanie stłumione... zdawało się dom otaczać... Parę razy coś szczęknęło złowrogo... Celina rzuciła się, zgasiła światło... W mgnieniu oka odgadła jakieś niebezpieczeństwo i myśl jej natychmiast pobiegła do tych drzwi, które sąsiedni pokój dzieliły od sypialni Pawła...
Z ostrożnością przytuliwszy oczy do szyby okna, które nie było zasłonięte okiennicą, dopatrzyła po chwili snujące się i podkradające w podwórzu cienie. Jasnowidzeniem odgadła w nich żołnierzy, sprawnika — pogoń.
Na palcach, nie tracąc przytomności, wysunęła się ze swego pokoju... Bądź co bądź należało nieszczęśliwego ocalić od śmierci. Jak? Tego nie wiedziała sama, ale gotową była dać życie... Wybiegła do tych drzwi i poczęła pukać nieśmiało.
Na nieszczęście Paweł spał snem kamiennym.
Po kilku próbach bezskutecznych, coraz szybszych, lękając się stracić czas drogi lub być usłyszaną, bez zastanowienia przez bawialny pokój wpadła do sieni, z sieni do łóżka Pawła. On spał... Porwała go za rękę... Przerażony chwycił rewolwer, ale uczuł dłoń, która mu padła na usta.
— Milcz... Wstawaj.. Uchodź pan... niema chwili do stracenia... Dom otoczony...
Paweł jakby cudem odzyskał przytomność, narzucił na siebie suknie milczący, chwycił papiery i broń... Drżąca rączka wiodła go za sobą.
Przeszli salę. Paweł nie wiedział ani dokąd szedł, ani co się z nim działo. Celina prowadziła go, śpiesząc się, lecąc... W trzecim pokoju była na wypadek rabunku zrobiona mała kryjówka, do której wiodła podnosząca się blacha w kominie. Był to loszek ciemny, szczupły, wilgotny, w którym stała tylko szkatułka z papierami podsędka. W dwóch słowach wskazała mu ją Celina, otwarła, wepchnęła go niemal, zamknęła silnie i biegiem wróciła do swojego pokoju, rzucając się, jak bezprzytomna pod kołdrę.
W sam czas, gdyż niemal w tej samej chwili do głównych drzwi dobijać się zaczęto... Powoli ludzie się budzili, słychać było kroki spieszne, bieganie, krzyki, stukanie drzwi i szczęk szabli i głosy gniewne i spór... i kłótnię żywą i przekleństwa... Jak długo trwało to wszystko, panna Celina nie mogła obrachować.. W trwodze tej każda chwila zdawała się wiekiem.
Teraz widocznie rozpoczynano jak najpilniejszą rewizję w całym domu... Od salonu wyraźnie dochodziły ją głosy wrzawliwe, płaczliwe, napastliwe, pokorne...
— Nie mógł uciec! — wołał Szuwała — O! o! ostawiłem dom do koła wprzódy, żywa dusza się z niego nie wymknęła... To nie może być. Zrewiduję, zburzę... spalę dwór a znajdę...
— Ale panie pułkowniku — ozwał się gospodarz — nie przeczę, że niejaki Pawłowski nocował u mnie... czemuż nie mógł ujść, posłyszawszy wprzódy od nas, że dom otaczają? Któż go wiedział, kto był, a myśmy go nie pilnowali.
— Nie mógł ujść — bijąc pięścią w stół wołał sprawnik. — Ja was wszystkich tu nauczę... Pójdziecie w kajdany! W Sybir... Buntownicy!... Rewidować dom... loch...
Otworzyły się drzwi do pokoju, który dzielił salon od mieszkania panny Celiny. Dziewczę powracając do siebie miało przytomność jeszcze dla złudzenia sprawnika, zwolna i cicho otworzyć okno...
Podsędek szczęściem to dostrzegł.
— Patrz-że pan — zawołał — oto dowód... Widzisz pan... Okno otwarte... To oczywista rzecz... Słysząc nadchodzących, wybiegł ze swojego pokoju, gdzie miał zamkniętą okiennicę i tędy się wymknął, nim rozstawiliście żołnierzy.
Szuwała stanął osłupiały z załamanemi rękami.
— Niech go jasne pioruny zatrzasną! — krzyknął. — Żołnierze, w ogród!... Przetrząść budynki... Ja z sekretarzem zrewiduję dom.
— A rewiduj... rewiduj! — rzekł rozgniewany podsędek — niech i ciebie pioruny zatrzasną.
Milczący, widocznie zrozpaczony tem oknem otwartem, więcej z obowiązku niż w nadziei znalezienia czegoś Szuwała wstrząsnął drzwiami od pokoju kobiet.
Dwa krzyki: cioci i panny Celiny odpowiedziały na tę napaść.
Pułkownik zawstydził się, rzucił okiem, postrzegł kobiety w łóżkach... obaczył, że drzwi do dalszych pokoi niema, i mrucząc zawrócił się.
Obeszli tak cały dom... kazał się Szuwała sprowadzić do lochów... i wrócił blady, rozwścieczony, zły...
— Tych panów — rzekł — nim się rzeczy wyjaśnią, aresztuję wszystkich... pojedziecie ze mną... wyprowadzimy śledztwo... Jeżeli więzień ujdzie, któż za to odpokutuje?
Nikt mu na to nie odpowiedział.
— Pana Załowickiego związać — dodał Szuwała — on tu go przywiózł, wiedział co robił i kto on był... czy kto kradnie czy przechowuje, wina jedna. Sybir czeka waćpana.
Załowicki blady jak trup, pół omdlały... stał z głową spuszczoną...
Sprawnik przed kilku godzinami dosyć grzeczny, jak na sprawnika, teraz się stał prawie dzikim...
Napawał się strachem swych więźniów, swoją potęgą i znęcał, urągając nad nimi. Teraz on tu był panem i władcą.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.