Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


złożyli teczki, na nich miękkie, z nieświeżą wstążką, kapelusze.
— My mamy jedną sprawę przykrą...
— My kilka pytań zadać chcemy...
— Służba nas zmusza — twarda ona — chociaż mundurów nie nosimy, żołnierze my są...
— A więc, panie — jak pana tytułować mamy?
Dziadek milczał i tylko kapeć raz po raz tupał mi przed nosem. A ja żołnierzy musztrowałem, uważnie nastawiając ucha.
— A więc pan, panie właścicielu, ma syna?
— Miałem — bąknął.
— A cóż się stało z chłopcem złego?
— Na wojnie zginął.
— Z czyjej strony?
— Z niczyjej, panie. Sam pozostał, kiedy mu utknął koń w bagnisku. Odeszli jedni, drudzy się jeszcze ociągali. Między frontami, w pustce zginął. A mundur? Polski. Czako miał na łbie z białym orłem, ale je zgubił, powiadają, w tym grzęzawisku...
— Pan jest pewien?
— Czego? — warknął i, słyszę, sapie już z wściekłością, i laskę chwyta.
— Że — przepraszamy za natręctwo w sprawie bolesnej, osobistej — czy pan jest pewien, spytać chcemy, że chłopiec zginął?
— Panie — huknął ułana ojciec — ja... szukałem, szukam — nie! — ja czekam, ja — swoje na ten temat wiem!
— Co mianowicie?
— Że on żyje — nie żyje: jest! Chociaż nie mówi, nie oddycha, nikt go nie widzi, chociaż mu nie przybywa lat — jest gdzieś przecie, dopóki ja sam, ojciec, jestem. Dopóki czekam, tęsknię, wierzę. — Umilkł, a potem: