Emisarjusz/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Emisarjusz
Wydawca Biblioteka Domu Polskiego
Data wydania 1925
Druk Drukarnia P. K. O.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



∗             ∗

Wśród wielkiej rozmaitości egzemplarzy tej istoty, którą zowią człowiekiem, trafiają się doprawdy tak ciekawe i osobliwe, iż usprawiedliwiają najtroskliwsze studja, choćby były jak fjołki, nieporównywając... nisko w trawie rosło. Niktby się pewnie nie spodziewał, że Wańka, deńszczyk sprawnika Szuwały, jego woźnica i sługa, należał do tych egzemplarzy rzadkich i oryginalnych. Tak jednak było w istocie. Wańka rodem ze Smoleńskiej guberni, niegdyś żołnierz (ale w czasie służby zajmował się szyciem i naprawą butów regimentu), był rzadkim człowiekiem. Poczciwe to było, usłużne, ciche, cierpliwe, ale naiwne do granicy, od której ten szacowny przymiot zaczyna zakrawać na głupotę.
Wańka nie pytany, nigdy nie mówił, nie śmiał poczynać sam, ale raz zagadnięty, był niewyczerpanym i wyśmienitym. Śpiewał nawet, kiedy mu kazano. A był tak zawsze szczęśliwym i ze wszystkiego zadowolonym, iż zniecierpliwić go lub zasmucić, prawie się zdało niepodobieństwem.
Nie mówi się już o tem, iż był posłusznym nieograniczenie. Musiał sobie zapewne wyrozumować, iż za te czyny, które popełniał po ukazu, nie był ani przed Bogiem, ani przed ludźmi odpowiedzialnym. Gdyby więc pan mu kazał ukraść, zabić, mordować, niechybnieby spełnił przykazanie. Serce miał dobre, ale wdrożony do karności, nieraz siekł powierzonych swej rózdze winowajców bez litości, choć ich potem serdecznie żałował, leczył i cieszył.
Był to już człowiek tego rodzaju... czysty produkt cywilizacji moskiewskiej... a nie najgorszy jeszcze. Trafiają się szkaradniejsze daleko.
Wańka miał serce, co nie wszystkim jest dane, trzymał jego uczucia w zawieszeniu, ale gdy mu było wolno, praktykował je.
Fizjognomja poczciwego Wańki była zwierciadłem duszy. Twarz miał bladą, szeroką, rozlaną, z mocno wystającemi policzkami, oczki małe, niekiedy uśmiechające się, szare, usta szerokie i mięsiste, nosek zadarty, jakby przełamany i skromnie kryjący się wśród policzków. Nie był pięknym, ale miał w sobie coś miłego... i niejedna rekrutka się w nim kochała. Nie ożenił się wszakże, i choć dość romansowego usposobienia, pozostał swobodnym. Wańka lubił wódkę, ale nie upijał się też do utraty zmysłów nigdy, tylko do przyjemnego odurzenia.
Bryczka sprawnika to wpadała w kałuże bezdenne, to grzęznąc jednem kołem, zdawała się już już wywracać, to się toczyła po zmokłych piaskach. Szuwała świstał. Mrok padał, byli dzięki koniom pocztowym o dwie mile od Radziszewa.
— No co, Wańka — odezwał się do niego sprawnik po kilkugodzinnem milczeniu — dobrze ciebie przyjęli w tym dworze? hę?
— A co... dobrze... co się nazywa, proszę pułkownika... Dali wódki com chciał i flaszkę postawili przede mną, mięsa całą miskę... kołacza... Już to, proszę pułkownika, bodaj to jeździć po powiecie! Nigdzie człowiek tak się nie pożywi, jak u obywateli...
Sprawnik się rozśmiał.
— Nawet żyd w karczmie nie pożałuje... ale żyd to taki żydem. Ryby da albo masło z chlebem... i gotują nie do rzeczy.
— A ty lubisz jeść? — spytał Szuwała.
— Któżby, proszę pułkownika, jeść nie lubił? Człowiek już na to jest od Pana Boga stworzony.
— Tylko na to? — zapytał pan.
— A no, jużcić i pić musi... to niema rady — rzekł Wańka.
— A dalej?
— A no, to i spać.
— I więcej nic...
— At, co to gadać, proszę pana pułkownika!... Ja tam nic nie wiem... a to wiem, że najrozumniejszy człowiek na głodno głupieje.
Sprawnik się rozśmiał.
— Cóż ty tam widział w tym dworze?
— A ba! — odparł Wańka — dwór co się zowie paradny.. nawet w garderobie takie panny, że w mieście co podobnego widzieć trudno.
— Cóżeś ty się umizgał?
— Chowaj Boże... Tam na Moskala, choćby i ze sprawnikiem przyjechał, żadna ani spojrzy... A jak do nich gadać!
— Dużo ludzi?
— A moc.
Wańka urwał.. a nagle dodał:
— Ale co ja, proszę pana pułkownika, tam osobliwszego widział.
— No cóż — spytał pan, bawiąc się widocznie tą rozmową.
— A to, nie wiem czy pan pamięta, jak to my byli u policmajstra, co to ja stałem z dorożką przed jego domem... co to tam przychodził jakiś niby Niemiec z paszportem... a potem jego tak strasznie szukali... Ja wówczas tego Niemca dobrze widziałem.
— To i cóż?
— A teraz tom go zobaczył znowu tu... w Radziszewie... Jak państwo siedzieli u stołu, przychodził do kredensu wody się napić...
— Jakto? jesteś pewny? — zakrzyczał Szuwała.
— Oto to, proszę pułkownika, ja kogo raz w życiu zobaczę, to go do śmierci nie zapomnę, już taką mam naturę pamiętliwą.
— Jesteś pewny?
— Ale mówię...
Sprawnik, jak piorunem rażony, nagle powstał na bryczce, twarz mu zapłonęła i zawołał na woźnicę ogromnym głosem, tak, aż bryczka się zatrzęsła:
— Stój!
Konie stanęły, jak wryte.
Pułkownik podniósłszy się na nogi na bryczce drżący, zdawał się nie wiedzieć co robić... Zmierzchało się mocno...
— Głupcze... Ośle... Niegodziwcze! — zaryczał nagle. — Czemużeś natychmiast, tam, na miejscu, obaczywszy go, nie dał mi znać?
Wańka wielkie oczy wytrzeszczył, rękę podniósł, milczał.
— Albo mnie pan pułkownik kazał albo mówił?
— Ale, głowo bez mózgu, wiedziałeś, że tego człowieka szukali, że go ścigała policja... Widziałeś, że nie poszedł z nami do stołu, że się krył... Jakżeś mógł być takim głupim i nie dał mi znać, nie tracąc chwili?
— Nu, proszę pana pułkownika, któż mógł wiedzieć, że to taki potrzebny człowiek? Myślałem sobie... a to zabawne... jego tam ze świecami szukali, a on tu sam się z nami zdybał. Ale co mnie do tego. Myślałem sobie: policmajster jego szukał, to co nam do policmajstrowych sztuk?
Szuwała już nie słuchał, bryczka stała, dał okrutnie pięścią w kark Wańce, który padł na siedzenie.
— Nuż mi teraz uciecze! — zawołał. — Ale nie... nie! Rachuje teraz na to, że mu się upiekło... Niegodziwy, zaśnie spokojnie... wezmę go w łóżku... Odczepić dzwonek — dodał — zawracaj... W najbliższym dworze konie odmienimy... do Radziszewa!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.