Dziedzictwo (Dmowski, 1942)/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kazimierz Wybranowski
Tytuł Dziedzictwo
Podtytuł powieść
Data wydania 1942
Wydawnictwo F. Mildner & Sons
Drukarz F. Mildner & Sons
Miejsce wyd. Londyn
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
XVI.

Nazajutrz przed południem, kilka minut po jedenastej, Twardowski szedł Krakowskiem Przedmieściem naprzeciw uniwersytetu, gdy na chodniku ukazał się profesor Kozieniecki, wracający do domu po skończonym wykładzie. Ujrzawszy Twardowskiego, ukłonił mu się obojętnie i próbował szybko go wyminąć, ale ten nagle podszedł do niego i, nie podając mu ręki, rzekł spokojnie:
— Panie profesorze, doszła do mnie pewna historja, którą pan miał o mnie opowiadać, a która mi ubliża i mnie ośmiesza. Utartym zwyczajem powinienem postąpić tak wobec pana, żeby mię pan musiał wyzwać. Ponieważ lubię używać niezupełnie utartych sposobów, więc przedewszystkiem chcę z ust pańskich usłyszeć, skąd pan tę historję wziął i co pana spowodowało do jej opowiadania.
Kozieniecki zbladł i zaczął jąkać:
— Ależ...
— Nie możemy — przerwał mu Twardowski — prowadzić tej rozmowy na ulicy. Żądam od pana, żeby pan wsiadł ze mną do samochodu; pojedziemy do mnie i tam się rozmówimy. Nie wątpi pan, sądzę, że panu w moim domu nie grozi żaden zamach ani na życie, ani na cześć pańską.
Nie czekając odpowiedzi, zatrzymał przejeżdżającą taksówkę. Kozieniecki, oszołomiony, wsiadł bez protestu.
Przez drogę nie wymienili ani słowa.
— Niech pan siada — rzekł Twardowski, gdy się znaleźli w jego gabinecie. — Siedząc, rozmawia się spokojniej.
Powtórzył Kozienieckiemu to, co mu Piętka opowiedział o nim i o pani Brzozowskiej.
— Tę historję słyszałem od kogoś, komu ją pan opowiadał. Czy miał pan jakie osobiste powody do tego, żeby mię kompromitować i ośmieszać? Kozieniecki wił się pod przeszywającem go spojrzeniem Twardowskiego.
Nie był wszakże tchórzem i nie był pozbawiony poczucia godności osobistej.
Na chwilę wyprostował się duchowo.
— Przyznaję — rzekł — że ją opowiadałem, bo ją uważałem za prawdziwą. Nie czyniłem tego z żadnych osobistych pobudek. Gotów jestem panu dać satysfakcję.
— Dobrze. Na jakiej podstawie uważał pan to za prawdę?
— Słyszałem tę rzecz od bardzo poważnego i szanownego człowieka, którego nazwiska, pozwoli pan, nie wymienię. Sam biorę na siebie wszelkie konsekwencje.
— Nie pytam pana o nazwisko owej osobistości, bo je znam. Opowiadał panu tę historję mecenas Culmer.
Kozieniecki podskoczył na fotelu z wyrazem przestrachu na twarzy.
— Reakcja pańska na to nazwisko — mówił Twardowski tonem eksperymentującego psychologa — potwierdza, że się nie mylę. Powiem panu więcej: Culmer zalecił panu powtarzanie tej historji, a zalecenie to było dla pana rozkazem.
Kozieniecki zaczął bełkotać napół przytomnie:
— Nie rozumiem pana... Zalecenie...rozkaz... Skąd pan to bierze?...
Twardowski wytrzymał go tak przez dłuższą chwilę. Wreszcie z całym spokojem, wybijając mocno wyraz po wyrazie, rzekł:
— Historja ta jest zmyślona z celem szkodzenia mi, a zmyślił ją Culmer, który jest jednym z najnikczemniejszych, chodzących po ziemi łotrów.
Kozieniecki się zerwał.
— Panie, to człowiek otoczony powszechnym szacunkiem.
Twardowski uspokoił go gestem ręki.
— Niech pan siada. Proszę nie zapominać, że jest pan względem mnie winowajcą i żeśmy jeszcze nie załatwili rachunku między sobą.
Kozieniecki usiadł z miną człowieka, który dałby wszystko, żeby się znaleźć w tej chwili na innem miejscu.
— Otoczony powszechnym szacunkiem — cedził Twardowski. — Tem gorzej dla tych, którzy go szanują. Panu nie wolno inaczej mówić, bo to pański zwierzchnik.
Kozieniecki, blady, patrzył, jakby się nagle przed jego oczyma coś zawaliło.
— Jaki zwierzchnik?... — wyszeptał.
— Pomówimy o tem za chwilę. Tymczasem zatrzymamy się jeszcze przy panu Culmerze. Całe życie tego nikczemnika jest jednem kłamstwem. Kłamie zasady, kłamie swe uczucia dla ludzi, kłamie swe pochodzenie...
— Pochodzenie?...
— Skąd się według pana wziął pan Culmer?
— Culmerowie są rodziną polską pochodzenia angielskiego.
— Nie, panie, to są Żydzi polscy. Nazwisko ich brzmi Kulmer i pochodzi od Chełmna na Pomorzu. Jego ojciec ochrzcił się na kalwinizm i był niezawodnie takim samym łotrem, jak on.
Kozieniecki szeroko otworzył usta.
— Ja się teraz zajmuję — ciągnął dalej Twardowski — studjami nad życiem pana Culmera. Mam do tego powody rodzinne. I nie spocznę, dopóki tej jadowitej gadziny nie zgniotę. On walczy ze mną oszczerstwem, bronią nikczemnego tchórza, i pana między innymi w tej walce użył za narzędzie. Interesuje mię tylko to, czy pan był narzędziem świadomem.
— Zapewniam pana, że gdybym był nie uwierzył w tę historję, nikomubym jej nie powtórzył.
— Nie jest mi miło, że pan w nią uwierzył, ale tak pan lepiej wygląda. Pomówimy teraz o panu.
Kozieniecki milczał. Zdenerwowanie jego rosło. Twardowski mówił spokojnie:
— Słyszałem, że pan pochodzi z uczciwej i kulturalnej rodziny polskiej. Jest pan człowiekiem inteligentnym, zdolnym, niezawodnie pracowitym, o czem świadczy suma pańskiej wiedzy: pomimo młodego wieku już się pan zdążył wybić naukowo. To, że wybrał pan karjerę naukową, świadczyło, że miał pan wyższe aspiracje duchowe i skromne wymagania od życia. Odkąd wszakże zjawił się pan na widnokręgu uniwersyteckim, znalazł się ktoś, kto podpatrzył w panu pewien pociąg do komfortu, do wykwintnego otoczenia, no i... pewien snobizm. Zauważył, że można rozbudzić w panu daleko idące w tym kierunku ambicje, ażeby z tych ambicyj zrobić pasek, na którym można będzie pana poprowadzić. Tym kimś był, zdaje się starszy pański kolega, Topoliński. Wykazał panu, że z pańskiemi zdolnościami można być czemś więcej, niż profesorem, żyć na wyższym o wiele poziomie, niż żyje uczony, a później ofiarował się panu otworzyć drogę do tego lepszego życia. Drogą tą było wejście do potężnej organizacji, istniejącej, jak mówił, na całym świecie, rządzącej wszędzie, kierującej wszystkiem. Z tą organizacją dochodzi się do wszystkiego, bez niej do niczego. Prawda, powiedział to panu niemal temi samemi słowy?...
Kozieniecki milczał.
— Pan przez długi czas nie mógł się zdecydować, jakiś instynkt pana powstrzymywał: bał się pan utracić swą niezależność, chciał pan pozostać panem samego siebie, zadawał pan sobie pytanie, czy nie stanie pan w sprzeczności ze swym kodeksem moralnym — który pan miał, może niezbyt głęboki, ale bardzo wyraźny — czy wolno to panu zrobić jako Polakowi. Wreszcie uspokojono pańskie skrupuły, powiedziano panu o szlachetnych celach organizacji. Pokusy zaś były wielkie. Niedawno się pan zdecydował i zaszedł wielki przewrót w pańskiem życiu.
Kozieniecki ciągle milczał.
— Przeszedł pan wstępną operację, w której było coś upokarzającego, poniżającego, ale wmówiono panu, że przez poniżenie idzie się do wywyższenia. Raziły pana formy, ceremonje, śmieszyły spoczątku zabawne stroje rytualne, ale nauczono pana wiary w symbole i wmówiono, że to wszystko ma głębokie znaczenie, że jest drogą do wyższej mądrości, niedostępnej dla zwykłych ludzi. Zaczął się pan czuć innym, wątpię, czy lepszym człowiekiem, niż pan był, i z tem się pan pogodził. Przez pewien czas czuł pan coś jakby żal za utraconą wolnością, jakby wyrzuty sumienia, że się pan czemuś sprzeniewierzył, kogoś zdradził... To wszystko udało się zgłuszyć przez powtarzanie sobie, że jest was tylu i tak wybitnych ludzi, przez stwierdzanie, że się panu powodzi i że idzie pan naprzód w życiu, przez wmawianie w siebie, że służy pan wielkim celom... Ale pan to tylko wmawia w siebie, bo jako człowiek inteligentny rozumie pan, że te cele, które panu ukazano, to tylko środki do czegoś innego lub dekoracja, zasłaniająca cele właściwe.
Wstał i zaczął chodzić po pokoju. Po chwili wziął Kozienieckiego za ramię, podprowadził go do okna i wskazał na ulicę.
— Widzi pan ten wóz parokonny, naładowany pakami towarów? Wy, członkowie tej organizacji, nawet zajmujący w niej dość wysokie stopnie, wiecie tyle o właściwych jej celach i o tem, kto nią kieruje, ile te konie wiedzą o zawartości pak, leżących na wozie, oraz o nazwisku i pochodzeniu ich właściciela.
Usiedli obaj spowrotem. Kozieniecki przestał się denerwować: dał się biernie prowadzić, siedział nieruchomo, z oczyma w słup, zdrętwiały.
— Conajgorsza — ciągnął Twardowski — że zdajecie sobie z tego sprawę, przynajmniej ci, którzy umieją trochę myśleć. Ale nie zadajecie samym sobie pytania, czemu i komu służycie, bo się boicie odpowiedzi. Ja panu tej odpowiedzi jeszcze dziś nie dam, bo jestem dopiero na drodze do pełnego jej sformułowania. Tylko postawię przed panem jedno pytanie. Macie swobodę poglądów na wiele rzeczy; macie prawo wolnej krytyki w wielu sprawach. Jest atoli jeden przedmiot, do którego z krytyką przystępować nie wolno, jedna dziedzina, w której nie wolno stwierdzać najoczywistszych faktów. Pan dobrze wie, że mówię o Żydach. To najlepszy dowód, że oni was prowadzą i wami rządzą. Jesteście ich zwierzętami domowemi, wykonywującemi ich wolę, pracującemi dla nich, strzegącemi, ażeby ich bezeceństwa nietylko pozostawały bezkarnemi, ale by były pokrywane milczeniem. O dalszych zaś jej celach wiecie tyle, co zwierzęta domowe o celach swego pana. I jak one, jesteście przez swych panów hipnotyzowani.
Kozieniecki ciągle milczał, ciągle pozostawał w odrętwieniu. W tej chwili wyglądał tak, jakby był zahipnotyzowany przez Twardowskiego.
— Organizacja wasza pociąga was do siebie rozmaitemi sposobami. Jednym ukazuje miraż wielkiej karjery, korzyści materjalnych, zaspokojenia fałszywych najczęściej ambicyj; innych szantażuje tem, że wie o ich grzechach, trwożliwie przez nich ukrywanych — ci są najpowolniejszemi, najbardziej poszukiwanemi przez nią narzędziami; innych, najgłupszych, bierze na swoje idee, na swoje, rzekomo szlachetne cele, pod któremi powierzchowne umysły nie widzą istoty rzeczy; innym — a tych jest niemało — zapewnia pomoc w zmiażdżeniu znienawidzonych przeciwników. Najcenniejszymi, przeznaczonymi do głównych ról jej członkami, są ci, którzy z urodzenia i pochodzenia są dla niej stworzeni, ludzie niezwiązani węzłami moralnemi z narodem, wśród którego żyją i do którego się przyznają. Ci właśnie stanowią jej duszę — oni jedni mają pełne zaufanie władzy.
— Wstępując do niej dla pozyskania jej poparcia, nie przewidujecie, czem wam każą za to poparcie płacić, jaką służbę będziecie musieli pełnić. Wciągają was w nią powoli, stopniowo w miarę jak tępieje wasz zmysł moralny, jak zatracacie szacunek dla samych siebie. Ot, przykład pański. Zaczęto od tego, że zalecono panu opowiadanie zabawnej historyjki o panu Twardowskim i pani Brzozowskiej. Pan z zamiłowania nie jest plotkarzem, ale ją pan zaczął opowiadać, żeby zrobić przyjemność panu Culmerowi. Przecie to musi być prawdą, skoro pochodzi od pana Culmera. Jutro zażądają od pana rzeczy gorszej; pojutrze będzie pan zniesławiał najuczciwszego człowieka, wiedząc, że pan szerzy fałsz o nim: usprawiedliwiać się pan będzie przed sobą tem, że to się robi dla wyższych celów. Ten człowiek sam sobie winien, że stanął na drodze pańskiej organizacji. Później sumienie w panu tak zamilknie, że już usprawiedliwienia nie będą potrzebne. Wreszcie, z łatwością będzie się pan dawał używać do służby przeciw własnej ojczyźnie, ze zgubą wszystkiego, co pan przedtem czcił i kochał.
Na twarzy Kozienieckiego zaczął wypełzać wyraz ostrego bólu. Twardowski to widział, ale jak zimny chirurg, bez wahania prowadził swą operację do końca.
— Przyglądałem się panu od pierwszej chwili — mówił dalej. — Pan nie jest człowiekiem bardzo uczuciowym, nie jest pan idealistą, myśli pan przedewszystkiem o sobie, ale jest pan typem uczciwego człowieka w stylu zachodnim, człowieka, który nie robi rzeczy niskich, bo siebie szanuje. I dzięki tracycjom rodzinnym jest pan dobrym Polakiem. Chwila obecna jest w życiu i w duszy pańskiej przełomową. Człowiek pańskiego typu ma potrzebę pozostawania w zgodzie z sobą samym, chce patrzeć śmiało sobie samemu w oczy. Dziś ta potrzeba zaczyna w panu słabnąć i będzie zanikała coraz bardziej, coraz rzadziej będzie pan pytał własnego sumienia o sąd o pańskich postępkach. Wkońcu sumienie zamilknie, zatraci pan szacunek dla samego siebie — wystarczy, że ludzie będą pana szanowali... jak Culmera.
Zamilkł. Kozieniecki siedział blady, z bolesnym skurczem w twarzy, oczy jego przygasłe patrzyły w przestrzeń, jakby w przyszłość, którą mu Twardowski bezlitośnie malował. Nareszcie wyszeptał:
— Dlaczego pan to wszystko mówi?
— Bo chcę pana uratować. Nie dla pana to robię, ale dla społeczeństwa, które może mieć z pana duży pożytek.
— Już za późno.
— Głupstwo. Zasugestjonowano pana, że niemą drogi powrotnej, że na tych, co jej próbują, wszechpotężna organizacja ma straszne kary. Może to kiedy i było. Dziś brak zębów do gryzienia — walczą językiem. Walczą przedewszystkiem oszczerstwami, orężem tchórzów. Nie mówię, że pana nic przykrego nie spotka, ale stawka jest zbyt wielka, żeby się cofać przed przykrościami. Ja pana, zresztą, nie skłaniam do walki przeciw nim; pan nie ma do tego temperamentu. Wystarczy, żeby się pan wyzwolił. Trzeba ich zawiadomić, że nie ma pan zamiaru iść przeciw nim, ale usuwa się pan od czynnego udziału w organizacji. Uznają pana za śpiącego brata. Niejeden to zrobił i pozostawili go w spokoju.
— Nie wiedziałem o tem.
Kozieniecki milczał przez chwilę, wreszcie rzekł głosem mocnym, który aż zdziwił Twardowskiego:
— Ja to zrobię!
— Czy to pańskie nieodwołalne postanowienie?
— Tak. Daję na to słowo honoru.
Twardowski podał mu rękę.
— Panie profesorze — rzekł — niech mi pan wierzy, iż wobec tego wyniku naszej rozmowy moja sprawa osobista jest w oczach moich drobiazgiem. Jednakże wymaga ona załatwienia. Culmer panu nakłamał. Było coś, ale coś całkiem przeciwnego, co nie mnie kompromituje i ośmiesza, ale Culmera i jego córkę. Miałbym prawo to panu opowiedzieć, ale mam jakiś nałogowy wstręt do plotek o kobietach, nawet gdy są żydówkami. Żądam od pana tylko jednej satysfakcji, mianowicie, żeby pan ludziom, do których to kłamstwo Culmera przez usta pańskie doszło, powiedział, że niema w niem ani słowa prawdy, że został pan okłamany.
— Zrobię to niezwłocznie.
— Nie wątpię: wiem, że mam do czynienia z człowiekiem honoru.
Obaj powstali z miejsc.
— Jeszcze jedno rzekł Twardowski. — Zrozumie mię pan, gdy powiem, że przedewszystkiem mi chodzi o kobiety. Niestety, wszyscy na ich opinję jesteśmy wrażliwi. Nie pytam pana, czy pan opowiedział to jakiej kobiecie. Ale jeżeli tak było, niech pan prostowanie od niej zacznie.
Kozieniecki zmieszał się, przestał patrzeć Twardowskiemu w oczy. Ale nastrój szczerości, który między nimi zapanował, wziął górę.
— Zaraz stąd rzekł zakłopotany — idę do państwa Czarnkowskich, bo panna Wanda jest jedyną kobietą, która to słyszała.
Twardowski miał w tej chwili ochotę zmasakrować eleganckiego profesora. Opanował się jednak i przyjaźnie się pożegnali.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Roman Dmowski.