Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Odszedł na wieki — przeczytałem — ten, co ducha...
— Jak?
— Tak tu piszą.
— Opuść to i dalej czytaj.
— Pobudził śpiące, zmarłe wskrzesił...
Dziadek z hałasem łyżką cisnął.
— Jakie zmarłe?
— Cicho, ojciec, nie krzycz, kiedy kraj w żałobie.
— Zmarłe nadzieje — wyjaśniłem.
Dziadek znów w kawie zmoczył wąsy.
— Wolności nam zapalił świt... Poetów dawnych wcielił sen... O wodzu sen i o sławie...
— Sny — rzekł dziadek — ciągle sny.
— Odchodzi w ciemność z ducha król...
Dziadek odstawił filiżankę i serwetką wąsy gładząc spytał:
— O pogrzebie nic nie piszą?
— Zaraz: kondolencje... posiedzenie... naród w hołdzie... opuszczenie flag... i modły...
Przerzucałem szybko płachty, aż krzyknąłem nagle:
— U nas!
— Jak to?
— W naszym mieście pogrzeb będzie! W królewskich grobach na Wawelu spoczynek wieczny znajdą prochy, by był po śmierci królom równy, gdy im za życia dorównywał.
Dziadek wstał. Pięścią w stół uderzył.
— Co ojciec?! — zakrzyknęły ciotki.
— Laskę.
— Po co?
— Płaszcz, melonik.
— Co chcesz zrobić, co? na Boga!
— Nie! Cylinder, żakiet, krawat — wszystko, com