Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Emisarjusz.djvu/62

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— A ba! — odparł Wańka — dwór co się zowie paradny.. nawet w garderobie takie panny, że w mieście co podobnego widzieć trudno.
— Cóżeś ty się umizgał?
— Chowaj Boże... Tam na Moskala, choćby i ze sprawnikiem przyjechał, żadna ani spojrzy... A jak do nich gadać!
— Dużo ludzi?
— A moc.
Wańka urwał.. a nagle dodał:
— Ale co ja, proszę pana pułkownika, tam osobliwszego widział.
— No cóż — spytał pan, bawiąc się widocznie tą rozmową.
— A to, nie wiem czy pan pamięta, jak to my byli u policmajstra, co to ja stałem z dorożką przed jego domem... co to tam przychodził jakiś niby Niemiec z paszportem... a potem jego tak strasznie szukali... Ja wówczas tego Niemca dobrze widziałem.
— To i cóż?
— A teraz tom go zobaczył znowu tu... w Radziszewie... Jak państwo siedzieli u stołu, przychodził do kredensu wody się napić...
— Jakto? jesteś pewny? — zakrzyczał Szuwała.
— Oto to, proszę pułkownika, ja kogo raz w życiu zobaczę, to go do śmierci nie zapomnę, już taką mam naturę pamiętliwą.
— Jesteś pewny?
— Ale mówię...
Sprawnik, jak piorunem rażony, nagle powstał na bryczce, twarz mu zapłonęła i zawołał na woźnicę ogromnym głosem, tak, aż bryczka się zatrzęsła:
— Stój!
Konie stanęły, jak wryte.
Pułkownik podniósłszy się na nogi na bryczce drżący, zdawał się nie wiedzieć co robić... Zmierzchało się mocno...