Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/XXXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XXXVI.

Nazajutrz rano odbyło się w kościele parafjalnym żałobne nabożeństwo, na którem był obecny Twardowski z żoną, doktór Zemła, służba i niewielka garstka ludzi ze wsi. Pogrzeb, zgodnie z życzeniem zmarłej, wyznaczono na późne popołudnie, na tę samą porę, w której pochowano Alfreda Twardowskiego.
Wanda ciągle była odrętwiała: nie można z nią było kilku słów zamienić.
Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, z domu turowskiego wyruszył prowadzony przez księdza Rybarzewskiego kondukt pogrzebowy, posuwając się wolno przez las i przez pola ku cmentarzykowi parafjalnemu.
Złożono trumnę do dołu, wykopanego obok mogiły dziedzica Turowa, i zaczęto ją zasypywać. Ksiądz zaintonował “Salve Regina”...
Uwaga Twardowskiego cała była skupiona na Wandzie, którą, chwiejącą się na nogach, podtrzymywał...
Naraz spostrzegł poruszenie w niewielkim, zgromadzonym dokoła grobu tłumie. Ku niemu przeciskał się... Grzegorz.
Dawny służący stanął za jego plecami i szepnął mu do ucha...
— Dom się pali... Podpalony.
Twardowski spojrzał w stronę Turowa: nad lasem wzbijał się ku niebu potężny, czarny słup dymu.
— W bibljotece — szeptał dalej Grzegorz — jest skrzynka z papierami. Muszę jechać automobilem, bo nie zdążę.
— Jedź — rzekł krótko Twardowski.
Ksiądz, który stał zwrócony twarzą do lasu turowskiego, widział również dym na tle nieba; kończył jednak żałobną pieśń tym samym równym głosem, poczem odmówił współ z obecnymi “Wieczny odpoczynek.” Wtedy dopiero zaczął szybko zdejmować z siebie kapę, stułę i komżę. Skinął na Twardowskiego.
— Zabierzecie mnie z sobą. Trzeba się śpieszyć do Turowa.
Wanda stała nieruchoma, patrząc w ziemię.
— Dom się pali — rzekł do niej Twardowski.
Spojrzała nań obojętnym tępym wzrokiem.
— Dom?... który dom?...
— Turowski.
Wskazał jej słup dymu nad lasem. Patrzyła, jakby nic nie rozumiejąc.
— Dom mego stryja.
Dopiero te słowa coś w niej poruszyły. Zaczęła mówić do siebie ledwie dosłyszalnym głosem.
— Dom niepokoju i rozpaczy... Dom nieszczęścia...
Wpatrywała się suchemi oczyma w ponury widok.
— Jedziemy zaraz — rzekł Twardowski.
Wziął ją pod rękę i razem z księdzem ruszyli ku wyjściu z cmentarza.
Cmentarz w jednej chwili opustoszał, na drodze widać było sznur ludzi, biegnących w kierunku Turowa.
W tej chwili stanął przed cmentarzem automobil, który zawiózłszy Grzegorza i towarzyszących mu ludzi, wracał teraz po państwo.
Gdy ruszyli, Twardowski zwrócił się do księdza:
— Grzegorz pojechał ratować skrzynkę z papierami. Czy ksiądz co wiedział o nich?
— Wiedziałem o ich istnieniu — odrzekł proboszcz. — Ale jedynie Grzegorz wiedział, gdzie są schowane. W pół roku po śmierci pana miał polecone przez niego wydobyć je z ukrycia i postąpić zgodnie z moją decyzją: albo oddać je panu, panie Zbigniewie, albo złożyć je w jednej z wielkich bibljotek prywatnych, której kustosz zobowiązał się był je ustrzec od niebezpiecznych oczu i rąk.
Słońce już zaszło i zmrok zapadał. Znalazłszy się za lasem, ujrzeli wspaniały w swej grozie — widok domu turowskiego na wzgórzu, całego w płomieniach.
Wanda, niema, patrzyła szeroko otwartemi oczyma na roztaczający się przed nią obraz.
Spojrzała na męża.
— Jaka to potężna rzecz ogień, gdy jest tak wielki! Nigdy nie widziałam pożaru.
Twardowski odczuł w tych słowach pierwszą u niej od wielu dni zdrową refleksję żywej istoty.
— Tak — odrzekł, biorąc ją za rękę — to piękne w swej grozie.... I to właściwe zakończenie wielkiej tragedji.
Chciała coś powiedzieć, ale automobil zatrzymał się przed wrotami turowskiego domu.
Otworzył im drzwiczki Antoni, który czekał z miną przerażoną i zrozpaczoną zarazem.
— Dom podpalony — mówił tonem winowajcy. — Podpalacz musiał się znajdować między ludźmi z zakładu pogrzebowego. Oni tu jeszcze zostali z godzinę po eksportacji, uprzątali swoje rzeczy, a potem odjechali ciężarówką do Warszawy. Pożar wybuchł zaraz po ich odjeździe.
Twardowski słuchał relacji i pewne rzeczy w myśli zestawiał. Mówił sobie, że porfesor Paloma Oldenhuis musiał przed wyjazdem zostawić komu należało instrukcje, jak załatwić sprawę niedogodnych dokumentów. Instrukcje ściśle i umiejętnie wykonano.
Weszli do parku i zaczęli się zbliżać do ognia.
Przed palącym się domem, w odległości, na jaką pożar pozwalał, stała gromada ludzi bezczynnych, nie umiejących się na nic przydać, przeszkadzających tylko akcji ratunkowej. W mniej zajętych przez płomienie częściach domu co chwila otwierało się jakieś okno i wylatywały z niego meble, obrazy, zwinięte dywany.... Podbiegali ludzie i odnosili to wszystko za dom w głąb parku, stratowanego już całkiem po wiosennych porządkach. Każde wszakże nowo otwarte okno wywoływało nowy prąd powietrza, za którem szedł ogień, zmuszając domowników do ucieczki.
Twardowski szukał okiem Grzegorza, ale nigdzie nie było go widać.
Zbliżył się do nich rządca folwarku, który widocznie kierował akcją ratowniczą i zimnej krwi nie stracił.
— O ratowaniu domu — rzekł — nie było mowy. Postarałem się tylko nie dopuścić ognia do stajen i wozowni i kazałem zasypać schody do piwnicy, żeby tam się żar nie dostał. Zresztą, nic jej nie grozi; jest głęboka i ma grube sklepienie. Ocaliło się trochę sprzętów, ale nie najważniejszych. Z bibljoteki nic się nie dało wynieść ogień stamtąd się zaczął.
— Gdzie jest Grzegorz? — zapytał Twardowski zaniepokojony.
Rządca stał przez chwilę z otwartemi ustami.
— Grzegorz?... Wziął ludzi do wynoszenia rzeczy z domu. Ale już dom opuścili... Biegnę go szukać... Niech państwo przejdą na drugą stronę domu: tam są tylko wyniesione rzeczy i nasi ludzie, którzy ich pilnują.
Na trawniku leżały zwalone w bezładzie na kupę przeróżne sprzęty, przy nich zaś stali dwaj ludzie z folwarku. Obok leżał na ziemi Piorun, skulony, patrząc wystraszonemi oczyma na szalejący żywioł.
Na widok Twardowskiego podniósł się i podbiegł do niego bez zwykłej werwy ze skomleniem, jakby prosząc o współczucie.
Ludzie, strzegący sprzętów, ustawili na trawniku parę foteli; w jednym z nich Twardowski posadził Wandę. Piorun podszedł do niej, położył jej łeb na kolanach i patrzył smutnie w oczy.
Głaskała go machinalnie, wpatrzona w ogień, od którego oczu oderwać nie mogła. Twardowski, który ją ciągle z niepokojem obserwował, spostrzegł, że dotychczasowe odrętwienie zaczyna ją powoli opuszczać. Lód, w który się zamieniła, jakby tajał pod wpływem ognia. Popatrzyła na Pioruna, wzięła jego łeb w obie ręce i zaczęła do niego mówić:
— Biedny Piorun, i taki smutny, taki przerażony... Straszne rzeczy się dzieją, prawda?... Twój dom ginie... Ale twój pan jest i weźmie cię z sobą...
Twardowski cieszył się, że go sobie choć w rozmowie z psem przypomniała. Odszedł go na chwilę niepokój o Grzegorza.
Naraz z tłumu, stojącego po drugiej stronie domu, rozległ się krzyk.
Twardowski skoczył.
— Nie ruszajcie się stąd — rzekł do Wandy i księdza i pobiegł w kierunku domu.
Na jego spotkanie biegł szofer Marek. Stanął przed panem biały jak ściana.
— Co się stało? — zapytał Twardowski.
— Grzegorz zginął w ogniu...
— Skąd wiesz?
— Ludzie widzieli, jak okno bibljoteki wywaliło się i stanął w niem człowiek, cały w płomieniach; trzymał skrzynkę w ręku... Potem znikł... Głupie baby zagadały, że to nieboszczyk pan się pokazał... To był Grzegorz!
Twardowski odruchem chciał biec do płonącego domu. Wtem rozległ się straszny łoskot i z domu buchnął wgórę słup iskier.
— Pułap się zawalił — jęknął Marek. — Już koniec...
Zaległa grobowa cisza.
Wśród niej rozległo się ponure wycie.
Twardowski obrócił się: na trawniku poza nim przysiadł Piorun, podniósł mordę ku górze i wył... Raz, drugi, trzeci...
— To jego pieśń pogrzebowa dla Grzegorza — rzekł Twardowski głosem zdławionym.
Nie chciał iść do Wandy z wieścią o nowej śmierci. Wziął szofera i poszedł szukać rządcy.
— Wszyscy ludzie — mówił rządca — którzy ratowali sprzęty, uciekli z domu. Tylko jego nie widzieli. Musiał zostać. Dlaczego poszedł do bibljoteki, która już cała była w ogniu?... Chodziło m u widać, biedakowi, o tę skrzynkę, którą trzymał w ręku, gdy go ludzie widzieli. Straszną śmiercią zginął. Dobry i dzielny człowiek...
Twardowski wyrzucał sobie, że pozwolił jechać Grzegorzowi. Trzeba go było zatrzymać i jechać razem. Byłby go nie puścił do bibljoteki...
Zgnębiony wracał do Wandy, bojąc się, że może być niespokojna.
Ksiądz, spojrzawszy na jego twarz zmienioną, zapytał:
— Co, panie Zbigniewie?
— Nic, wszystko się już kończy.
Wanda wbiła weń oczy.
— Nie oszczędzaj mnie — rzekła. — Ja wiem, co się stało. Grzegorz zginął w płomieniach?...
Twardowski ruchem głowy potwierdził.
Ksiądz Rybarzewski wstał, odkrył głowę, przeżegnał się i odszedł w głąb parku.
Wanda zasłoniła sobie twarz dłońmi i łkała.
— Nareszcie płacze — rzekł w duchu Twardowski — jest ocalona.
W tej chwili dopiero przyznał się przed sobą do prześladującej go obawy, że dziewczyna oszaleje.
Płakała długo. Wreszcie otarła twarz i podniosła nań oczy. Z oczu tych patrzyła niewypowiedziana tkliwość. Wyciągnęła do niego ręce, które uchwycił, pomagając jej powstać.
— Tyś mi jeden został na świecie — rzekła. — Chodźmy stąd...
— Trzeba się pożegnać z księdzem — rzekł Twardowski. — Poszukajmy go.
Skierował się w głąb parku.
— Kto ci powiedział, że Grzegorz zginął? — zapytał.
— Piorun. Zawył tak żałośnie...
— Tak, to mogło być tylko po stracie Grzegorza, albo...
— Nie kończ — chwyciła go za rękę. — Ty zostałeś, ciebie mam i już ciebie nie stracę. Ani Culmer, ani ten straszny dom już nikogo nie zabije. Biedny Grzegorz...
W czerwonym blasku, oświetlającym część parku, spostrzegli księdza, klęczącego z głową pochyloną ku ziemi. Modlił się.
Widocznie usłyszał ich kroki, bo wstał, nakrył głowę i ku nim się zbliżył.
— Bóg mu okaże miłosierdzie — rzekł. — To była dusza surowa, ale dobra. Zabił nikczemnika dla swego pana i dla niego sam straszną śmiercią zginął... Miał pan słuszność, panie Zbigniewie, że księga jeszcze nie zamknięta. Ale teraz?...
— Teraz tak, bo ten dom już nie istnieje. Śmierć domu zamknęła księgę zmarłych.
— Więc dla nich — rzekł ksiądz — już tylko mamy obowiązek modlitwy za wieczny ich dusz spokój. Trzeba myśleć o żywych i o obowiązkach swojego życia. Ono się teraz dla was zaczyna. Odjeżdżacie pewnie zaraz?... Bywajcie zdrowi. Ja tu jeszcze zostanę.
Podał rękę Wandzie i spłoszył się niesłychanie gdy ta rzuciła m u się na szyję i w twarz go pocałowała.
Twardowski uściskał się z nim gorąco.
— Odwiedzę was wkrótce — rzekł ksiądz — zdam relację z tego, co się stało. Dokąd jedziecie?
Twardowski spojrzał na żonę.
— Do Zbychowa, czy do waszego mieszkania w Warszawie? — zapytał.
— Do ciebie — odparła bez wahania.
— Ależ ja mieszkam po kawalersku.
— Tam, gdzie ty mieszkasz, i dla twej żony miejsce się znajdzie.
Ksiądz uśmiechnął się zadowolony.
Za odchodzącymi zrobił znak krzyża. Potem zawołał:
— A nie zapomnijcie zabrać Pioruna!

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.