Dziecko przez ptaka przyniesione/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Andrzej Kijowski
Tytuł Dziecko przez ptaka przyniesione
Wydawca Państwowy Instytut Wydawniczy
Data wydania 1968
Druk Łódzka Drukarnia Dziełowa
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Franciszek Starowieyski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Siedzi nad gazetami dziadek i nożyczkami szpalty kraje. Paski układa w skoroszytach i numeruje pracowicie błyszczące preszpanowe teczki. Opróżnić kazał półki z ksiąg, w których spisane były dzieje zakładu koni i pojazdów — dziad jego, ojciec i on sam w nich uwieczniali zamówienia: śluby, pogrzeby i rocznice, zjazdy, wręczenia i nadania, w których karety i powozy, i karawany naszej firmy miały swój udział. Te księgi w marmurkowy karton oprawne w firmie R. Jahody, były przymierza dokumentem — przymierza zawartego ongi miasta z rodziną, firmy z krajem.
A teraz wszystkie poszły w kąt, pod ścianę, na podłogę, w proch.
— Na strych to wszystko wynieść każę — mruczał, gdy mu wadziły. Miejsce zwolnione w czarnych szafach zajęły teczki z wycinkami.
Wszystko, co w sprawie rewolucji, ulicznych walk, śledztwa, procesu, znalazł w „Nowej Reformie”, w „Czasie”, w IKAC-u, i „Naprzodzie”, a także w broszurach polemicznych, których stosy zwoził z miasta — wszystko, co napisano kiedy o tych „tragicznych wydarzeniach”, o „gniewie ludu”, o tej „hańbie, co na historię miasta spadła”, o „plamie krwi na czole państwa, co katem stało się w zaraniu swych nowych dziejów” — wszystko zatem, co napisano, orzeczono i co wykryto — chował dziadek i kładł na półki opróżnione z rodzinnych ksiąg.
Nikogo teraz nie przyjmował — ani klientów, ani biednych — pusto w przedsionku teraz było, cicho przed bramą. Cicho w domu, pokryli się gdzieś zamachowcy na dziadka oraz moją wolność — ciotki, wujowie, mecenasi. I modły dziadek też porzucił, opuścił świętych, i kościoły omijał teraz w swych wędrówkach...

...Klapu-klap wzdłuż Plant wokół miasta, trochę w górę, trochę w dół. Planty: bzy, kasztany, czasem pomnik, dzieci krzyczą, starcy drzemią. Za drzewami stare miasto: przez gałęzie nagie świta stara cegła — wrzos przekwitły czy dzikie wino albo buk — takim kolorem cegła świta — i miedź nierówno zzieleniała jak staw tatrzański — miedź w kaskadach dachów stromych, w dzwonnic ostrzach, w kopułach lekko uwiązanych, jak atłasowe abażury.
A z drugiej strony: kariatydy, atlasy z gipsu i amorki pod brzuchatymi balkonami; miką błyszczący, stary tynk i sztuczny marmur na portalach; bramy od pokostu lśniące, i do białości wyczyszczone klamki, tabliczki; w oknach tiul, koronki, palmy, konfitury, koty w poduszkach, ptaszki w klatkach i barometry z zakonnikiem, który spod daszka nie wychodzi, bo niż jest wieczny w naszym mieście.
Pomalutku, krok za krokiem, wciąga konik trumnę naszą z uśpionym dziadkiem i dzieckiem, które przez okienko patrzy na miasto w dole, pod kołami, coraz ciemniejsze w cieniu góry.
Góra — skała ostrzem wbita w rzekę, co się u stóp góry zwija jak szarfa w biegu porzucona — skała nagła, niespodziana w tej kotlinie mgły i błota — ponad miastem z cegły kruchej — biała, lita — jak słup graniczny wśród grzęzawisk.
Stąd widać niebo, wschód i zachód, Tatry na południu, miasto całe i poza miastem linię wzgórz, na których kiedyś kozak czuwał. Tu świszczy wiatr w szparach karetki, bije w ściany. Bastiony, baszty, kościół, a w nim zawsze gotowe miejsce dla króla-ducha, gdy się wcieli w poetę albo szefa państwa lub w buntownika czy ułana. Dziadek uchyla melonika przed ciemną bramą, ponad którą kości olbrzyma na łańcuchu wiszą od niepamiętnych czasów; kiedy się łańcuch zerwie — spadną, i będzie wtedy koniec świata, płacz i zgrzytanie. Dziadek zatem uchyla grzecznie melonika przed Przenajświętszym Sakramentem oraz królami umarłymi i każe stawać.
Wysiada, kaloszami człapie ku blankom i patrzy w lustro dachów, odbiciem nieba zbłękitniałe.
— Gdzie by się skrywał tyle lat — szepcze do siebie trzęsąc głową — bez listu, słowa ani znaku... I jakby uszedł z tych tam błot, kiedy, mówili, utknął koń pod ogniem... Wszystko to kłamstwa — wykrzykiwał — łżą polikiery, hycle — i grubą chustką w kratę ociera oczy, wąsy, czoło, jakby się zmęczył na upale, choć to jesienne były dni. (Dlaczego wszystko, co pamiętam, i wszystko, co bym chciał utrwalić, działo się jedną porą roku: we wrześniu albo w listopadzie? A tylko jedno mam wspomnienie z maja — do niego jeszcze wrócę.)
— Syn pański, powiadają, żyje... Dobra nowina, mówię na to, lata czekałem na to słowo. Żona umarła, ja z tęsknoty — a, co tam będę mówił chamom... Więc, powiadacie, żyje dziecko...
I tak powtarzał całą scenę, nie bacząc, że przytomnym świadkiem byłem, pod biurkiem siedząc, kiedy ci trzej panowie w szarych płaszczach do kancelarii weszli rzędem, usiedli grzecznie, na kolanach złożyli teczki, na nich miękkie, z nieświeżą wstążką, kapelusze.
— My mamy jedną sprawę przykrą...
— My kilka pytań zadać chcemy...
— Służba nas zmusza — twarda ona — chociaż mundurów nie nosimy, żołnierze my są...
— A więc, panie — jak pana tytułować mamy?
Dziadek milczał i tylko kapeć raz po raz tupał mi przed nosem. A ja żołnierzy musztrowałem, uważnie nastawiając ucha.
— A więc pan, panie właścicielu, ma syna?
— Miałem — bąknął.
— A cóż się stało z chłopcem złego?
— Na wojnie zginął.
— Z czyjej strony?
— Z niczyjej, panie. Sam pozostał, kiedy mu utknął koń w bagnisku. Odeszli jedni, drudzy się jeszcze ociągali. Między frontami, w pustce zginął. A mundur? Polski. Czako miał na łbie z białym orłem, ale je zgubił, powiadają, w tym grzęzawisku...
— Pan jest pewien?
— Czego? — warknął i, słyszę, sapie już z wściekłością, i laskę chwyta.
— Że — przepraszamy za natręctwo w sprawie bolesnej, osobistej — czy pan jest pewien, spytać chcemy, że chłopiec zginął?
— Panie — huknął ułana ojciec — ja... szukałem, szukam — nie! — ja czekam, ja — swoje na ten temat wiem!
— Co mianowicie?
— Że on żyje — nie żyje: jest! Chociaż nie mówi, nie oddycha, nikt go nie widzi, chociaż mu nie przybywa lat — jest gdzieś przecie, dopóki ja sam, ojciec, jestem. Dopóki czekam, tęsknię, wierzę. — Umilkł, a potem:
— Odejdźcie sobie — rzekł i dodał: — Nie dla was są te moje sprawy.
— O, pan się myli — odparł raźno jeden z agentów — dla nich właśnie tu przychodzimy...
— Mam wiadomość — dorzucił na to drugi pan (trzeci zaś „mamy!” wtrącił cicho) — tak jest, mamy wiadomość, czyli wiemy ponad wątpliwość wszelką, że żyje pański syn naprawdę, że go widziano.
— I że działa...
— Na szkodę państwa.
Milczał dziadek. Po długiej chwili rzekł spokojnie:
— Dobra nowina.
— I dla nas dobra — podchwycili trzej policjanci — albowiem tak się nam odnalazł ktoś, kogo z dawna już szukamy.
— W niewolę, na wschód wywieziony wpadł pod złe wpływy. Wrócił potem już potajemnie, pod nazwiskiem obcym...
— I z obcą także duszą, czy głową...
— Przeciw ojczyźnie knuć, spiskować — jakby chciał mścić się. Jakby we krwi chciał topić gniazdo, z którego wyszedł. Pożar rzucić w miejsce, gdzie kolebka stała, w której najpierwsze składał słowa, jakby chciał w samobójczym szale podciąć to drzewo, od którego jako owoc...
Wstał na to dziadek:
— Dość — powiedział — dość tych głupstw. Jakie dowody macie w rękach?
— Jakie dowody? Oto one: są fotografie, są zeznania, i listy, które pisał.
— Listy? Gdzie są? Pokażcie! Pismo poznam!
I ja wtedy na równe nogi z mej jamy wyskoczyłem z krzykiem:
— Ja także poznam pismo chłopca, który zostawił zeszyt czarny, idąc na wojnę i na zgubę duszy i głowy.
— Kto to? — krzyknął agent ujrzawszy na kolanach starca dziecko w rogatej czapce, z orłem.
— Wnuczek — odrzekł dziadek.
— Więc jego syn? A więc pan wiedział, że on żyje? Pan komedię przez całe życie grał przed miastem, państwem i rodziną?
— Panie — powiedział dziadek — listy... Pokaż pan listy.
— Nie! dla dobra śledztwa i procesu...
— Procesu?
— On tu się zjawił, w naszym mieście, był pośród ludzi, co rozruchy przygotowali, aby władzę w swe ręce przejąć. On podburzał, formował grupy, dawał broń, przed frontem buntowników latał, wskazując cele karabinom. On winien śmierci tych ułanów, własnych kolegów, towarzyszy, których opuścił tam, nad Nidą... On — ułan, żołnierz Wodza, z wiary naszego dziadka chłopak...
— Żyje? — wykrzyknął nagle dziadek-ojciec, nadzieją i rozpaczą tknięty. — Powiedzcie: żyje czy w niewolę wzięty jak wtedy? Mówcie zaraz!
Powstali, zatrzasnęli teczki i kapelusze wzięli w ręce:
— Ten fakt przemilczeć też musimy. Dla dobra śledztwa. To już wszystko.

Więc żyje Bolko, syn dziadkowy, o którym policjanci mówią, że moim ojcem był prawdziwym?
Więc trzeba było tyle lat czekać i szukać, płakać nocą, by taki szary, grzeczny pan zerwał zasłonę tajemnicy i dał mi życie po raz drugi... Tajny policjant z buntownikiem, rewolta ożeniona z prawem, światło państwowe z mrokiem spisku, orzeł i reszka, kolor biały z kolorem krwawym połączone — pokój z pożogą?.....
Ten związek wytłumaczyć może podwójną skłonność, której pastwą mój biedny umysł często pada, sprzyjając jednocześnie siłom porządku oraz ciemnym, spod ziemi wyszłym elementom, które dynamit podsadzają pod mój dom własny. Mundur lubię i łachman na włóczędze śpiącym w przydrożnym rowie smacznie, gdy szosą wojska maszerują. Jestem za Świętą Hermandadą i za Cyganem, który łupi kupców wiozących drogie sukna. I kupcem jestem: wszak mój dziadek ma firmę, którą odziedziczę. Więc Biały jestem i Czerwony, zwycięzców kocham i pobitych, zaborcą jestem i powstańcem, żołdakiem regularnej armii i gerylasem, który czoło skrwawioną chustą przewiązuje.
Dwoisty, z sercem podzielonym, dwom naraz sprawom zawsze służę, a żadnej z nich za własną nie mam — miłości nie mam — związków z życiem serdecznych, trwałych, instynktowych. Podrzutek jestem i sierota, nieprawy dziedzic, pogrobowiec.
Duch mój wolny — lata nad światem — formy szuka — gniazda, koliska, w które go przyjmą duchy inne, jak ja bezdomne i spragnione.

Patrzał dziadek na miasto we mgle.
Ono ciemniało pod oparem, jak grzęzawisko o wieczorze.
Nad nami katedralne mury z białego ciosu, sczerniali święci, szczyty z miedzi — na nich dzwony, na grubych belkach zawieszone.
Na wałach rzędy starych armat, które już nigdy nie wystrzelą.
Spiżowy posąg bohatera czapką się kłania dawnym duchom i młodzież wzywa, aby szła zbawiać i wyzwalać, burzyć i wznosić, wypełniać misje, cuda działać.
Słowami huczy góra stara, a wokół opar, grzęzawisko miasta i świata — i tam, w dole, zgubiony chłopiec — wnuk i ojciec — przez towarzyszy porzucony, błąka się jeszcze, czy zabity?
I rzeka płynie wokół miasta.


Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.