Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/XXIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XXIII.

Przyjechawszy do Londynu, Twardowski przedewszystkiem kazał się połączyć z jednym ze swych przyjaciół, wysokim urzędnikiem policyjnym. Bywali dawniej razem na seansach medjumistycznych i obaj zajmowali się przyłapywaniem szarlatanów: Twardowski w interesie nauki, tamten dla sportu. Stąd wywiązała się między nimi przyjaźń: Fergusson przepadał za Twardowskim i, śmiejąc się, mówił zawsze, że jeżeli mu się znudzi nauka, to ma dla niego dobre miejsce w policji.
Fergusson był wolny i z radością przyjął zaproszenie na śniadanie w restauracji.
Po zwykłej rozmowie, między przyjaciółmi, którzy się dawno nie widzieli, Twardowski go zapytał o Tugela River Gold Co.
— To wielki skandal dla nas, policji — rzekł Anglik — Oszustwo było robione tak ordynarnie, że powinniśmy ich byli przyłapać, zanim zamknęli budę i uciekli. To robota małych, brudnych Żydów, nie mających żadnej pozycji finansowej, i należało ich od początku podejrzewać.
— Czy tak jest w istocie?
— Co pan chce powiedzieć? — zapytał Fergusson.
— Możebym znalazł osobistość z pozycją, która w tem ręce maczała.
— Z pozycją? gdzie?
— Tu, w Londynie.
Anglik się zainteresował.
— A cóż pan może wiedzieć o tej sprawie?
— Zdarzyło się tak, że wiem trochę. Ale chciałbym wiedzieć więcej. I tu mam do pana prośbę. Traktujcie mię, jak zagranicznego policjanta, który przyjechał wam pomóc i nawzajem żąda od was pomocy. Niech mię pan skieruje do człowieka, który ma w rękach śledztwo w sprawie Tugela River, i niech mu pan poleci, żeby porównał swoje wiadomości z mojemi, a może się pan dowie ciekawych rzeczy.
Anglik zaczął się śmiać rubasznie.
— Widzę, że pan mnie posłuchał i zaczyna zużytkowywać swoje zdolności.
— Mówiąc na serjo — rzekł Twardowski — ta sprawa bardzo blisko mię obchodzi.
— Co, może pan ma udziały?
— Broń Boże! Za kogóż mię pan ma?
— Ja też się zdziwiłem, bo uważam pana za jednego z najinteligentniejszych ludzi. Chętnie polecę pana Sinclairowi, napiszę, żeby panu całkowicie zaufał. Nie pytam pana tymczasem, kto to jest owa osobistość z pozycją, o której pan mówił. Jeżeli pańskie przypuszczenie sprawdzi się, rzecz stanie się o wiele ciekawszą.
Wychodząc z restauracji, zatrzymali się na chwilę w lobby, gdzie Fergusson napisał list polecający.
Tegoż popołudnia Twardowski odnalazł Sinclaira. Pojechał do jego biura i posłał mu swą kartę z listem. Sinclair wybiegł na jego spotkanie: widać było, że list zrobił swoje.
Zasiadłszy w fotelu, Twardowski odrazu przystąpił do rzeczy.
— Jakież pan ma dotychczas wyniki śledztwa?
— Nieszczególne. Zwykły szwindel, jak wiele innych w tym rodzaju. Okradziono mnóstwo naiwnych ludzi, prawie wyłącznie drobnych rybek, bo grubsze na taką przynętę już się nie biorą. Sprawcy uciekli. Badamy teraz rachunki i korespondencję kompanji, robota banalna, którą tyle razy już się robiło i która zawsze daje te same wyniki. Jedyna rzecz, któraby mogła być ciekawsza, to korespondencja prywatna Stuarta, chairmana kompanji, pozostawiona w ogromnym nieporządku w szufladach biurka — widać to była wielka flądra. Przeglądamy ją, ale jest wiele rzeczy niezrozumiałych, pisanych pod obsłonkami, zamiast nazwisk przezwiska lub inicjały... Wtrącane są zdania po polsku...
— Otóż to są rzeczy — rzekł Twardowski — dla mnie najbardziej interesujące. Może w części pomogę panu do ich zrozumienia. Choćby jako tłumacz polski.
— Ach, to pan Polak.
— Tak, ale naprawdę Polak, nie taki, jak Stuart lub jego współpracownicy, których panowie niesłusznie nazywacie Polakami.
Sinclair zaśmiał się głośno.
— Może panu trochę pomoże — rzekł Twardowski — przeczytanie tego, co tu panu przyniosłem. Jest to rozmowa prowadzona po polsku przełożyłem ją ściśle na angielski — przez dwóch dżentelmenów w pociągu Golden Arrow między Calais a Paryżem. Działo się to przed paru miesiącami — ma pan tam datę.
Policjant wziął spokojnie papier, położył go przed sobą na biurku i zaczął czytać. Po pierwszych paru wierszach czytał już chciwiej, stracił swą flegmę angielską, raz nawet podskoczył na fotelu.
Skończywszy, zwrócił się do Twardowskiego:
— Czy ma pan pewność, że to rozmowa autentyczna?
Całkowitą. Sam ją słyszałem i sam spisałem ją dosłownie.
Tu opowiedział Sinclairowi okoliczności, w których się zabawił w wywiadowcę. Anglik słuchał łakomie.
— W takim razie oddał nam pan pierwszorzędną usługę. Sprawa przestaje być banalną — ma ona teraz dla mnie duszę. Jest w niej jeden punkt...
— Domyślam się — przerwał Twardowski. — Sir Joseph Turner...
— Nie pierwszy już raz prowadzę śledztwo w sprawie tego rodzaju. Zawsze sir Joseph Turner okazuje się posiadaczem niewielkiej ilości udziałów. Dziwiło mię, że człowiek tak poważny, tak biegły w sprawach finansowych kupuje drobne udziały i daje się okradać na te niewielkie sumy. Czyżby był manjakiem, kolekcjonistą papierów bezwartościowych?... Ostatnim razem nawet poszedłem do niego, żeby się dowiedzieć, co to znaczy. Przyjął mię bardzo uprzejmie i, śmiejąc się, powiedział, że kupowanie wszelkich możliwych akcyj i udziałów to jego hobby, że gra sobie tym sposobem na loterji i nic go to nie kosztuje, bo czasami papiery bardzo niepozorne i nawet podejrzane okazują się doskonałym interesem. Pomimo wszakże całej uprzejmości i dobrego humoru wywarł na mnie wrażenie antypatyczne.
— Jest pan, widzę, niezłym psychologiem.
— To znów moje hobby bawić się w psychologję. Otóż pan mi dostarcza dowodu, że moje wrażenie nie było mylne. Sir Joseph Turner jest naganiaczem, cichym wspólnikiem tych oszustów, co mu musi dawać wcale niezły dochód. Posiadanie małej ilości udziałów potrzebne mu jest do pokazania, że on, poważny finansista, zaangażował się w przedsiębiorstwo, to znaczy, że jest ono solidne. Panie, ja go nakryję, i to będzie dopiera sensacja!
— Ja panu do tego pomogę.
— Panie... — Anglik spojrzał na kartę wizytową — Twardowski, jestem wielkim pańskim dłużnikiem.
— Może mi pan zaraz ten dług zapłacić.
Policjant rzucił pytające spojrzenie.
— Pozwoli mi pan przejrzeć prywatną korespondencję pana Jamesa Stuarta i skopjować lub nawet sfotografować listy, które mię zainteresują? Sinclair się zastanowił.
— Nie jest to całkiem w porządku. Wobec wszakże polecenia, z którem pan przyszedł, i pańskiej cennej pomocy w śledztwie, sądzę, że mam prawo to zrobić. Jestem do pańskiego rozporządzenia. Ale pan mi przyrzeknie, że przed procesem te listy nie będą publicznie ogłaszane.
— Przyrzekam.
— Jeszcze jedno. O to już tylko prosić mogę. Rozmowa, którą pan spisał, także nie będzie ogłoszona, dobrze? Bardzoby to zaszkodziło śledztwu.
— Dobrze.
Od tej chwili Sinclair był cały na usługi Twardowskiego.
W korespondencji Stuarta znalazł się szereg listów, podpisanych “Charlie” i niewątpliwie pochodzących od młodego Culmera. Dla znającego rozmowę w pullmanowskim wagonie były one aż nadto jasne i wystarczające do umieszczenia w więzieniu obiecującego młodzieńca. W niektórych była mowa o Turnerze, oznaczanym bądź inicjałem, bądź tytułem “knight” (szlachcic). Sinclair nie posiadał się z radości, gdy te listy ponownie odczytał, rozumiejąc je teraz całkowicie.
— Panie Twardowski mówił — będę panu zawdzięczał dwie rozkoszne chwile w swojem życiu: jedną, gdy otrzymam warrant na aresztowanie Turnera i zacznę z nim rozmawiać o jego hobby; drugą, gdy będę patrzył, jak sir Joseph wędruje w kajdankach do Dartmoor.
Twardowski listy młodego Culmera przeważnie sfotografował.
Zadowolony ze swej wyprawy londyńskiej po ośmiu dniach był już spowrotem w Warszawie.
Na stacji czekał go Michał, który zabrał jego ręczne rzeczy i kwit od bagażu, meldując, że w automobilu czeka panna Czarnkowska. Przyśpieszył kroku.
— Mam nadzieję, że się pan nie gniewa na mnie za zaproszenie się do pańskiej limuzyny — rzekła na przywitanie.
— Nie śmiałem marzyć o takiej niespodziance — odparł, całując ją w rękę.
Rzuciła Markowi adres Twardowskiego, a gdy ten chciał ją poprawić, zamknęła mu dłonią usta.
— Pojadę do pana, bo mam dużo do opowiedzenia.
W drodze zdążyła mu tylko powiedzieć, że wykonała ściśle jego instrukcję, że ojciec nic nie wie i nic nie przedsiębierze, że jednak przybraną matkę musiała we wszystko wtajemniczyć; ale ta przysięgła, że nic ojcu nie powtórzy.
Drzwi im otworzył Grzegorz. Dobry służbista nie okazał najmniejszego zdziwienia, zobaczywszy pana w tak efektownem towarzystwie.
— Kto jest ten straszny człowiek? — zapytała szeptem, gdy się znaleźli sami.
— To Grzegorz. Wśród mej służby, która jest dobra, on jest najlepszy. Muszę pani go przedstawić.
Zadzwonił. Wszedł Grzegorz i stanął w pozycji.
— Grzegorzu — rzekł Twardowski — zawiadamiam cię, że panna Wanda Czarnkowska jest moją narzeczoną. Tymczasem masz nie mówić o tem, nikomu.
— Rozumiem.
Pochylił się nisko przed dziewczyną i pocałował ją w rękę.
— Mam nakryć na dwie osoby? — zapytał z powagą.
Twardowski spojrzał nieśmiało na Wandę.
— Na dwie — odpowiedziała. — Zatelefonuję do domu, że nie będę na obiedzie.
Grzegorz wyszedł.
On nie jest tak straszny, jak mi się w pierwszej chwili wydało. Ma coś poczciwego w oczach. Ale jaki on musi być silny!
— O, tak — rzekł Twardowski. — Niósł raz w powietrzu za kołnierz dwóch ludzi: Culmera i jego przyjaciela. I wrzucił ich, jak kuferki, do automobilu.
— Culmera? kiedy?
— To było już dawno, za życia mojego stryja. Później to pani opowiem.
— Widzę, że strasznie dużo mam do usłyszenia od pana... Ale jest jedna rzecz. Teraz, gdy Grzegorz wie, że jesteśmy narzeczeni, czy to wypada, żebyśmy przy nim byli na pan i pani? Musimy sobie mówić: ty.
— Niczego więcej nie pragnę.
— I zaczniemy to zaraz, żeby się wprawić, bo to będzie trudne.
Twardowski niebardzo podzielał tę obawę.
Zdjęła futro i kapelusz, usadowiła się wygodnie i rozpoczęła długi raport o tem, co się działo w Warszawie podczas nieobecności Zbigniewa. Opowiedziała mu o swojej rozmowie z rodzicami w dniu jego wyjazdu, o zwierzeniach zrobionych matce, przeszła do prozaicznej opowieści o tem, jak ze wszystkich stron zaczęto się zwracać o pieniądze. N a szczęście nie były to wielkie sumy, tak, że wydała tylko połowę posiadanych pieniędzy. Ojciec nie wychodził z domu, był niby chory. W dwa dni po wyjeździe Zbigniewa przyszedł do ojca Culmer. Pytał się, jak sobie radzą, a ojciec, zgodnie z jej instrukcją, odpowiedział, że jeden z przyjaciół pożyczył mu trochę pieniędzy. Później Culmer dużo mówił o swym synu, wychwalał go ogromnie, tylko się martwił, że zanadto lubi Anglję, że się z niego zrobił całkowity angielski gentleman. Później jakoby powtarzał, co syn jego mówił o pannie Wandzie, jakie kolosalne wrażenie na nim zrobiła!
— No i cóż ty na to? — zapytała.
— Sprawdza się to, com zapowiedział — odparł Zbigniew.
— Wszystko się sprawdza. Ja wkrótce przestanę myśleć, tylko będę powtarzała za tobą, jak za panią matką pacierz. Co najgorsza, że tatko mówił o tem tak, jakby nic nie miał przeciw temu, żebym została synową tego Culmera. Wychwalał tego żydziaka, aż mu przerwałam trochę niegrzecznie. Później sobie to wyrzucałam, bo biedny tatko jest bardzo nieszczęśliwy i czasami nie wie, co mówi. Wczoraj był z wizytą sam pan Charles Culmer. Jaki on był Anglik! A jak pięknie mówił o Anglji i o swych angielskich przyjaciołach. Mój przyjaciel Buckingham...
— żydek niemiecki, mówiący źle po angielsku — wtrącił Zbigniew.
— Mój przyjaciel Mackaen...
— Max Cohn z Wiednia.
— To, to także twoi przyjaciele? — zapytała z udaną powagą.
Twardowski wybuchnął śmiechem.
— Nie, ale ja wiele wiem o znakomitych ludziach, o których nigdy nie słyszałaś. Jest jeszcze James Stuart, sir Joseph Turner, o których wkrótce się dowiesz.
Wszedł Grzegorz, zawiadamiając, że obiad podany.
Panna Wanda była przy stole bardzo swobodna i wesoła. Grzegorz patrzył na nią z widoczną aprobatą.
— Widzisz — rzekła — bardzo mi się tu u ciebie podoba. Będę częściej przychodziła na obiady.
Wrócili do gabinetu. Rozsiadła się wygodnie w fotelu i rozglądała się ciekawie po całym pokoju. Grzegorz wszedł z czarną kawą.
— A jak się ma Piorun? — zapytał Twardowski.
— Dobrze, proszę jaśnie pana, tylko trochę mu się nudzi.
Nie uszło uwagi Twardowskiego, że Grzegorz przy Wandzie znów go zaawansował na jaśnie pana.
— Przyprowadź go.
— Któż to jest ten Piorun? — zapytała zaintrygowana Wanda.
— Mój wierny przyjaciel.
Drzwi się uchyliły. Pies, który czuł już pana w mieszkaniu, wpadł z impetem i rzucił się ku Twardowskiemu z radosnym piskiem.
— Ach, jaki on śliczny! — zawołała Wanda.
Pies tulił się do długo niewidzianego pana, który go głaskał i mówił mu przyjemne rzeczy. Wreszcie Twardowski, wskazując na Wandę, rzekł:
— Idź, przywitaj panią.
Piorun podniósł głowę, popatrzył uważnie na nową osobę. Widocznie inspekcja wypadła dobrze, bo zeskoczył na ziemię, i obchodząc dookoła stolik, podszedł do Wandy. Najpierw dotknął nosem jej nogi, poczem położył łeb na kolanach, patrząc jej w oczy.
Dziewczyna zachwycona zaczęła go pieścić, co Piorun przyjmował z widoczną przyjemnością.
— Taki miły, a tak się strasznie nazywa! — mówiła, do niego.
— Bo on umie być bardzo niemiły dla tych, do których nie ma zaufania — objaśniał ją Twardowski. — To dzielny stróż mojej osoby.
— To jesteś kochanym Piorunem. Twego pana trzeba dobrze pilnować.
Gdy się Piorun wreszcie ułożył swoim zwyczajem u nóg pana, Wanda rzekła:
— Słuchaj, ale ja ciągle jestem, jak tabaka w rogu co do twej londyńskiej podróży. Nic nie rozumiem z tego, coś mi mówił na wyjezdnem. Czy możesz mi coś powiedzieć tak, żebym zrozumiała?
Twardowski opowiedział jej o podsłuchanej przypadkiem rozmowie między Calais a Paryżem i o tem, że ją zapisał.
Słuchała zdumiona.
— Czy to twój stały zwyczaj słuchać cudzych rozmów i zapisywać je sobie?
Wybuchnął śmiechem.
— Pyszne pytanie! — zawołał. — Nie, dziecko, nie bój się. Byłem w poszukiwaniu człowieka, noszącego nazwisko Kilmar czy Culmer. Nazwisko to usłyszałem w rozmowie tych dwóch jegomościów i powiedziałem sobie, że może ona mieć znaczenie w mych dochodzeniach. Dlatego ją zapisałem.
— Rozumiem.
— Ale nigdy przedtem do głowy mi nie przyszło, że to była mowa o twoim ojcu i o tobie. Dopiero, gdyś mi powiedziała, że ojciec stracił majątek na kopalniach złota, wszystko stanęło mi jasno przed oczyma. Źle to świadczy o mojej inteligencji, żem się nie domyślił wcześniej.
— Nie wiem, ale dobrze świadczy o twej delikatności. Dziękuję ci w imieniu mego ojca za to, żeś go nie posądzał o takie nierozsądne postępowanie.
— Rozumiesz teraz — rzekł Twardowski — dlaczego pojechałem natychmiast do Londynu. Tam zdobyłem materjał, obciążający obu Culmerów, który posłuży do odebrania majątku.
Dziewczyna słuchała z otwartemi ustami.
— Wiesz — rzekła wkońcu — że to bajeczna historja. Ekscytowałaby mnie nawet, gdybym nie była jej bohaterką. Ale ty jesteś jeszcze bajeczniejszy. Muszę z ciebie dużo jeszcze wyciągnąć, żeby się orjentować. Ten Culmer, naprzykład, nie zaczyna się u ciebie dopiero od tej historji. Tu jest coś dawniejszego.
— Dobrze się domyślasz.
— Muszę to odłożyć na inny raz. Już czas iść. Mogę nie być na obiedzie, ale jeszcze takiej pozycji sobie nie wyrobiłam, żeby móc po nocach wracać do domu. Trzeba się ubierać.
Zerwał się z miejsca. Zatrzymała go za rękę i z całym spokojem, jakby mówiła o najprostszej rzeczy, rzekła:
— Jesteś moim narzeczonym, a dotychczas mnie nie pocałowałeś.
Nie czekając, rzuciła mu się na szyję i usta ich spoiły się w długim, namiętnym pocałunku...
Nagle oderwała się od niego, stanęła o parę kroków.
— Daj mi futro... — wyszeptała ze spuszczonemi oczyma.
Okrył ją futrem i podał kapelusz.
— Odwiozę cię do domu — rzekł.
Nic nie odpowiedziała.
W automobilu siedziała, wciśnięta w róg, nie mówiąc ani słowa.
Gdy zbliżali się do ich domu. Twardowski się odezwał:
— Jutro będę u was o czwartej. Muszę się zobaczyć z twoim ojcem.
— Chcesz mu powiedzieć?...
— Tak. Ale idę przedewszystkiem załatwić sprawę Culmera.
Dała mu rękę do pocałowania, wyskoczyła z automobilu i pobiegła ku wejściu do domu. Pośpieszył za nią. Wkrótce drzwi się otwarły.
— Dobranoc. Dziękuję za odprowadzenie — rzekła przy służącym i szybko wpadła do domu.
Długo w noc Twardowski nie mógł zasnąć. Ciągle czuł jej usta na swoich. To mu utrudniało logiczne myślenie, a jednocześnie spędzało sen z powiek.
Wanda od służącego dowiedziała się, że pani Czarnkowska jeszcze nie śpi i prosi ją, by do niej wstąpiła.
Poszła niechętnie: wolałaby zostać sama ze sobą.
— Gdzieżeś, dziecko, była na obiedzie? — zapytała matka.
— U mego narzeczonego.
— Co?... Jak to się stało?...
— Pojechałam go powitać na dworzec. Chciałam się dowiedzieć, co przywozi z Londynu, i zdać mu sprawę z tego, co się tu dzieje. W automobilu nie mieliśmy dość czasu na rozmowę, więc zaprosiłam się do niego. A gdy byłam u niego, zaprosiłam się na obiad.
— Ależ, moje dziecko, jak to wygląda?
— Mojem zdaniem całkiem naturalnie. Zdecydowałam się zostać żoną człowieka, którego znam bardzo mało. On mi imponuje, ale go nie rozumiem. Muszę go poznać lepiej, wystudjować go, zajrzeć jaknajgłębiej do jego duszy. A jakże to zrobić, jeżeli nie będę spędzała z nim jaknajwięcej czasu sam na sam...
— Ależ, moja Wandeczko, młode panny nie bywają u samotnych mężczyzn, nawet będąc ich narzeczonemi.
— To było tak za twoich czasów. My dziś inaczej traktujemy te sprawy. Spytaj moich dawnych koleżanek. Przedewszystkiem, my nie jesteśmy takie naiwne. Nas uczą o rzeczach, o których wyście nie miały pojęcia; czytamy książki, których wam do rąk nie dawano: dla was małżeństwo zawierało tajemnice — my wiemy wszystko: nie czekają nas w niem żadne niespodzianki. Dzisiejsza dziewczyna traktuje młodych mężczyzn po koleżeńsku, ociera się ciągle o nich czyto na studjach, czy w sportach, i nie robi sobie z nimi żadnych ceremonij. To przesąd, że ja nie mogę być sam na sam z mężczyzną w jego mieszkaniu, tem bardziej z moim narzeczonym.
— Mówisz do mnie tak, jakbym należała do pokolenia twoich prababek. Mylisz się: myśmy także nie były ciemne, dużośmy wiedziały. I mylisz się, że was w małżeństwie nie czekają niespodzianki. Nałapałyście się wiadomości często najfałszywszych, brałyście je nie z życia, ale z literatury, która handluje sensacją, i zdaje wam się, że jesteście pierwszem pokoleniem mądrych kobiet. Życie wam sprawi niespodzianki taksamo, jak je nam sprawiło. Ty, Wandeczko, jesteś niegłupia dziewczyna, ale nie dlatego, że ci w głowę napakowano rozmaitych wiadomości, które często są nic nie warte, tylko dlatego, że masz sporo zdrowego rozsądku i dobre, szlachetne instynkty. Tym instynktom zawdzięczasz, żeś zrobiła dobry wybór, decydujący o całem twojem życiu, o two jem szczęściu. Bo Twardowski, to człowiek, do którego mam nieograniczone zaufanie. W jego rękach nie boję się o ciebie.
— A właśnie to jest jedyny mężczyzna, którego się boję.
— Co ty mówisz? — zapytała zdziwiona matka.
— Próbuję przemóc ten strach, nadrabiam odwagą, ale to się źle kończy.
— Nie rozumiem.
— To ci powiem wszystko szczerze. Spędziliśmy wieczór na bardzo interesującej rozmowie dwojga dobrych przyjaciół. On mi już dawno zaproponował, żebyśmy byli dobrymi przyjaciółmi i nie mówili między sobą o tem, czem ja jestem dla niego, a on dla mnie. Bo on nie miał zamiaru mi się oświadczyć, dopóki nie zwycięży swoich nieprzyjaciół. Oświadczył się tylko dlatego, żem nie chciała wziąć od niego tamtych pieniędzy. Ale się oświadczył i jest moim narzeczonym. Uważałam więc za śmieszne, żeśmy się dotychczas nie pocałowali, i kiedy już miałam wychodzić, wzięłam na odwagę i pocałowałam go...
— Oj, dziecko, dziecko! — mówiła pani Czarnkowska z pobłażliwym uśmiechem.
— I kiedyśmy się całowali, poczułam nagle, że mię siły opuszczają, że tracę wolę, że jestem zupełnie w jego rękach i on może zrobić ze mną wszystko, co zechce... Strasznie się przelękłam i ostatnim wysiłkiem wyrwałam się z jego ramion. Jestem pewna, że żaden inny mężczyzna do tegoby mnie nie doprowadził i nie nabawił takiego strachu.
— I cóżeś zrobiła?
— Poprosiłam, żeby mi podał futro. On mi je podał i odwiózł mię do domu.
— Wiesz, kochanie, co to znaczy? — rzekła pani Czarnkowska. — To, żeś spotkała jedynego mężczyznę, z którym możesz być naprawdę szczęśliwa. Bo prawdziwa kobieta — a ty nią jesteś, pomimo że udajesz czasami dziwoląga — nie może być szczęśliwa z mężczyzną, którego lekceważy...
Wandeczka się nie domyśliła, że je przybrana matka mówi o sobie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.