Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Spiżowy posąg bohatera czapką się kłania dawnym duchom i młodzież wzywa, aby szła zbawiać i wyzwalać, burzyć i wznosić, wypełniać misje, cuda działać.
Słowami huczy góra stara, a wokół opar, grzęzawisko miasta i świata — i tam, w dole, zgubiony chłopiec — wnuk i ojciec — przez towarzyszy porzucony, błąka się jeszcze, czy zabity?
I rzeka płynie wokół miasta.

Mój biedny dziadek umarł w maju — miesiącu poświęconym Pannie.
— Umarł — krzyknąłem tego dnia, biorąc gazetę jak co rano, aby mu przy śniadaniu czytać wieści ze świata, z kraju oraz miasta.
— Kto, wielki Boże? — zapytały ciotki rozlewając kawę i mleko.
— Dziadek — odrzekłem patrząc w portret na pierwszej stronie, w czarnej ramce, i przeczytałem wieść żałobną podaną w czterech krótkich słowach:
— Serce Marszałka bić przestało.
Nasz dziadek rożki w kawie maczał i wąsem ruszał bez wzruszenia, patrząc przed siebie, jakby wcale tego, com czytał, nie usłyszał. A na portrecie głowa jego w śmiertelnej nędzy: podbródek ostro w górę podał, usta zacisnął i powieki — mocno, jakby na rozkaz z góry, jakby udawał przed kimś sen.
„Udaje — pomyślałem — jak ja, kiedy nie mogę w nocy spać“.
— Udaje — powiedziałem głośno, nie wiedząc wcale, że to mówię.
— Biedne dziecko — rzekły ciotki — nie rozumie, co to śmierć.
— Czytaj — mruknął na to dziadek, który nieprzerwanie jadł, i żuł.