Dziérżawca na Wołyniu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dziérżawca na Wołyniu
Pochodzenie Roczniki Gospodarstwa Krajowego 1845 nr 2
Wydawca Andrzej Zamoyski
Data wydania 1845
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron


Dziérżawca na Wołyniu
podług
I. J. Kraszewskiego.

— Dawniéjto panie, mówił mi zbogacony na possessyach zacny dziś obywatel, a niegdyś ubogi szlachciurka; dawniejto bywało trzymać possessye! Panowie puszczali tanio, niewyliczali intraty z jaj, kur, osypów, czernic, nie cenili pańszczyzny tak drogo. Niezłą nazywała się possessya, gdy ozimina ją sama zapłaciła, a reszta była zysku. Potrzebował JWielmożny piéniędzy, poszli słudzy, przyjechał szlachcic z trzosem, zapłacił za kilka lat z góry, a gospodarując dobrze, zrobił fortunkę dzieciom, przy pomocy Bożéj. Dziś — cale co innego Mości Panie; dziérżawy powyciągane, jak skóra na bębnie, possessorowie tracą i panowie nic nie maję.
— Jednakże, odpowiedziałem, pełno kontrahentów na possessye.
— A cóż mają robić, rzekł stary, człek niéma kąta; dzieci, żona, jakie takie gospodarstwo, musi wziąść, choć drogo, na widoczną stratę, to tak, jakby zapłacił za kamienicę i żył w mieście.
— Dziérżawców w ogólności, mówił daléj, można podzielić na dwie wielkie klassy; — tych, którzy robią fortunę, i którzy ją tracą. Między piérwszymi znajdziesz pan, owych niedzisiejszego wieku ludzi, coto sami nie lenią się pójść i do bydełka, i do gorzelni, i na pole pojechać i kopy policzyć. Oni panu i w nocy wstaną, i zimna się nie zlękną, a w kożuszku zakutawszy się, postoją, bodaj w mróz, póki wódka nie odejdzie. Tacy to robią fortunę powoli, ale koniec końcem, nie obejrzysz się, jak ją zkądsiś wezmą. I łatwo to pojąć, żyją sobie po szlachecku, czém Bóg dał; kucharka im uwarzy, bryczczyną się przejadą, a sukni nie nadrą, bo w kożuszku chodzą. Na tych to się sprawdza: że pańskie oko konia tuczy. Jeśli ich ludzie i kradną potrosze, to takich zawsze mniéj, niż owych, którzy do niczego nie zajrzą. Bo panie, kto się na sumieniu ludzkiém bezwarunkowo funduje, na lodzie buduje: będzie ono stać jaki czas, lecz jak słonko przygrzeje, pójdzie budowla z fundamentami. I niedziw, człek krewki, jak dawniéj mawiano, ułomny, nie byłby człowiekiem. Ten possessor, o którym mowa, dobre sobie zawsze człeczysko, ale ze zwyczaju oszczędności, zarywa na skąpego trochę; przynajmniéj tak o nim mówią sąsiedzi, może dlatego, że ich traktuje, czém ma, niewykwintnie, panów nie naśladuje, sam się nie dmie, a z tych, którzy tracą, jak z głupców się śmieje.
Dziérżawców, robiących fortunę, bywa i drugi gatunek, cale to znowu co innego. Nieraz tytułuje się hrabią, jeździ koczem, żyje wykwintnie. On inaczéj znowu fortunę robi. Rzuca wielki kapitał w owce, w woły, w gorzelnią, fabryki, spekuluje umiejętnie, wygrywa jak w karty. Ten przeciwnie piérwszemu, (który im więcéj robi, tém się więcéj kuli), im więcéj zarabia, tem więcéj szasta. Na stole szampan, w salonie karty i stosy złota, fortepian wiédeński u pani, kocze, karéty, wiérzchowce, tłumny dwór. Ale dlatego pan dziérżawca, sam chodzi do wołów, mianowicie do owczarni, sam rozumowaną, (co za nadużycie wyrazu)! urządza gorzelnię, sam jeździ woły kupować. Ci panowie podobno wygrywają śmiałością, rzucają się na olbrzymie spekulacye, mają pewien w nich takt, i tak po kilku latach, co trzymali kilka kluczów, to ich kilka kupują, jeśli w karty nie przegrają części majątku.
Starodawny possessor, mówił daléj mój sąsiad, — to była panie figura, jakiéj dziś mało widać, albo i nie widać może. Szlachcic, za którego z miny nie dałbyś trzech groszy, szaraczkowa kapota, buty juchtowe, barania kapuza, pokorny, kłaniający się; — ale pomacać go było, koło pasa, były tam czerwone złote, jakich niejeden pan, co się dął tęgo, nie miał i połowy. W domu u possessora, gołe ściany i Matka Boża, lub Pan Jezus na ścianie, kilimkiem okryty tapczanik; nad łóżkiem gromnica. Jejmość w kuchni zawsze, albo w piekarni, albo u wieprzów, u drobiu, z prządkami. Nie widziałeś jéj, chyba u obiadu, do którego siadał podstarości razem. A na stół nie dali nic, krom domowych rzeczy, przyprawnych słoniną, bo masło sprzedawało się w mieście. A dawała go krowa po trzy faski! Drobiu także nie jadało się, wędlicami, półgęskami, nabiałem (i to oszczędnie), a żydowskiemi prezenty sztukując się. Jechał pan possessor w drogę, brał flaszkę wódki, (bo się nie bał odkupów po miasteczkach), séra twardego, kiełbas, chleba, dobrze, kiedy garnek bigosu, a i to nieprędzéj, aż mu trzos ciężył u pasa ładowany. Takimto sposobem dorabiano się mosanie fortuny, pracą i oszczędnością. Teraz, może po części i dlatego krzyczą na dziérżawy, że sami z nich korzystać nie umieją, wziąść się w kupę, oszczędzać, pracować. Teraz weźmie szlachcic possessyjkę za kilka tysięcy, toć już chce mu się koczyka, koników dobrych, kucharza, stołu, kamerdynera, a Jejmości fioków a Jejmościankom djabli już wiedzą czego.
Przerwałem mojemu staremu, pytając go o drugą kategoryą possessorów, tych co tracą.
— Właśnieto do nich szedłem, odpowiedział. Niewszyscy jednak tracą ze swojéj winy, są biédni, których Pan Bóg probuje: przyjdą grady, nieurodzaj, posucha, ogień. Pan dziedzic alias Jurisdator, schowawszy piéniądze, żartować będzie z possessora; i tak straci jeden rok, drugi, ochota od pracy odpadnie, przywiąże się biéda, i po nim. — Muszę tu wspomniéć o dziedzicach w ich stosunkach z dziérżawcami. PP. dziedzice po większéj części na oczyszczenie się, gdy mowa o bonifikatę przyjdzie, powiadać zwykli: że possessye są jak stawki w karty — przegrał, wygrał i niéma o czém mówić. Ale to tak wcale nie jest, tylko dla tych, co niémają sumienia, a wziąwszy piéniądze gotowi wymyśléć, Bóg wié co, byleby ich nie oddawać. Plagi dotykające possessora, a niepochodzące z jego winy, dotknęłyby dziedzica, który, jeśli na nich nie chce tracić, dowodzi tylko zawsze, jakem powiedział, że niéma sumienia. Dziedzice wyobrażają sobie, że dziérżawcy ogromne mają zyski; témto oni się bronią w ostatku od wszelkich wynagrodzeń. Aleć i te zyski winni dziérżawcy swojéj pracy, a największy zysk, nie może być przyczyną ważną do odmówienia bonifikaty, gdy się ta słusznie należy.
Z kilku jurysdatorów, z którymi miałem do czynienia, mówił daléj stary, jeden tylko był poczciwy i sumienny; reszta bardzo zacni obywatele, ale nie daj Boże miéć więcéj z nimi do czynienia. Brać piéniądze, brali, oddawać nie umieli. Byli tacy, którzy uczyniwszy kontrakt, mówili potém sami, że nie był ważny, bo nieformalny; gdy człek zaufawszy łotrom, sądził, że słowo szlacheckie najlepsza formalność. Na takich panów, trzeba, jak mówią, kosy na kamień, takiego, jak oni, żeby ich nauczył, nie rozumu, (tego nauczyć nie można pomimo przysłowia), ale jak boli szelmostwo. Z tych wyrazów szlachcica poznałem, że go jeszcze bolały dawniejsze rany; odwróciłem więc rozmowę do dziérżawców, tracących na dziérżawach.
— Mówiłem, ciągnął daléj, że są tacy, którzy tracą nieswoją winą, nie wolą Bożą, a jak stracą raz, ochota odpadnie, przywiąże się wyobrażenie jakiego nieszczęścia, a potém już tracą, a tracą do samego ostatka. Inni są, panie, którzy ledwie żyjąc, jeśli nie tracą, to téż nie zarabiają. Takich po większéj części obsiada i objada familia liczna, albo wysysa jaki proces nieszczęsny. Już im nawet nie myśléć o zarobku, byle Pan Bóg dał nie stracić. To są biédni, których żal tylko. Ale są tacy, którzy tracą z dobréj woli, przez próżniactwo, przez fonfry w nosie. Zdaje im się, że powinni utrzymywać dom na takiéj stopie, jak zamożni sąsiedzi; jeżdżą poczwórne, jedzą smaczno, spią długo, a wychodzą, — goło, golissime, Mosanie. I dobrze im tak. Sami sobie winni. Niechaj na possessyi ogrodów nie zakładają, domów nie budują, elegancye porzucą, niech pracują, o jutrze myślą. Ci panowie dziérżawcy eleganci, kończą bardzo smutnie; z jednéj possessyi przechodzą na drugą, zawsze obwiniając czasy i okoliczności, wszędzie jedne głupstwa popełniając, coraz zmniejszając dziérżawę, aż wreszcie zostaną na łasce ludzi i bez kąta. Takich to nie żal, poprawdzie powiedziawszy, bo jak sobie posłali, tak się wyspali. Ale patrzyć na biédaka, który choruje, pracuje, a traci, bo go obsiadły dzieci, interessa, nieurodzaj go nęka — wówczas to boleśnie.
Jest jeszcze jeden rodzaj possessora, którego, W. Panu nie opisałem, dodał stary gaduła, — possessor — pijawka. Ten prawda robi fortunkę, ale szkaradnym sposobem, uciskiem, nadużyciem, łotrostwem. Jeżeli może, zastawia łapkę na dziedzica, podaje fałszywe pretensye, wynajduje przyczepki, nabywa jego długi, wytrzymuje niedoimki, płaci tradycye i z rachunków w rachunki, staje się prawie dziedzicem majątku. Jeśli to mu się nie uda, uciska chłopów bez sumienia, pędzi ich do roboty przed świtem, nie puszcza do nocy, zapomaga ich, aby mógł na mocy tego obedrzéć ze skóry, bije, katuje, uciemięża. Widziałem takiego pana Skobejkę nazwiskiem. Człekto był dobrze podżyły, kawaler, suchy, żółty, wywiędły, kaszlący, uśmiéchający się zawsze. Od tego nikt niewziął piéniędzy za dziérżawę, chyba go nie znał, bo wycisnął chłopów do ostatka, wywrócić umiał kontrakt, jak chciał i zawsze obronną ręką wyszedł na ostatku. Sławne były jego snopy, z których jednego człowiek nie podniósł, a na wóz ledwie się ich półkopy mieściło i to osie pękały. Sławne były sznury lnu i konopi, odbiéranie jaj i kur, osypów, spędzanie na pańszczyznę w nocy, aby jak dzień byli na polu i ze dniem równo do roboty stawali. Co on tam powymyślał, nie podobno opisać, i nie warto opisywać. Takich dziérżawców teraz u nas niemało, — dodał w końcu stary.
Podziękowałem mu za skréślony rys dziérżawców do którego dodam jeszcze słów kilka: Ogólnie wziąwszy, w towarzystwie nazwisko samo possessora, possessorowéj, — oznacza kogoś niższego stopnia i pośledniejszego wychowania. Jestże słuszną taka opinia, a raczéj uprzedzenie? — nie wiém. To pewna, że istotnie dziérżawcy, jako ludzie pracujący, dorabiający się, nie mogą miéć kultury umysłowéj panów dziedziców. Niemajętni, zakopani na wsi, nie odznaczają się świetną powiérzchownością; lecz z drugiéj strony, między dziérżawcami dziś znajdziesz ludzi starodawnéj uczciwości, gościnności, obyczajów dobrych, między nimi może jest najwięcéj czytelników polskich książek, bo i oni w długie zimowe wieczory czytają, a żywiéj nieraz czują książkę, poezyą, powieści, dramat, mocniéj się niemi zajmują, niż oziębli, a wielce wykształceni wyższéj klassy ludzie.
Między dziérżawcami (uważając ich jak najogólniéj), mało jest ludzi, jakto mówią: przyzwoitych, wytwornie się ubiérających, mówiących po francusku, czytających Balzaca; ale pod granatowym ich starego kroju frakiem, pod sukienną, w dwa rzędy zapinaną kamizelką, biją serca poczciwe po większéj części. Znajdziesz wielu śmiésznych z pozoru; nie śmiéj się z nich jednak, póki ich głębiéj nie poznasz; a jeśli wolisz cywilizacyą poczciwości, od cywilizacyi ukłonów i uśmiéchów, może w końcu przebaczysz im śmiészności, dla cnot zdobiących ich serca.

PL Józef Ignacy Kraszewski-Bracia zmartwychwstańcy tom 2 tyt.png



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.