Emisarjusz/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wydania 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



∗             ∗

Jeśli wam przyjdzie mierzyć rozum człowieka, jego zdolności, naukę... mierzcie ją sobie czem wam się podoba, ale charakter i szlachetność niczem się ocenić nie dają, jednem tylko obejściem się z nieszczęśliwymi i słabszymi. Okrucieństwo, urągowisko, nadużycie siły względem słabych, a upodlenie przed mocniejszymi są najlepszą oznaką nikczemnego człowieka.
Takim się okazał pan pułkownik Szuwała w Radziszewie, a złość jego potęgowała jeszcze myśl, że mu się znowu nienawistny ów wróg wymknąć potrafił. Wiadomo, że za Mikołaja — ba i dzisiaj, złapanie lub poszlakowanie w czyimś domu zbiega, emisarjusza, emigranta, człowieka podejrzanego, wkłada taką winę na ukrywających go, jakiejby podlegał sam przestępca. Nie dość na tem, prawo moskiewskie nie wyłącza nikogo od obowiązku doniesienia rządowi i wydania przestępcy politycznego, choćby on był ojcem, synem, mężem, bratem.
Ojciec, który nie wydał syna, jest karanym za niego, dziecię co nie zdradzi rodziców, uważa się za winowajcę. Gdzie takie zasady w prawie publicznem strwożony despotyzm zapisał, tam się dziwować nie można powszechnej kraju demoralizacji i wszystkim podłościom, jakich się ci ludzie dopuszczają; tam nie istnieje rodzina, nie uniewinnia miłość, nie wiąże krew i wdzięczność. Car ponad wszystko! Nigdy w narodzie chrześcijańskim dalej nie posunięto zaparcia nauki Chrystusowej... a te zasady znajdziecie w katechizmie o czci cesarza wszech Rosji.
Pułkownik, który był wychowańcem Mikołaja, żył zasadami temi, dla niego więc Radziszew poszlakowany o polityczne przestępstwo już był skazanym, a mieszkańcy jego... od tej chwili liczyli się za więźniów turemnych.
Był więc panem na skonfiskowanym już w myśli majątku... rozglądał się tylko, co przed konfiskatą miał dla siebie wyłączyć.
Leżał na kanapie podparty... nie patrząc nawet na stojących przed nim, na pół odzianych panów podsędka, Załowickiego i Rabczyńskjego. Sekretarz przywołany stał czekając na rozkazy. Po chwili sprawnik się odezwał:
— Naprzód Załowickiego związanego weźmiesz waćpan i odwieziesz do turmy... rozumiesz... Konie i bryczkę zabrać stąd... dwóch ludzi ze wsi na wartowników. W drodze żeby mi z nikim nie gadał. Odebrać mu pieniądze... obchodzić się jak najsurowiej. W pół godziny żebyście byli w drodze. Jeśliby uciekać zmierzał, pal mu w łeb.
Załowicki stał blady i drżący.
— Ale panie pułkowniku — rzekł głosem słabym.
— Poszedł precz! nie gadać nic, wygadasz się przed komisją.
Sekretarz i żandarm, stojący u drzwi porwali go i wypchnęli za próg, sami z nim idąc.
Szuwała spojrzał na Rabczyńskiego, który milczał.
— Żandarma! — zawołał — Drugi powiezie na osobnej bryczce tego jegomości... w godzinę później. Ja sam pojadę z gospodarzem.
— Gdzie waćpana papiery? — spytał.
— Jakie papiery? — odezwał się spokojnie podsędek.
— Wszystkie jakie masz.
— Szukaj ich sobie i bierz — mruknął stary, padając na krzesło — ja papierów prócz ekonomicznych i prawnych nie mam.
— Zobaczymy.
Rabczyńskiego pociągnięto w drugą stronę.
W saloniku został się Szuwała rozwalony na kanapie i pogrążony w myślach podsędek... który słowa nie mówił. Sprawnik sapał ale powoli zdawało się, że przychodzi nieco do siebie.
Przestraszone kobiety ubrały się tymczasem. Celinie doniosły sługi, że jednych wywożono, drugich wywozić miano, że ojciec także uwięziony jechał do Łucka. Blada, drżąca, ale nie tracąc ani odwagi, ani przytomności, weszła do salonu.
Sprawnik spostrzegłszy ją, nieco się zmięszał, wstał milczący.
— Panie pułkowniku, na miłość Boga — odezwała się podchodząca do niego Celina — co się stało, co się to dzieje. Co ci panowie zawinili? mój ojciec?
— Ojciec wasz, ci panowie — rzekł sprawnik szydersko — niby to pani nie wiesz?
— Ale ja nie wiem o niczem?
Pułkownik głową poruszył ironicznie.
— Mieliście państwo niebezpiecznego gościa w domu, który zbiegł... a wy za niego pokutować będziecie...
— Ale myśmy go nie znali? Nie wiedzieliśmy kto był!...
— To się okaże przy śledztwie — rzekł zimno Szuwała.
Celina spojrzała na ojca, który siedział przybity i jakby odrętwiały.
— Cóż winien mój ojciec? chciej się pan zastanowić. Podobnaż każdego, co przyjeżdża, pytać o paszporta? Możnaż z fizjognomji zgadnąć, co kto ma w sercu?
— Panie pułkowniku — odezwała się po chwili — ja ufam jego charakterowi, że mojego ojca nie obwinisz, ani go pociągniesz do odpowiedzialności.
— To nie odemnie zależy — rzekł pułkownik coraz chłodniej.
— Mój ojciec... się wytłumaczy.
— Zobaczymy.
Celina zbliżyła się do podsędka... oczy ich się spotkały, czy zrozumiał ją... niewiadomo, ale dał znak, aby wyszła.
Dziewczę wysunęło się powoli.
— Panie pułkowniku — odezwał się, wstając i zbliżając do niego, podsędek — mówmy otwarcie. Daję panu słowo honoru, że tego pana nie znałem, że go widziałem po raz pierwszy i nie wiedziałem kim był... Na co mnie pan masz gubić...
— Panowie się sami gubicie...
— Cóż panu z tego przyjdzie, jeśli mnie potępisz?...
— Co? siebie uniewinnię.
— Zdaje mi się, że za to mnie gubić nie potrzebujesz... Jeszcze raz, mówmy po ludzku.
Sprawnik z ukosa patrzył, ale nie protestował.
— Tysiąc rubli — szepnął podsędek.
Szuwała potrząsł głową.
— Półtora.
— Ja nie żyd, żebym się targował.
— Cóż każesz dać?
— Daj trzy... to cię oczyszczę...
— Nie mam ich gotowych...
— Słowo honoru.
— Półtora zaraz — rzekł, wyjmując pieniądze z kieszeni podsędek — półtora za tydzień.
Szuwała nie odpowiedział nic, ale pieniądze schował do kieszeni.
— Zachoruj i kładź się w łóżko — rzekł — zostawię ci tylko żandarma... a każ mi konie dawać, ja jechać muszę.
Podsędek odetchnął... i gdy Celina weszła napowrót, wyczytała z jego twarzy, iż rzeczy stały lepiej.
Szuwała krzyczał tylko jeszcze głośniej, łajał, sprzeczał się pozornie z podsędkiem, który utrzymywał, że był chory, klął, tupał, ludzi rozpędzał i po kilku godzinach tej komedji, zostawiwszy żandarma w Radziszewie, sam jeszcze przededniem z kagańcem, wyjechał za więźniami do Łucka.
Podsędek błagał go za nimi, ale Szuwała ani słowa na to nie odpowiedział.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.