Dzień dwóch narcyzów

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Richard Le Gallienne
Tytuł Dzień dwóch narcyzów
Pochodzenie Poeci angielscy
Wydawca Księgarnia H. Antenberga
Data wydania 1907
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
DZIEŃ DWÓCH NARCYZÓW.
[]

«Piękne są» — rzekłem — «narcyzy w tym roku»;
«Prawda, lecz spojrzyj na moje krokusy».
I z temi słowy siedliśmy oboje,
By porozmawiać w niewielkiej altanie,
Owianej gwarem ogrodu i pełnej
Rozkosznej woni ogrodu, ni morska
Urocza muszla, perłowym dźwięcząca
Dźwiękiem, z swej piersi macierzystej wonne
Wydychająca szelesty...


Siedliśmy,
By porozmawiać; całe popołudnie
Szeptało wokół w milczących odmianach
To nagłych świateł, to cieniów gromady,
Jakby gdzieś w niebie jakiś Mistrz organne
Ciągnął rejestry. Usiedliśmy tutaj,
By porozmawiać, ni to osób dwoje
W łodzi na morzu bezmiernem: by fale,
Tak nas swobodne kołysały chwile.
I jak tych dwoje, od czasu do czasu
Rwąc swą rozmowę, spogląda ku niebu
I piersią lazur wchłania bezgraniczny,
A potem znów się spotyka wzajemną
Ócz błyskawicą — nasamprzód bez słowa,
A potem z głosem, który brzmi jak surma,
Brzmiąca namiętnym oddechem, z tym głosem,
Którego fale głębokie jak głębia
Morza — z eolskim głosem, z głosem gwiezdnych
Wielkich przestrzeni, z głosem ciemnych borów,
Jodłowych borów, zlanych rosą świtu,
Z majestatycznym, własnym głosem Życia —:
Tak myśmy tutaj rozmawiali, własną
Boga źrenicą patrząc w Życia głębie —
Jak one drżały gwiazdami. Azali
Myśmy nie byli podobni do owych
Słońc kołujących, co, widząc w bezmiarze
Otoczonego ogniami eona,
Snać zapomniały, jak daleko leżą
Te ich orbity od siebie, i chwilę
O płomienistych marzą zaślubinach?
Tak nasze serca całe popołudnie
Błyskawicami odpowiedzi cięły

Mgłę purpurową rozmowy. A kiedy
Słońce, nasz strażnik, dało poprzez drzewa
Znak, że przybliża się już noc, gdy, wstawszy,
Ku naszym kwiatom wracaliśmy znowu,
Czuliśmy kroki czyjeś śród alei
I głos, nieznany przedtem, słyszeliśmy
W chłodzie wieczoru: Choć Miłość żadnego
Nie popełniła grzechu, wyrzeczone
Były jej runy, a Mistrz-Życie inne
Wpisało rymy w jej poemat.

«Proszę,
Zerwij mi», rzekłem. Ona dwa przyniosła,
Gdyż piękne były narcyzy w tym roku —
O bardzo piękne, lecz już nie narcyzy...


Poeci angielscy - Grafika na koniec utworu.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Richard Le Gallienne i tłumacza: Jan Kasprowicz.