Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/XXXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XXXV.

Ksiądz Rybarzewski dał radę Twardowskiemu, żeby się teraz zajął wyłącznie swoją żoną, która jego zdaniem bardzo potrzebowała opieki. Sam ofiarował się wyręczyć go w kłopotach związanych z pogrzebem.
Skomunikował się z przedsiębiorcą pogrzebowym w Warszawie, dał mu szczegółowe instrukcje, i tegoż dnia przed wieczorem ciało zmarłej, zgodnie z jej wolą, wystawione zostało wśród świec i zieleni w przybranej kirem bibljotece.
Wanda doprowadzała Twardowskiego do rozpaczy. Przebywała bądź w bibljotece przy zmarłej, bądź zamykała się u siebie, bądź słuchała apatycznie tego, co jej mówił. Nic ją nie interesowało, nie odpowiadała, gdy zaczynał snuć plany na przyszłość. Miał uczucie, że, stawszy się jego żoną wobec Kościoła i prawa, oddaliła się od niego, stała mu się bardziej obcą, niż kiedykolwiek. Jedynemi objawami jej życia były odruchy nerwowe; drgała na najsłabszy szelest, na najmniejsze poruszenie wpobliżu...
Twardowski, sam zdenerwowany, zaczął jej unikać: widział, że spotykanie się z nią męczy ich oboje i zamiast zbliżać oddala od siebie.
Widział to ksiądz Rybarzewski i starał się być z nimi jaknajwięcej. Wpadał w ciągu dnia, zapraszał się na wieczór: robił wszystko, żeby ich jaknajmniej pozostawiać sam na sam ze sobą w tym ponurym domu, okrytym świeżą żałobą.
Twardowski wreszcie znalazł sobie zajęcie. Zawiadomił Wandę, że zaraz po pogrzebie wyjadą, ażeby ponad potrzebę nie spędzić w tym domu jednej nawet nocy. Polecił pokojówce Wandy spakować rzeczy pani tak, żeby nie zwlekając, można było odjechać, sam zaś zabrał się do porządkowania swoich papierów i książek, które Antoni układał do kufrów. To nudne zajęcie było dla niego najlepszą w tej chwili rozrywką. W przeddzień pogrzebu już wszystkie jego kufry zostały odwiezione na kolej i wysłane do Warszawy.
Wieczorem tego dnia przyjechał ksiądz, przywożąc ze sobą Zemłę.
Zjedli we czworo skromny obiad, przy którym tylko ksiądz starał się rozmawiać, poczem Wanda pożegnała ich i poszła do siebie. Zostali w jadalnym pokoju, żeby być jaknajdalej od bibljoteki.
— Więc historja biednego pana Alfreda Twardowskiego już się zakończyła — rzekł ksiądz. — Ten, który go prześladował i zniszczył mu życie, nie żyje. Nie żyje człowiek, który zabrał mu narzeczoną. Wreszcie i ona jutro spocznie obok niego. Księga zamknięta... Panie Zbigniewie, trzeba otworzyć teraz swoją. Całe pańskie życie już do pana należy. Ma pan żonę taką, że lepszej pan znaleźć nie mógł, ma pan młodość, siły, rozum — życie na pana czeka...
Twardowski spojrzał chmurnie.
— Historja mego stryja — rzekł — nie jest skończona — bo nic nigdy w życiu odrazu się nie kończy. Ślady jego trwają tu, pod tym dachem. Czuję je sam i widzicie obaj, co się w tym domu zrobiło z mej narzeczonej...
— Żony — poprawił ksiądz.
— Niech będzie żony.
— Pan znów, zdaje się, wraca — wtrącił doktór — do przedmiotu owego wieczora, kiedyśmy to pili w bibljotece.
— I kiedy doktór spotkał się ze zjawiskiem, którego przedtem nie znał...
— I którego dotychczas nie rozumień — rzucił doktór.
Twardowski zadzwonił.
— Przynieśno, Antoni, tego węgrzyna.
— Dobra myśl — rzekł ksiądz — panu to dziś potrzebne.
— I wam się przyda, bo lepiej zrozumiecie to, co chcę powiedzieć. Zresztą, po moim ślubie — mówił z goryczą — powinniście byli wypić zdrowie nasze, a przedewszystkiem mej żony. Wtedy po ślubie nie zrobiliśmy tego, bo śmierć nam stanęła na drodze. Teraz ksiądz powiada, że trzeba zacząć życie, a więc na ten początek należy nam się od was toast. Szkoda, że tu niema mej żony, ale widzicie sami, że ona jeszcze nie jest do życia...
Antoni wniósł wino i nalał kieliszki. Ksiądz powstał.
— Niech Bóg wam raczy zapisać w waszej księdze tyle szczęścia, ile w tamtej było smutku i rozpaczy.
Ucałował serdecznie Twardowskiego, a Zemła poszedł w jego ślady.
Ten niezwykły toast weselny, pity w domu, w którym stała niezamknięta jeszcze trumna, pogrążył wszystkich trzech w smutne zamyślenie.
Po paru kieliszkach Twardowski naraz zrobił się rozmowny.
— Owego wieczora w bibljotece — rzekł — czytałem na waszych twarzach strach, nie przed zjawiskiem, broń Boże, z któremście się spotkali, ale przed tem, co usłyszycie ode mnie. Ksiądz się bał, żebym nie zaczął mówić o duszy ludzkiej herezyj, przeciw którym on, ksiądz katolicki, musiałby się bronić; doktór zaś — żebym nie zaatakował jego ortodoksji naukowej. Nie bójcie się: ani jednemu, ani drugiemu nic ode mnie nie grozi... Tylko, na miłość boską, nie zamykajcie oczu, nie zatykajcie uszu, nie zaprzeczajcie faktu...
Po chwili milczenia ciągnął dalej:
— Jesteśmy dumni, żeśmy odkryli tyle postaci energji we wszechświecie i żeśmy wynaleźli tyle sposobów jej zużytkowania dla siebie. Coprawda, zużytkowujemy ją często dość niedołężnie: zapasy tej energji trwonimy niesłychanie. Spalając naprzykład węgiel, jakże znikomą cząstkę tego ciepła zaprzęgamy do pracy, gdy resztę marnotrawimy... Otóż jest jedna postać energji, którą najwięcej się posługujemy, a którą najmniej znamy; z możliwości jej, ze sposobów jej działania i z jej potęgi najmniej zdajemy sobie sprawy, i nietylko ją trwonimy, ale działanie jej zwracamy nieświadomie przeciw samym sobie. To energja nerwów ludzkich. Czegoby ludzie nie dokonali, gdyby umieli tą energją gospodarować...
— Oto patrzcie, mój biedny stryj. To był człowiek z bardzo wysokim ustrojem nerwowym i z niezwykłą, zawartą w nim siłą. Zdawało się, że ma wszystkie dane do zużytkowania tej siły w życiu... Tymczasem dwa błędy, przezeń popełnione, wystarczyły, żeby ta olbrzymia, tkwiąca w nim siła przestała pracować twórczo, dobroczynnie, a natomiast zaczęła niszczyć jego samego...
— O jednym błędzie wiem — przerwał ksiądz. — Ma pan niezawodnie na myśli jego wstąpienie w młodych latach do grabarzy.
— Dla marnego, podrzędnego celu, dla poparcia w karjerze, wszedł naoślep do organizacji, której nie znał, nie zapytawszy nawet, czego ta żądać będzie od niego wzamian za usługi, które mu odda. Nie wiedział, jakim celom ta organizacja służy, ani kto nią rządzi...
— Ale z nią zerwał — rzekł ksiądz.
— I tu popełnił drugi błąd. Gdy się przekonał, że nie może im dać tego, czego od niego żądają, że sumienie mu na to nie pozwala, zerwał z nimi, co było równoznaczne z wypowiedzeniem walki. Nie zrozumiał i w tem tkwił błąd jego — że z organizacją nie można walczyć w pojedynkę. Gdy się taką walkę wypowiada, trzeba szeregom nieprzyjaciela przeciwstawić swoje szeregi, jego broni swoją broń. On tego nie chciał i nie umiał zrobić, i zwyciężyli go: nie poddał się, ale zginął...
Ksiądz smutnie kiwał głową.
— W wieku — mówił dalej Twardowski — w którym człowiek dochodzi do najwyższego napięcia sił, został wyrzucony poza nawias życia. Energja, która w nim tkwiła, nie przestała się wyładowywać. Ale na co szła?... Na tragiczne przeżycia wewnętrzne, tak potężne, że aż na ścianach tego domu wycisnęły ślady. Tak, panowie, ta postać energji, która tkwi w naszym, systemie nerwowym, nawet na martwą materję umie działać. To, co mówię panie doktorze, nie jest przeciwne nauce, tylko dotyczy przedmiotu niedosc zbadanego. Ja właśnie mam odwagę badać te tajemnicze zjawiska, od których urzędowa nauka ucieka tchórzliwie, pozostawiając nadużywanie ich szarlatanom i zbrodniarzom...
— Energja tego człowieka, odwrócona od pracy twórczej, budującej, poszła w kierunku niszczycielskim. Zniszczyła najpierw jego samego. Potem ofiarą jej padł Culmer...
— Któż zabił Culmera? — zapytał doktór.
— Mój stryj.
— Niech pan nie żartuje...
— Mówię na serjo. Gdybym był sędzią i przede mną postawiono człowieka, który swemi rękoma zabił Culmera, zawyrokowałbym, że był on tylko narzędziem, że temi rękoma, niestworzonemi do niszczenia życia ludzkiego, poruszała energja mego zmarłego stryja... Podjąłbym się dowieść, że pośrednio i Czarnkowski padł jej ofiarą; niema zaś żadnej wątpliwości, gdy chodzi o kobietę, która tam leży w trumnie...
— Ale już koniec! — zawołał ksiądz. — Już więcej ofiar nie będzie. Jak powiedziałem, ta nieszczęsna księga jest już zamknięta...
— Nie wiem...
— Jakto, cóż jeszcze stać się może? — W głosie księdza drgała trwoga.
— Nie wiem, powiadam. Tymczasem patrzę na dziewczynę, z którą mi, księże, ślub dałeś, i widzę, jak w moich oczach ginie...
Ksiądz spojrzał nań przerażony.
— Panie Zbigniewie, ma pan słusność. Uciekajcie czemprędziej z tego domu, bo oboje w nim zginiecie.
Wstał, podniósł ostatni kieliszek.
— Za wasze nowe życie! Idźcie w nie z wiarą: Bóg wam pobłogosławi!
Na tym toaście skończyła, się niezwykła biesiada weselna Zbigniewa Twardowskiego.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.