Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Odejdźcie sobie — rzekł i dodał: — Nie dla was są te moje sprawy.
— O, pan się myli — odparł raźno jeden z agentów — dla nich właśnie tu przychodzimy...
— Mam wiadomość — dorzucił na to drugi pan (trzeci zaś „mamy!” wtrącił cicho) — tak jest, mamy wiadomość, czyli wiemy ponad wątpliwość wszelką, że żyje pański syn naprawdę, że go widziano.
— I że działa...
— Na szkodę państwa.
Milczał dziadek. Po długiej chwili rzekł spokojnie:
— Dobra nowina.
— I dla nas dobra — podchwycili trzej policjanci — albowiem tak się nam odnalazł ktoś, kogo z dawna już szukamy.
— W niewolę, na wschód wywieziony wpadł pod złe wpływy. Wrócił potem już potajemnie, pod nazwiskiem obcym...
— I z obcą także duszą, czy głową...
— Przeciw ojczyźnie knuć, spiskować — jakby chciał mścić się. Jakby we krwi chciał topić gniazdo, z którego wyszedł. Pożar rzucić w miejsce, gdzie kolebka stała, w której najpierwsze składał słowa, jakby chciał w samobójczym szale podciąć to drzewo, od którego jako owoc...
Wstał na to dziadek:
— Dość — powiedział — dość tych głupstw. Jakie dowody macie w rękach?
— Jakie dowody? Oto one: są fotografie, są zeznania, i listy, które pisał.
— Listy? Gdzie są? Pokażcie! Pismo poznam!
I ja wtedy na równe nogi z mej jamy wyskoczyłem z krzykiem:
— Ja także poznam pismo chłopca, który zostawił zeszyt czarny, idąc na wojnę i na zgubę duszy i głowy.