Eliza Orzeszkowa, jej życie i pisma/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jadwiga Marcinowska
Tytuł Eliza Orzeszkowa,
jej życie i pisma
Wydawca „Księgarnia Polska“
Data wydania 1907
Druk Wł. Łazarski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron



Wymieniliśmy tutaj cały szereg książek napisanych przez Orzeszkową. Są to obszerne powieści, z których każda w sobie dużo myśli mądrych zawiera; są to jakby mocne kamienie w budowie jej niezapomnianej zasługi.
Pomiędzy temi większemi dziełami rozsypane jest niejako całe mnóstwo krótkich powiastek czyli nowel. Trudnoby o wszystkich tu mówić, bowiem Orzeszkowa różnemi czasy napisała ich bardzo wiele.
Żadna z tych powiastek nie jest pozbawiona głębszego znaczenia. Żadna nie powstała jako fraszka. W każdej wyrażona jakaś myśl troskliwa i zacna, w każdej wyczuwa się uderzenie miłującego serca.
Są zbiory tych opowiadań objęte ogólną nazwą „Z różnych sfer“. Tytuł rzecz dobrze wyraża, bowiem istotnie opisywane tu postacie z rozmaitych warstw społeczeństwa; niedole i smutki i trudności wszelkich rodzajów, zawsze z jednaką serdecznością przez autorkę odczuwane i czytelnikowi postawione przed oczy.
Po „różnych sferach“ chadzała baczna myśl Orzeszkowej i słusznie, bo żadna sfera, żadna część rodzinnego społeczeństwa nie była jej nigdy obojętną przez jedną bodaj chwilę.
Są jeszcze inne, bardzo liczne powiastki, poszczególne, albo też powiązane jakimś wspólnym odpowiednim tytułem np „Iskry“.
Niektóre z tych opowiadań poświęcone są niedoli dziecięcej, której głębokie odczuwanie widzieliśmy już w dłuższej powieści o Sylwku Cmentarniku.
Jest np. niedługa powiastka: „Dobra pani“. Opisywana rzecz dzieje się w mieście Grodnie. Dobra pani to zamożna, bezdzietna wdowa. Przekonana jest o sobie, że posiada niezmiernie tkliwe i kochające serce, w istocie zaś jest kapryśną znudzoną kobietą bez zastanowienia, powiedzieć można, bez sumienia.
Bawi się, przybierając do łaski coraz to inną, chwilowo ulubioną istotę. Zachwyciła się kiedyś urodą młodej dziewczyny w zaścianku szlacheckim. Obietnicami ją obsypała, narazie uczyniła z niej przyjaciółkę, mówiąc, że los jej zapewni. Później stopniowo znudziła się chwilową przyjaźnią, dziewczynę obróciła do swoich posług, tak nagłą zmianą zatruła jej serce goryczą.
Z kolei upodobała sobie papugę, dalej pieska pokojowego, nareszcie rozkochała się w ślicznym dziecku, małej sierotce Helce, która się chowała gdzieś na przedmieściu u wuja swego mularza.
„Dobra pani“ dziewczynkę bierze za swoją, jak z rodzoną córką z nią postępuje; niepomiernie stroi, pieści, jakby nad skarbem nad nią czuwa.
Dziecka serduszko wdzięczne przywiązało się do tej opiekunki.
Dziecka młode usposobienie przywykło do nowych, a tak wygodnych warunków życia. Ale właśnie natenczas „dobra pani“ już sobie upatrzyła gdzieś nową namiętność i zabawkę. Bez najmniejszego względu odsuwa od siebie dziewczynkę, obojętnieje dla niej, mrozi i łamie tę dziecięcą, wiosenną duszę.
Helenka odesłaną została do garderoby, a niebawem, gdy pani wyjechała gdzieś zagranicę, oddano ją z powrotem do ubogich wujostwa, od których przed kilku laty przyszła. Gdyby jej „dobra pani“ nie była stamtąd brała, dziecko mogłoby sobie wyrastać i zdrowo i dość szczęśliwie. Ale teraz rozpieszczonej i nawykłej do zbytku okropną wydała się biedna chata i twarde w onej życie. Oburzająca lekkomyślność i kaprys „dobrej pani“ przyprawiły to młode stworzenie o głęboką niedolę.
W paru powiastkach Orzeszkowa pisze o nędzy i bólu żydowskiego ludu. Współczucie dla żydów, jako nieraz bardzo upośledzonych i biednych, przebijało już w znakomitej powieści o Meirze Ezefowiczu. Z takim samym, szczerze ludzkim zrozumieniem i odczuciem niedoli napisane są krótkie opowiadania. Tytuły ich: „Gedali“ i „Silny Samson“.
W powiastce p. n. „Romanowa“ opowiedzianą jest dola biednej matki wdowy, która głęboko chowa wspomnienie zaznanego w młodości małżeńskiego szczęścia, a jednocześnie z ciężkiej swej pracy wychowuje jedynaka syna. O synu tym marzy, iż będzie człowiekiem, co się nazywa, że się dorobi dobrego losu i szacunku na świecie.
Chłopak jest rzeczywiście bardzo zdatny, obiecujący, naogół lubiony. Na nieszczęście obudził się w nim pociąg do trunku.
Źli towarzysze tę skłonność w nim podtrzymują, zachęcają, tak że wkrótce staje się to nałogiem.
Biedna matka rozpaczliwie z nałogiem owym walczy. Wielką dobrocią stara się działać na syna, zatrzymuje go przy sobie wszelkiemi środkami, tłómaczy, błaga. Nie robi mu nigdy gorzkich wymówek; jeno gdy przychodzi pijany, usiłuje skryć to przed oczyma ludzkiemi: chłopca jak małe dziecko utula, karmi, poi; potem wytrzeźwionego prowadzi ze sobą do kościoła. Modlą się razem gorąco i chłopak jest skruszony, ocenia miłość matki, obiecuje poprawę. Serce Romanowej przez kilka dni lub tygodni wzbiera nadzieją.
Nietylko ciężką ale daremną okazuje się jednak ta walka ze wzrastającym nałogiem.
Chłopak jest z zawodu mularzem; w lecie, jesieni, dopóki wre robota, wszystko wybornie idzie. Syn Romanowej za dwóch, za trzech, pracować umie i lubi; przepadają za nim majstrowie. On sam na żadne zbytki i nudę czasu nie ma. Gdy wszakże nastaje pora zimowa, z nią brak zajęcia, nadchodzą dni pokusy i nudy. Przez tydzień jeden, drugi, opiera się im chłopak, a w końcu — ulega znowu.
Matka niejednokrotnie z żałością spogląda wgłąb ciemnego zaułka, gdzie nizko ponad ziemią połyskują oświetlone, choć brudne okienka szynku. Przypominają się jej widziane kiedyś w młodości wpośród śnieżnego boru złowrogie oczy wilka. Bo też ów szynk przyczajony w głębi zaułka wydaje się także wilkiem okrutnym, a głodnym, czekającym na zgubę człowieczą.
I myśli sobie: „Dlaczego to ludzie bogaci i oświeceni nie urządzą dla biedniejszych i ciemnych jakiego miejsca rozrywki dostępnej, godziwej, nie pociągającej do złego“.
Nieszczęsna kobieta nie ocaliła syna; musiała patrzeć na jego stopniowy upadek, a sama na schyłku życia jako żebraczka wyciągnęła rękę do litościwych w kościelnej kruchcie.
W powiastce: „A. b. c.“ rzecz dzieje się w księstwie Poznańskim, czyli w tej części kraju, która się dostała pod panowanie pruskie.
Młoda dziewczyna, Joanna Lipska, mieszka przy bracie, ubogim urzędniku. Widzi, że brat ten z trudnością ich dwoje wyżywić może; chciałaby mu serdecznie ulżyć, dopomóc. Ale prócz tego chciałaby jeszcze czegoś więcej. Oto jest młoda i zdrowa, a czuje, że jej życie jakoś jałowo schodzi. Tedy wszystkiemi siłami swej młodości pragnęłaby uczynić coś dobrego, pożytecznego dla społeczeństwa, dla ludzi.
Wreszcie wpada na pomysł, który nietylko przyniesie jej pewien zarobek, ale co ważniejsze, zaspokoi te tęskne, a szlachetne pragnienia. Będzie uczyła dzieci rzemieślników z sąsiedztwa; praczki, krawca, stolarza. Dzieci te przeważnie są zaniedbane; rodzice nie mogą im dostarczyć odpowiedniej opieki i nauki.
Rozpoczyna się dla Joanny Lipskiej jakoby nowe, a pełniejsze życie. Dzieci przychodzą ochoczo, rodzice uradowani składają drobną zapłatę, a ona sama jest poprostu szczęśliwa.
Stopniowo wzrasta ucząca się gromadka.
Joanna przygarnia i takie dzieciaki, których ojcowie i matki wcale płacić nie mogą. Otacza ją wzamian miłość i wdzięczność. W jej ubogim mieszkaniu rozlegają się głosy dziecięce: a. b. c. Żwawo idzie nauka.
Wszystko jak najlepiej się składa, jednak tylko do czasu. Rząd pruski, starannie nad tym czuwa, aby oświata nie przenikała do dzieci polskich. Rychło wyszpiegowano szkółkę Joanny. Dostała wezwanie do sądu. Skazano ją na trzymiesięczne więzienie lub zapłacenie dość znacznej kwoty. O tym ostatnim nie pomyślała nawet; skądby uboga wzięła tyle pieniędzy? Gotowała się przeto iść do aresztu. Brat jednakże nie chciał na to pozwolić; dostał pożyczkę od lichwiarza, obarczył się nowym, wielkim ciężarem, a uratował siostrę. Joanna uczuła ogromną dla niego wdzięczność, a wszakże po chwili opłynął jej serce smutek. I cóż stąd, że do więzienia nie pójdzie, że od tej biedy uchronioną została? Źli i okrutni ludzie zgasili w jej duszy promień; oto życie znowu przed nią jałowe i puste.
Okrutny zakaz pruskiego rządu wyrządził tej dziewczynie najcięższą krzywdę moralną, pozbawił ją możności pracowania dla tego, co ukochała, czyli dla ideału.
Powiastka powyższa odnosi się do stosunków w Wielkopolsce (księstwie poznańskim), ale przecież to samo istniało i u nas. Dopiero ostatnie czasy zapowiedziały niejakie w tym względzie ulgi.
A jeśli gdziekolwiek, to na Litwie przestrzegano tego z surowością największą.
Orzeszkowa nie mogła o tym otwarcie pisać, przedstawiła więc takie same stosunki, ale gdzieindziej, w Poznańskim.
Że myślała o Litwie, widać to z różnych szczegółów w toku opowiadania.
Nie możemy tutaj wymieniać treści, a bodaj i tytułów wszystkich prac Orzeszkowej. Jest tego mnóstwo. Wszakże złożyło się na to czterdzieści lat niestrudzonego, wytężonego działania.
Ale najważniejsze utwory przebiegliśmy pilną myślą i oto mamy przed sobą obraz wielkiego, pracowitego żywota. Czy dziwnym się to wyda, iż można w szeregu książek wyrazić swoją obywatelską działalność, swoje w społeczeństwie i dla społeczeństwa — życie?
Wiemy już, że to w kraju naszym, najzupełniej możliwe i prawdziwe.
I jakąż ocenę dziś nadamy ujrzanemu w ten sposób wizerunkowi żywota?
Wpośród mnogości dzieł Orzeszkowej znachodzą się oczywiście wykonane lepiej i gorzej. Są utwory, które pokolenia po naszym następujące jeszcze odczytywać będą z pożytkiem i zamyśleniem; są inne mniej udatne, o których się z czasem zapomni. Ale jednego niemasz, mianowicie książki, któraby do nas nie przemawiała gorącym ukochaniem narodu, ziemi rodzinnej i wszystkiego, co dobrym, podniosłym, szlachetnym jest na świecie.
Wspominaliśmy u początku, że Orzeszkowej całe życie upłynęło na Litwie i że działalność jej pisarska zespolona jest ściśle z losem popowstaniowym tamtejszego społeczeństwa polskiego.
Przyjrzeliśmy się w jej książkach tym czterdziestoletnim dziejom.
Niemasz tam, zda się, wydarzeń wielkich, tego, co nazywamy wypadkiem historycznym. Ale to tylko pozór.
Długiego onych niedoli szeregu możemy się właśnie doskonale nauczyć, wędrując poprzez dzieła Elizy Orzeszkowej.
Wszystkie tam znalazły odzwierciadlenie. Każda zaznaczona z głębokim bólem zranionego serca, obrażonej sprawiedliwości, wstrząśniętej duszy.
Równolegle idą dzieje potrzeb powstających w narodzie. Każda z nich natychmiast zauważoną była rozmiłowanym sercem i myślą. Troskliwością objęta, każda swój wyraz znalazła w odpowiednim utworze.
Niedole, potrzeby i grzechy społeczeństwa. Te ostatnie wykazywane sprawiedliwie, bez oszczędzania, bez omówień. Jednakże i w tym wypadku zawsze czuć było, że rękę powodowało serce. A ono poprawy pragnie i nikogo wśród społeczeństwa nienawidzić nie umie.
Krok za krokiem postępowała tak obok narodu swego Orzeszkowa, nie odrywając się nigdy, bodaj na chwilę, od wspólnej twardej, doli.
A postępując, nieciła ustawicznie w sercach miłość Ojczyzny. Nie upadała w cierpieniu. Wbrew niszczącej sile ciemnoty, ucisku, krzywdy, nieciła jasną miłość sprawiedliwości, dobra i prawdy.
Wspaniałym czynem jest takie oto życie! I jakże je nazwać mamy, by uszanować w godnej, dostatecznej mierze?
Powiedzmy, że było ono całe właśnie miłością i dobrem.
Niech mu to będzie za sprawiedliwe miano.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jadwiga Marcinowska.