Dwa światy/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dwa światy
Pochodzenie Powieści szlacheckie
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1885
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XVIII.

Nie powiem, co się działo nazajutrz w duszy biednego Aleksego; dzień jeden spędzony w tém towarzystwie tak nowém, atak miłém, wiekiem jakby całym przedzielił go od wczorajszego. Są w życiu chwile, których moc pożerająca trawi wspomnienia, zaciera ślady przeszłości i siłą wrażenia, jakie wywiera na wieki, wpija się w duszę. Aleksy przeczuwał świat, ale nie znał innego nad ten, który mu się w nieszczęsném sąsiedztwie Żerbów przedstawiał ze swojemi śmiesznościami, prożnostkami, wadami i źle pokrywaną ułomnością... tu wolniejszą mógł odetchnąć piersią. Ludzie, których spotkał, byli całkowicie inni, wykształceni, umiejący żyć, nie odkrywający co chwila swych słabości, starający się je pokryć, dobijający się jakiejś idealności, usiłujący okazać się wdzięcznie i przypodobać...
Stosunek z niemi nie miał szorstkości zetknięcia ze szlacheckim ubogim światem, wejrzenia były atlasowe, słowa cukrowane, uściski ręki aksamitne... słodko i miło żyć było z niemi. Jeszcze Aleksy nie dostrzegł, że to, co mu się tak na pierwszy rzut oka podobało, nie wchodziło w żaden rachunek, nie obowiązywało do niczego, prostą tylko było formą i często żadną nicią nie łączyło się z sercem... To, co on brał za objaw życzliwości i miłości chrześcijańskiéj, niestety! w gruncie czczém było i stworzoném na powszednią potrzebę żywota salonowego; a ludzie w masce téj nie pokazywali nigdy prawdziwéj swej twarzy, która pozostawała zakrytą i ściśle tylko z niemi związanym znajomą.
Uderzyła go wprawdzie ta niewola formy, któréj poddawali się wszyscy wyrabiając się, rzec można, na jednego człowieka-, ale po zbyt swobodnie rozwiniętych charakterach sąsiadów znajdował w tém i dobre. Nie wiedział, kto co myślał, ale czuł, że tu walka wyobrażeń, pojęć indywidualnych i sposobów rozumienia życia ustawała zupełnie i dawała mu odetchnąć; nie potrzebował się oglądać, niepokoić i nieustannie gotować do walki.
Wprawdzie, po kilkunastu godzinach, porównywając mimowolnie kółko swoje z towarzystwem, w którém się znajdował, dostrzegł, że ten tok rozmowy nigdy nie dozwalał sięgnąć w głąb rzeczy i z surowszém o nich odezwać się zdaniem, że bawiono się na powierzchni, i w żart po większéj części obracano najważniejsze zdania, że odezwanie się sumienne, szczere, ściągało oczy zdziwione... ale to przypisywał żywiołowi obcemu, wmieszanemu wypadkiem, i swojéj przytomności.
Nikt go tak nie zajął, nikt nie pociągnął ku sobie jak Anna; dziwne uczucie owładło nim od pierwszego na nią wejrzenia... zdawało mu się, że we śnie widzianą postać anielską, budząc się, przed oczyma zobaczył. Uczucie to nie miało nazwiska i było tak, jak położenie Aleksego, nieokreśloném i dziwaczném... nie objawiło się ono, jak pospolita miłość porywem gwałtownym, namiętnym, ale czcią raczéj, poszanowaniem i modlitwą duszy... Obawiał się zbliżyć do niéj, a chciał zdaleka poglądać na nią życie całe i czuł, że gdyby się miał wyrzec nadziei widzenia jéj, wiecznąby opłacić ją musiał tęsknotą. Gdyby mógł, upadłby na twarz przed nią, jak przed istotą wyższą, czystszą stokroć, idealniejszą od siebie, któréj dłoni nie godzien był dotknąć, a o zbliżeniu do niéj lękał się nawet pomyśléć...
Anna wydawała mu się opromienioném zjawiskiem, które na jasnym obłoku zstąpiło na ziemię z wonią niebios i uśmiechem wyniesionym z nieba... Choć nie znal jéj, przeczuwał w niéj istotę świętą i wielką... któréj myślą ziemskiego przywiązania kalać się nie godziło, przed którą należało poklęknąć i wielbić... Nieustannie wpatrywał się w nią ukradkiem, jakby jéj rysy chciał ukraść i zachować w sercu na wieki, a gdy doń przemówiła, drżał jakby przed głosem z nieba... Takiego uczucia nie doznajemy zwykle, tylko wobec istot, które na nie zasługują; ziemską miłość i namiętność, gwałtowne przywiązanie rozbudza wejrzenie ogniste, poezya kształtów, urok nowości, smutek, wesołość, jedno nic, mające własność brak jakiś w nas samych dopełniać — ale czci bojaźliwéj i czystego wzruszenia doznajemy tylko od wcielonego ideału, rzadko spotykanego na ziemi... I ziemskie szały przechodzą tak, jak to, co je wywołało, ale uwielbienie owo nie mija, bo opiera się na niestarzejącym się nigdy wdzięku nieziemskim...
Wiem, że są ludzie, co w taką miłość nie wierzą, dla których zachwyt ów jest rzeczą niepojętą i tłómaczy się obłąkaniem; ale to biedni ślepi z urodzenia, co światła nigdy nie ujrzą. Miłość ta rzadką jest jak ideał, ale się na ziemi spotyka, a biada piersi, u któréj wykwitnie, a raczéj szczęśliwe to serce, co nią się zapali... ona oczyszcza je i przygotowuje do niebieskich rozkoszy pośmiertnego świata...
Pod szorstką powłoką Aleksego, w osamotnieniu i dumach, w milczącém jego pustelniczém życiu, którego towarzyszami byli: Dante, Goethe, Shakspeare i Homer stary, dusza zostawiona sama sobie, żywiona lwim szpikiem poezyi, wzniosła się wysoko i przygotowaną została cudownie do wielkiego szału idealnéj namiętności... Aleksy nie mając go przed oczyma, stworzył sobie ideał Beatrycy i klęczał przed nim duchem, a poziome istoty, na które patrzeć był zmuszony, coraz wyżéj podnosiły go od ziemi... Uciekał od nich wzrokiem i duszą... Annę zobaczywszy, uczuł, jak obraz ów idealny stopił się, rozwiał i przetworzył w rzeczywistość; odtąd nie mógł już myśléć o wymarzonéj istocie snów swoich, któréj miejsce zastąpiła Anna na wieki...
Nic jednak w nim poznać nie dawało tego stanu duszy...
Późno wieczorem powrócili z salonu do Juliana, Aleksemu naznaczono mieszkanie obok, i dwaj przyjaciele zeszli się spragnieni siebie na poufną pogadankę.
— Złapałem cię — rzekł Julian — i spać ci nie dam... teraz dopiéro, kiedyś tu dłużéj pobył, kiedyś nas bliżéj zobaczył, całkiem ci się już wyspowiadać mogę... Jakże ci się wydajemy?
— Szczęśliwi! — zawołał Aleksy.
— A! i ciebie oślepia błyszczący pozór! — westchnął Julian — i dla ciebie uśmiechnięte twarze są dowodem wewnętrznego wesela... Posłuchaj! Po-za zasłoną uśmiechu łzy płyną pocichu... tyś się ich nie domyślił... Komedya ta pokrywa dramat smutny, którego śmierć sceną ostatnią...
— Dziwnie jesteś usposobiony — przerwał Aleksy...
— To nie usposobienie chwilowe — rzekł Julian — to rzeczywistość. Widziałeś nas w salonie rozmawiających żywo, ściskających się serdecznie, połączonych na pozór uczuciem najściśléj nas wiążącém w jedno kółko... Matka nasza... która ci się wydać musiała piękną i szczęśliwą jak my wszyscy, boleje jak my, skazana na wieczną żałobę... szukała szczęścia i zawód znalazła. Delrio, nasz ojczym, dobrym jest dla niéj, ale jéj nigdy nie zrozumie i nie oceni... Jako matka straciła swe dzieci, bo prezes, stryj nasz, i ona są niepojednanemi nieprzyjaciółmi... a my zostajemy w jego opiece... Anna, to anioł, któremu tylko skrzydeł i aureoli braknie... to ofiara, co się już siebie zaparła, dla któréj ziemskie losy nie istnieją... Serce jéj dla miłosierdzia wydziedziczyło się ze wszystkich uczuć innych, do których miało prawo... Wiesz, że brat nasz Emil, głuchoniemy, schorowany, potrzebuje ciągłéj jéj opieki; ja także bez niej-bym żyć nie potrafił; zresztą Anna zawczasu powiedziała sobie, że i majątku i losu dla nas się zrzecze... i zrzekła się ich... Patrz! co tu za żywioły szczęścia!!! Smutno patrzeć na to, smutniéj żyć wpośród tego... Na dobitkę powiem ci, że ja, który się ożenić muszę z majątkiem, dla podniesienia imienia Karlińskich, dla uratowania Anny i kupienia spokoju Emilowi, ja, co także naznaczony jestem na ofiarę... kocham się szalenie i bez nadziei.
Julian obejrzał się, Aleksy mu przerwał.
— Nie mów, w kim, nie potrzebuję, domyślam się!
— Ty? ty? — zawołał przestraszony Karliński — jak to? byłożby to już tak widoczném?
— Może nie, kochany Julianie; ale przyjaźni dane jest przeczucie i jasnowidzenia władza... zresztą wiedziałem, jakiego rodzaju był zawsze twój ideał, i odgadłem.
— Cicho! na Boga! milcz! — przerwał Karliński — a radź mi, co począć mam z sobą.
— Ja! radzić tobie... na to potrzeba doświadczenia, a niema człowieka młodszego w tém nade mnie... ja-m nigdy nie kochał szczęściem... i — dodał smutniéj Aleksy — nigdy kochać nie będę...
— Jakżeś potrafił domyślić się? Na Boga! mów, przeraziłeś mnie... ja-m sądził, że oprócz mnie nikt w świecie nie wié o téj tajemnicy... ja się z nią taję i kryję.
— I nie byłbym jéj zapewne odgadł — rzekł uspokajając go Aleksy — gdyby nie twoje własne wyznanie, gdyby niedawna serca twego znajomość.
— Posłuchajże mnie i pozwól się usprawiedliwić — przerwał Julian pocichu, oglądając się na wszystkie strony. — Nie sądź, żeby to były płoche jakieś miłostki... między mną a nią niema innego stosunku poufalszego nad codzienny towarzyski, nigdym jéj nie powiedział, nigdy nie dałem do zrozumienia nawet, co czuję dla niéj... nie wiem, czy ona mnie kocha, miłość ta nie ma i nie może miéć przyszłości, a jest tak wielka, tak gwałtowna i tak niepohamowana, że są chwile, w których wszystkiego zapominając, chcę ją porwać, unieść, chcę ją udusić w uścisku i umrzéć przynajmniéj, z nią żyć nie mogąc.
Mówiąc te słowa, Julian rozpłomieniał cały, oczy mu się zaiskrzyły i dwie łzy błysły na nich; ręka drżała; cała twarz przybrała wyraz najwyższej egzaltacyi. Tylko z tak niewieścio-wypieszczonych ludzi taki płomień buchać może.
— Obok tego masz wiedziéć — dodał szydersko, miarkując się i zniżając głos — że Pola rówieśniczka Anny, jéj przyjaciółka, jest poprostu córką służącéj mojéj matki i ekonoma, sierotą bez imienia i rodziny... związek między mną a nią niepodobny, a miłość grzechem, zdradą, niegodziwością.
Uderzył się w piersi.
— To też raz pierwszy i ostatni w życiu zdradzam się mówiąc z tobą, bom potrzebował wywnętrzenia, rady, pociechy...
Aleksy zamyślił się głęboko i powstał z starca powagą.
— Słuchaj — rzekł — wzywając rady mojéj, dajesz mi dowód ufności; nie zawiodę jéj, pochlebstwem się nie skażę, nie obrócę w żart tego, co o życiu stanowić może. Potrzeba się wam rozstać, oddalić, przeboléć, przetęsknić, i zabić w sobie uczucie, które się nigdy urodzić nie było powinno... Tę jednę mam radę i tę ci tylko daję, innej nie widzę.
Julian spojrzał na niego załzawionemi oczyma.
— Człowiecze — zawołał — masz radę, ale masz-że ty serce? wiesz ty, co to miłość? rozumiesz, co szczęście? Ja nie mam przyszłości, ofiary tylko i ciężkie kajdany przede mną, jednę złotą mam chwilę i téj każesz mi się dobrowolnie wyrzekać! to nad siły! Ja nic nie chcę tylko marzyć, patrząc na nią, tylko ją widzieć, słuchać jéj szczebiotania i wesołego śmiechu, patrzeć na jéj zabawki dziecięce... zdaje mi się, że umarłbym w chwili, w któréjbym ustami dotknął jéj czoła.
Aleksy przeraził się gwałtownością uczucia, które buchało z téj słabéj przed chwilą istoty; nie sądził on, żeby Julian zdolnym był uczuć tak głęboko, tak namiętnie; inaczéj wreszcie, z siebie sądząc miłość sobie wystawiał; pochwycił za rękę przyjaciela i rzekł surowiéj:
— Dosyć o tém, rozdrażniasz się, rozpłomieniasz, rozżarzasz... nie mów więcéj... szczęście jest marzeniem, rzeczywistość pracą i cierpieniem tylko... uzbrajaj się do walki z życiem a nie marz o rozkoszach, które wyobraźnię ci burzą... Chcesz spokoju, szukaj go na innéj drodze; tędy zajdziesz tylko do zgryzot, zniechęcenia i szału. Potrzeba wyjechać, oderwać się, oddalić... lub znaleźć sposób usunięcia jéj stąd...
Julian spojrzał na przyjaciela z wyrzutem i gniewem prawie.
— Nie masz słowa pociechy, nie masz dla mnie nadziei!
— Kłamać nie chcę i uwodzić cię nie będę... po męsku przyjm chłostę i milcz...
Karliński spuścił głowę i na tém przerwała się rozmowa na chwilę, ale Julian raz otworzywszy usta, nie mógł się już wstrzymać od narzekań.
— A! czemuż — zawołał — nie jestem jednym z tych ludzi obojętnych, którzy naprzód rachując dla siebie, łatwą ze wszystkich robią ofiarę; cóż łatwiejszegoby było jak pochwycić chwilę szczęścia, choćby ją łzami okupić przyszło?
— Ale nie zgryzotą sumienia! — przerwał Aleksy. — Zresztą, wszak nie wiesz, czy kocha ciebie?
— Czy mnie kocha? — przerwał Julian — tak, nie wiem, usta jéj nie wypowiedziały mi tego wyrazu, bo-bym go nie mógł usłyszeć, ale jéj oczy... ale jéj uśmiech, tysiące znaków, którem odpychał, które tłómaczyłem i tłómaczę sobie fałszywie naumyślnie... powiadają mi, że i ona tak jak ja jest nieszczęśliwą... Z tą różnicą tylko, kochany Aleksy, że ona zdaje się wyzywać niebezpieczeństwa, leciéć przeciwko niemu... i nie widziéć go; ciągnie mnie, chwyta, będąc jednak pewną, że choćbym jéj dał serce, ręki nigdy oddać mi jéj nie pozwolą... Dziwna, zaprawdę, dziwna istota! O ile ja jéj unikam, o tyle ona garnie się, szuka mnie, nastręcza mi się z naiwnością dziecięcia. Jest to męka niesłychana...
— Uciec, uciec potrzeba! — przerwał Aleksy — niema innego ratunku!
— Nieraz — mówił daléj Julian — jakby nie słyszał rady przyjaciela — nieraz wśród obojętnéj rozmowy, któréj unikam, mówi mi rzeczy, które palą jak ogień i burzą mnie na czas długi... I ona, i ona gotową jest na wszelkie ofiary, byleby raz w życiu doznać tego wielkiego uczucia, które jest jak owoc rajski dla tysiąca ust pospolitych ludzi niedostępném... A! co począć! Jak się obronić od siebie, od niéj, jak być panem siebie?
— Źleś się doprawdy udał do mnie — przerwał Aleksy — ja was obojga nie rozumiem... i słucham z podziwieniem; ty lub ja musimy się mylić w pojęciu miłości...
— Jakto? co chcesz powiedziéć?...
— Wszak posłuchasz mnie chwilę cierpliwie?
— O! mów i bądź spokojny; ciekawym i spragniony.
— Ta wasza miłość jest czemś niepojętém dla mnie! Czego ona pragnie? za czém goni? do czego się dobija? do rozczarowania, ostygnienia i zbrukania... Nie pojmuję czego możecie żądać i co was trapi? Miłość, jak ja ją pojmuję, czysto duchowa, możeż pożądać więcéj nad to, co macie? Jesteście razem, nikt wam pocichu kochać się nie broni, możecie czuwać nad sobą i pielęgnując ogień święty w sercach, żyć lata, wieki, uczuciem, któreby może w związku ziemskim zmarniało i zgasło.
— Poeto! nie znasz człowieka — podchwycił Julian — twoja miłość to zawsze Beatryks Danta, wiodąca go po zaziemskich światach... człowiek nie z saméj składa się duszy... ja nie mogę rozbić uczucia na dwie połowy i jednéj z nich umorzyć w sobie, ja ją kocham duszą, sercem, ciałem, od stóp do głów, jak ją Bóg stworzył...
— Biedny człowiecze — westchnął Aleksy — przygotujże się na zawody i męczeństwo...
— Męczeństwo już się poczęło, zawodu nie boję się... nie! ta, którą kocham, którą znam jak pierś własną, nie zawiedzie mnie w niczém! Co dzień odkrywam w niéj nowe skarby, co chwila kocham ją mocniéj... zdaje mi się, że cały świat musi jak ja szaleć za nią i radbym wszystkich odpędzić, by z nią tylko zostać sam-na-sam...
Aleksy uśmiechnął się.
— Cierp więc — rzekł — i nie żal się... przyjdą lata, że dzisiejszego swego nieszczęścia i złudzeń zazdrościć sobie będziesz... i dość o tém, na Boga, dość o tém, proszę, nie mówmy.
Julian posłuszny zamilkł, rozmowa przeszła na ogolne uwagi o tych, których Aleksy poznał dnia tego, dwaj przyjaciele rozstali się smutni i zamyśleni.
— Miałem szczęście — rzekł odchodząc Karliński — żem będąc u ciebie, poznał całe twe sąsiedztwo w Żerbach; wypłacę ci się jutro za to, dając ci poznać mój świat... Nic-em ci nie mówił, nie chcąc cię przestraszać, że jutro imieniny Anny; prezes sprosił mnóstwo osób...
— A cóż ja pocznę?
— Zostaniesz, jeśli mnie kochasz... dałeś mi słowo... i pośmiejesz się z panów, jak ja w duchu śmiałem się u ciebie ze szlachty... Dobranoc.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.