Dwa światy/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dwa światy
Pochodzenie Powieści szlacheckie
Wydawca S. Lewental
Data wydania 1885
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II.

Pomiędzy Włodzimierzem a Uściługiem, na pocztowéj drodze, jest wielka murowana karczma, na oko bardzo porządna, w istocie wygodna dosyć, którą, nie wiem z jaką myślą, wzniesiono w bardzo pięknem miejscu. Sąsiedztwo Włodzimierza z jednej, Uściługa z drugiéj strony, czyni ją prawie niezrozumiałą, przecież podróżny rad ją spotyka i chętnie w niéj wypoczywa. Stoi ona na wzgórku, nad parowem, okrążona ładnemi laskami i zaroślami, a na wiosnę tyle tam słowików, tak cicho i tak zielono i miło! Widok wcale nie rozległy, ale oko spotyka się z lasami, które przy wzgórzach i wodzie już wdzięczny krajobraz stanowią... Ledwiebym nie powiedział, że ktoś rozmiłowany w téj ciszy, gospodę tu dla lubiących zieloność i lasy zbudował umyślnie, bo wsi nie ma blisko, karczma usunięta jakby na przekór od niéj i wybrała sobie parów nad rzeczką, a widok na gaje, jakby ich wartość rozumiała. A choć w starym Włodzimierzu starych zajezdnych domostw nie braknie i po każdym pożarze stają nowe; choć w Uściługu niedalekim jest Złota Basia i tyle innych jéj współzawodniczek — karczma w lesie, urągając się miejskim zajazdom, widocznie stanęła z pretensyą służenia nietylko dla mnogich wozów wieśniaczych, powracających od Bugu, ale i dla większéj wygody potrzebujących podróżnych. Ogromne sieni wprawdzie i obszerny plac przed bramą mnóstwo fur pomieścić mogą, ale obok tego jest kilka pokojów bardzo porządnych, i z niejakim utrzymanych wykwintem, kanapy, stoliki, nawet coś nakształt bilardu. Przytomność tego sprzętu zdradza poniekąd myśl fundatora, który może chciał tu mieć rodzaj pohulanki dla Wlodzimierskiéj palestry; ale wolimy wierzyć, że się w piękném miejscu rozkochał, niżeli żeby na kieszeń chudą kancelarzystów miał rachować. Rachuba taka do zbytku byłaby naiwna.
Zresztą, mniejsza o gospodę, w jakim celu z takim szafunkiem cegły postawioną została, mniejsza o jéj znaczenie, przystąpmy już do tego, co się w niéj działo w roku... którego nie powiemy, dość, że 18...
Było to w lecie, przed wieczorem; drugi już dzień przestankami lał i kropił deszcz, który nietylko utrudnił podróż i rozkwasił grobelki, ale nieznośnie dokuczać musiał podróżnym. Chmury z zachodu wysuwały się zrazu jedna po drugiéj bez przestanku, czarne, szare, płowe, i leciały na wschód, gnane jakąś siłą przeważną, która im nakrótko tylko wstrzymać się dozwoliła i pasmami kroplistego deszczu oblewać ziemię spieczoną. Po krótkiéj, ale gwałtownéj burzy, która długą przerwała suszę, niebo się zasępiło, jak w jesieni, powietrze ochłodło, jakby gdzieś obfite spadły grady i ulewa naprzemiany z drobnym kapuśniaczkiem dokuczała tym, którym niedawno równie dopiekła zbyt przedłużona susza.
Przed karczmą, którąśmy wspomnieli, stały fury wieśniacze z końmi pookrywanemi staremi świtami, cierpliwie znoszącemi kąpiel wcale niepotrzebną, kilku chłopków w workach na głowie leniwie kręciło się koło wozów, była i buda żydowska płótnem obciągnięta, z któréj, tylko co zlazł woźnica dla zapalenia fajki, i biedka jakiegoś posłańca wysłanego w pilnym interesie, ale nie mającego ochoty narażać się na deszcz powiększający się ku wieczorowi, i koń osiodłany żydka i dosyć podróżnych, ba, nawet, choć słońce nierychło zajść miało, już w jednéj z izdebek gospody siedział sobie podróżny, którego wózek niepoczesny z parą tłustych, ale drobnych koni, schronił się pod dach gościnny.
Był to młody człowiek, którego przymuszony spoczynek dosyć niecierpliwić musiał, bo chodził od okna do okna, wyglądał za wrota, przypatrywał się niebu, przysłuchiwał wiatrowi, i nie mogąc nic dobrego wywróżyć ze znaków meteorologicznych, upornie niepogodę zwiastujących, zżymał ramionami i potrząsał głową. W tym podróżnym, którego łapiemy tak niegrzecznie na drodze między Włodzimierzem i Uściługiem, nie było nic bardzo zastanawiającego. Był to młody mężczyzna, lat około trzydziestu miéć mogący, ledwie średniego wzrostu, dosyć silnie zbudowany, ale nie otyły, muskularnéj budowy, którego strój zdradzał położenie w świecie z ubóstwem graniczące. Pomimo wyszarzanéj burki, starego, czarnego na wszystkie guziki zapiętego surduciny i niewytwornego ubrania, było w nim jednak coś tak szlachetnego i niepowszedniego, że w tłumie ściągnąłby oko i kazał się domyślać, jakim trafem upadł tak nisko. Twarz jego, choć nadzwyczaj opalona i czarna, ale pełna świeżości, zdrowia i siły, zastanawiała nietyle rysami, co wyrazem. Malowało się na niej to uczucie spokoju i ufności w siebie, które przystoi zrodzonemu w pracy i wypróbowanemu od losu; czoło szczególniej wzniosłe, gładkie, pięknie utoczone, oczy ciemne, bystre, pełne ognia i pojętności, uśmiech dobrocią namaszczony, nadawały téj fizyognomii cechę odrębną. Twarz ogolona cała, odznaczała się tylko męskim zawiesistym wąsem, jakby na pamiątkę starych czasów zostawionym na licu, ale nie pielęgnowanym z zalotnością tych, którzy wąsa dla nadania sobie powagi lub wdzięku używają. Wąs to był rosnący jak Bóg dał, rozsypany, bujny, o którym wcale właściciel jego nie przemyślał, ani się oń troszczył. Barwa jego nieco od włosów jaśniejsza, nie wpadała w rudą, jak to się u nas często trafia, ale zarywała na złotawą. Z pod niego uśmiechały się usta trochę wydatne, którym wyraz szyderstwa całkiem był obcy, znać ono nigdy nie postało na nich, bo nie zostawiło śladu. Nos kształtny, garbaty, mały i oczy ciemne, osadzone głęboko pod wystającą kością czołową, dopełniały całości, któréjby rychléj można kilku ołówka rysami, niż długim opisem dać wyobrażenie. Twarz ta była sympatyczna, pociągająca, piękna prawie, choć się o wdzięk nie dobijała, a słońce ją bronzowało nielitościwie; czoło tylko pokryte, bielsze znacznie od policzków, zdawało się świecić ponad nią jakimś blaskiem łagodnym i spokojnym. Mały, krępy, zręczny i szykowny podróżny nasz wyglądał młodo, zdrowo, silnie, a ruchy jego zapowiadały człowieka, który spoczywać nie lubi i o wygodach nie myśli wcale. Zrzuciwszy burkę przemokłą, wyciągnąwszy się i strzepnąwszy po przemoczoném na bryczce siedzeniu, które go zmoczyło, młody człowiek chodził żywo, żeby się rozprostować. Niekiedy piosenka przylatywała mu na usta, parę dźwięków z nich się wyrwało, ale myśl nie dawała im wybiedz swobodnie z piersi; zadumany, przestawał nucić i głęboko się zamyślał. Gospodyni domu z troskliwością przyszła się dowiedziéć, czy nie potrzebuje czego, natrąciła o samowarze i herbacie, ale podróżny poprosił ją tylko o szklankę ciepłego mleka i kawał chleba, co jéj, niestety, niezmiernie o nim złe dało wyobrażenie. Za drugim razem przyszedłszy z tém mlekiem pani domu, miała już minę daleko poufalszą i w rozmowę wdawać się niechciała; młody człowiek też nie dobijał się o nią, napił się, zakąsił, fajkę zapalił i począł znowu chodzić po izbie.
— No, co będziemy robić, Parfenie? — zapytał wreszcie chłopaka od koni, który przeze drzwi zajrzał do pana — jak myślisz? czy przeklęty ten deszcz ustanie przed wieczorem? czy nam jechać, czy nocować?
— A cóż? — odparł chłopak, chowając fajkę w kieszeń od świtki naprędce — możebyśmy pojechali, słota na trzydniówkę się zabiera, my tu jéj nie przeczekamy, a jejmość czekać będzie i niepokoić się o pana.
— Ależ to tęgie dwie mile, a droga pohana... a noc za pasem...
— Albo to my raz tę drogę przebywali I oj! oj! — odparł Parfen, kiwając głową — choć po nocy trafimy do domu... Konie napoiłem, siana przegryzły, wyprychały się, jeszcze nas taki dociągną przed nocką...
— Daćby im po garncu owsa?
— Czy to one głodne! — rzekł Parfen.
— Oj, filucie, filucie — dodał śmiejąc się i grożąc młody człowiek — tobie pilno czegoś do domu.
Chłopak się zaczerwienił, za głowę ręką pochwycił, włosy otrząsł, ale schwycony ruszył tylko ramionami.
— Jak pan każę, jak pan każę... ale jejmość będzie niespokojna, pewnie i tak na obiad czekali.
— A! no! pojedziemy, bo mnie tu się nocować nie chce — odpowiedział panicz — jak konie dojedzą, zaprzęgaj i daj mi znać.
— Duchem! — odparł Parfen.
Właśnie wśród téj rozmowy między panem a sługą, z któréj widzimy stosunek ich do siebie i odgadnąć już możemy charakter podróżnego pełen dobroci, choć nie pozbawiony energii, hałas się wszczął u wrót gospody; wyszli oba i zobaczyli piękną resorową nejtyczankę, czterema końmi siwemi wzdłuż zaprzężoną, z woźnicą na kozłach w płaszczu migdałowym, z lokajem w liberyi, zajeżdżającą raźnie i buńczuczno pod dach karczemny. Gospodyni wybiegła z szynkowni spojrzeć, kogo jéj Pan Bóg dał, i musiała, czy poznać gościa, czy się ucieszyć migdałową liberyą, bo sama nawspół z lokajem podróżnego, zaczęła rozpędzać wozy stojące w sieniach niezmiernie krzykliwie i z dowodami najwygórowańszéj gorliwości. Ledwie tego dopełniwszy, wbiegła do pokojów gościnnych z gotowym do ścierania pyłów fartuchem, a tymczasem z pięknej owéj nejtyczanki wysiadł z pomocą służącego przybyły i za nią wszedł do izby. Podróżny, który go poprzedził, zajmował ostatni pokoik i nie mógł się lękać wyrugowania, jednakże spojrzał przez drzwi ciekawie na ten wjazd tak uroczysty, na który gospodyni krzyczała, gęsi piszczały i hałasowało, co żyło, ale ledwie okiem rzuciwszy na powóz i pana, zaraz się skrył w swojéj izdebce. Parfen korzystając tymczasem z przybycia powozu i rozruchu, jaki powstał, wśród którego i jemu coś cierpko przy mówiono, co najprędzej wziął się do nakładania szlei i nakiełznywania mierzynów. Nowy podróżny, tak uroczyście przyjęty, był młodym człowiekiem, i gdy z siebie pozrzucał gum elastyczne płaszczyki, kapturki, pelerynki, chustkę i rozmaite obwijadła, ukazała się z pod tego wszystkiego piękna postać paniczkowatego młodzieńca w kwiecie wieku, to jest dwudziestoletniego zaledwie, zręczna, miła i uderzająca prawie niewieścim swym wdziękiem. Wysmukły, urodziwy, szykowny, przybyły byłby zwrócił oko każdéj kobiety, szlachetnością rysów twarzy i słodkim wyrazem tęsknych swych oczów niebieskich. Bujny włos ciemno-blond, starannie utrzymany, okalał regularny owal, pełen arystokratycznego charakteru, wśród którego oczy ślicznie osadzone i łzawo spoglądające, nos delikatnie odznaczony, i usta smutno uśmiechnione stanowiły jednę z tych fizyognomij, jaką pospolicie artyści zwykli nadawać ideałowi, którego samoistnie pojąć nie chcieli i nie mogli. Twarz była bardzo piękna, ale pomimo to niemal pospolita, a wrażenie, jakie wzbudzała, graniczyło prawie z litością. Takie to było delikatne, słabe, wątłe, biedne, tak nie męskie!! Wąsik wprawdzie wysypywał się powolnie na wierzchniéj wardze, broda świeżo ogolona dowodziła, że rosnąć miała ochotę, ale pomimo te rysy, nawet piękność, a szczególniéj charakter typu tego był całkiem kobiecy. Gdyby siła, zebrałoby się było może temu lalkowatemu paniczowi na dobroć, ale dla braku jéj zdawał się tylko bojaźliwie łagodny... Ubiór jego, nadzwyczaj i przesadnie staranny, uderzał zwłaszcza w podróżnym; począwszy od aksamitnéj czapeczki do lakierowanych bucików, wszystko, co miał na sobie, nosiło cechę najwymyślniejszej elegancyi; a rączka, gdy ją z rękawiczki glansowanéj obnażył, ukazała się taka malutka, biała, tak wymuskana i wygładzona, jak gdyby nic w życiu prócz pukla włosów i batystowéj nie wzięła chusteczki. Strój zresztą był najwykwintniejszego smaku niewidny, jednobarwny, uszyty wygodnie, a krawiec naśladował w nim modę angielską, w któréj komfort stanowi całą niemal ozdobę. Surducik, kamizelka i reszta stroju były jednego koloru.
Wszedłszy do gościnnego pokoju, podróżny długo nie mógł się odważyć na położenie tego, co z siebie pozdejmował, na stole, na kanapie lub na krześle; z kolei oglądał te sprzęty pokręcając głową, chodził, szukał i na najczystszém z krzesełek podesławszy płaszczyk, w porządku poskładał resztę chustek i zdjętéj odzieży. W téjże chwili uczuł przejmujące zimno, które zwykle u nas i w lipcu po niezamieszkanych kryje się kątach, zimno często przykrzejsze od grudniowego, wstrząsł się i dobywszy cygarnicy, żywo przechadzać się począł, szukając nań lekarstwa w przyśpieszonym ruchu. Drugi pokój zajęty teraz przez przybyłego panicza, graniczył z izdebką, w któréj znajdował się pierwszy nasz podróżny, drzwi między niemi nie były nawet zamknięte, i przypadek zrządził, że zapalając cygaro ładny ów chłopak stanął oko w oko, progiem tylko oddzielony od pierwszego naszego podróżnego, który już burkę swą wdziewał i miał natychmiast wyjeżdżać.
Spotkały się ich spojrzenia, pierwszego śmiałe i życzliwe, drugiego dość bojaźliwe, ale pełne również dobroci; panicz wyjął z ust cygaro, zdawał się niezmiennie zdziwionym, zawahał się, ruszył, postąpił, zatrzymał i krzyknął wreszcie:
— Aleksy!
— Julian! — ozwał się głos z drugiéj strony progu.
W téjże chwili oba podróżni jedném uczuciem rzuceni, postąpili ku sobie i Aleksy, nasz dawniejszy znajomy, pierwszy próg przestąpił, przez który tradycyonalnie Słowianin się nigdy nie wita; namulana dłoń spotkała się z białą rączką, która równie jak ona drżała szczerém przyjacielskiém uczuciem.
Oczy obu zabłysły serdecznością, rozrzewnieniem prawie, jakie tylko wzbudzić może przypomnienie spędzonych razem chwil młodości, koleżeństwo na jednéj ławie lub w jednym obozie.
— Co ty tu robisz, Aleksy? — zapytał Julian z czułością — co za traf szczęśliwy! ty, tutaj?
— Mój drogi, poczciwy Julianie — odparł po chwili trochę zmieszany Aleksy — ja tu w okolicy mieszkam... niedaleko, o dwie mile....
— Jakto? dawno?
— Od powrotu z uniwersytetu...
— Gdzie?
— W Żerbach...
— W Żerbach? toż przecie mila mała od Karlina; widać z okien...
— Musi tak być, bo i ja z okien mojego domku patrzę na wasze pałace i ogromne drzewa waszego parku.
— Jakto? i dotąd aniś się o mnie dowiedział? — z wyrzutem rzekł Julian — a! — dodał upuszczając dłoń Aleksego — tegom się nie spodziewał! to się nie godzi!
Aleksy uśmiechnął się smutnie.
— Mój drogi Julianie — rzekł powoli — inna to rzecz poczciwa nasza ława uniwersytecka, która równa wszystkie stany, a inna świat, wśród którego żyjemy.
— Aleksy! w tém cię nie poznaję: ale o tém potém — rzekł Julian chwytając znowu jego rękę — wybierasz się jechać? dokąd?
— Do domu!
— Deszcz leje! wieczór nadchodzi! ja nocować muszę, już daruj, ale słowo ci daję, że cię nie puszczę... musisz zostać dla mnie!
Aleksy się zawahał, ale mu łza błysła w oku.
— Proszę cię, a w ostatku gotów-em użyć gwałtu — rzekł Julian przynaglając — nie odmawiaj mi! podwójnie smutno będzie mi w téj karczmie, jeśli mnie opuścisz, ja cię przecie wybadać muszę... nagadać się.. nacieszyć się tobą... zostaniesz! zostaniesz!
— Ale...
— Niema ale, Aleksy mój drogi, musisz wieczór przepędzić ze mną.
I tak naglił, tak prosił, tak się po dziecinnemu napierał pieszczoszek, że Aleksy uległ wreszcie, zrzucił burkę i choć Parfen mruczał zniecierpliwiony, pozostał.
Wieleż to tak razy w życiu urok tych złotych chwil młodości spędzonych w jednéj sferze, ogrzanych jedném wspólném uczuciem, zbliża ludzi, którychby nic w życiu nigdy połączyć nie potrafiło! Jest to węzeł niemal tak silny, jak związki krwi, które często targa interes, gdy przyjaźń szkolna opiera się nawet stosunkom pieniężnym, najdrażliwszym ze wszystkich, niestety! Spojrzawszy na tych dwóch młodych ludzi, tak od siebie różnych, tak rodzajem żywota oddzielonych, niepodobna się było domyślić, że ich cokolwiekbądź ściśle połączyć potrafi i da im na chwilę zapomniéć, że tak daleko w klasyfikacyi towarzyskiéj stali od siebie. Wspomnienia młodości dokazały tego cudu: siedli obok, dłoń w dłoń, oko topiąc w oku, zdając się oba szukać w sobie zmian, jakim ulegli od czasu rozstania, i milczeli długo, porównywując może obraz, który im pozostał z dobrych akademickich czasów, z tym, jakie im nastręczyło niespodziewane spotkanie.
— Mój Boże! jakżeś to, panie Julianie, wypiękniał, ale razem wydelikatniał! — zawołał Aleksy — jaki z ciebie paniczyk! jak znać, że ci ciężar doli nie dokucza, żeś swobodny i szczęśliwy!
Julian westchnął, na wykrzyknik ten odpowiadając równie naiwném postrzeżeniem.
— Az ciebie opalony gospodarz, mój Aleksy! szlachcic hreczkosiéj! zardzewiałeś, bracie, zadomowić się musiałeś, zapracować! Aleś zmężniał, pogrubiał, wyglądasz wyśmienicie!
Z kolei Aleksemu wyrwało się także lekkie, niepostrzeżone westchnienie.
— Obaśmy się odmienili — rzekł powoli — inaczéj być nie mogło, ja w pracy, ty w spoczynku...
— Więc nie poszedłeś drogą naukową?
— A ty zarzuciłeś dyplomatyczną karyerę, którą marzyli dla ciebie?
— Ja musiałem przyjść w pomoc matce — rzekł Aleksy.
— Mnie interesa znagliły pozostać w domu, jestem głową rodziny.
— I ja także.
Spojrzeli w oczy i znowu ścisnęli dłonie uśmiechając się do siebie...
— Mój Boże! ile to zmian! — zawołali obydwa.
— Patrz — rzekł Aleksy — zdaliśmy się równymi sobie siedząc na ławie, która wobec nauki schylała wszystkie głowy; dziś gdyby nie pamięć tego braterstwa, jakże daleko stalibyśmy od siebie; ja pomiędzy najskromniejszemi pracownikami, których powołaniem produkować chleb powszedni; ty wśród tych, co zapewnione mając potrzeby codzienne, mogą spoczywać, marzyć, myśléć i duchem tylko pracować dla siebie.
— Wszystkie powołania — odparł żywo młody człowiek — równe są sobie, zdaje mi się, w obliczu społeczności, gdy się spełniają z poświęceniem, z pojęciem ich ważności i pożytku; na co siać niezgodę między braćmi! na co między niemi szukać różnicy!
Aleksy się uśmiechnął.
— Tak, młodsi i starsi — odparł — bracia jesteśmy, ale praw pierworodztwa i niedołęstwa młodości nic nie zetrze; wszystkie te rozprawy o porównaniu stanów doskonale wyglądają na papierze, a w świecie zastosować się nie dają. Nie możemy być równi w rzeczy, jak jesteśmy równi w obliczu prawa, Boga i śmierci... to darmo!
— Skądże ci to zdanie? — zawołał Julian.
— Z doświadczenia, mój drogi, z doświadczenia...
— Przyznasz przynajmniéj, że ukształcenie duchowe najlepiéj nas porównywa i braci, że przy niém niknąć muszą różnice stanów i położeń towarzyskich?...
— Nie żyjemy na nieszczęście duchem samym; są chwile porównania, są dla upośledzonych nawet chwile wyższości, ale żywot codzienny dzieli tych, których się dłonie splotły przypadkowo.
— To zdanie — zawołał Julian — tłómaczy mi już dlaczego o milę mieszkając od Karlina, patrząc z okien Żerbinieckiego dworku na zielone drzewa naszego ogrodu, ani próbowałeś przypomnieć sobie, że tam masz przyjaciela!
— Myślisz, że mi to kiedykolwiek wyszło z pamięci? — rzekł Aleksy — mylisz się... pamiętałem o tobie, może wzdychałem nieraz do towarzystwa twego, alem się umiał powstrzymać od pokusy.
— Przyznam ci się, że przyczyn nie rozumiem!
— Bo nie pojmujesz tego, ile różnicy robi między ludźmi ich położenie towarzyskie, obowiązki, kółko, w którém się obracają, sfera, w któréj żyją. Powinniśmy żyć tylko z równemi sobie; w stosunkach, miłych bardzo z temi, którzy mają więcej i żyją inaczéj, znajdziemy chwile rozkoszne, ale je opłacić musimy upokorzeniem lub smutkiem.
— Stara duma szlachecka mówi przez ciebie.
— Nie, młode doświadczenie, mój bracie... trzeba się często wyrzec słodyczy, które grożą upojeniem. Dla ciebie towarzystwo moje byłoby, nie przeczę, chwilową rozrywką miłą; tobieby może nieprzykrym był widok człowieka, coby w prostéj burce i szaraczkowym surducie wsunął się do twoich salonów; wniósłby z sobą nowy żywioł, rozmarszczyłby czoło twoje; — ale ja? Mimowolnie musiałbym się rozpieścić, rozpróżnować, rozmarzyć, pozazdrościć i nabyć uczucia, którego znać nie chce serce moje. Niczém ci się zdaje ten stosunek codzienny dwóch ludzi, których położenia są ogromnie różne; ja w nich widzę groźbę dla siebie i z obawy samolubnéj nie jadę do Karlina...
— To coś zanadto mądrze pomyślano, i jak na młodego, nazbyt okazuje przezorności, kochany Aleksy, a zdaje mi się, w dodatku, że jesteś w błędzie. Czemuż nie przypuścisz, że jabym mógł zmężnieć przy tobie, a posądzasz się, że sam rozpieścićbyś się musiał? Czemu nie rachujesz na wpływ własny, a boisz się ulegać cudzemu?
— Bo znam człowieka — rzekł Aleksy — a szczególniéj siebie. Położenie moje nie jest normalne, zanadto mam myśli i ducha do pługa i brony, silę się, by podołać bez westchnienia i żalu obowiązkom moim; cóż dopiero gdybym miał przed oczyma obraz, któryby co chwila budzić musiał we mnie zazdrość, żale i politowanie nad sobą?
— Nie jesteś więc szczęśliwy? — zapytał Julian z czułością.
— Nie narzekam — rzekł Aleksy — i przekonany jestem, że w każdym stanie suma szczęścia i cierpienia do osiągnienia człowiekowi dana jest równa... od niego zależy ją otrzymać. Ale na to właśnie potrzeba zróść się i wcielić w stan swój, a odwrócić oczy od tego, którego serce pragnie, gdy go osiągnąć niepodobna.
— Tak, masz słuszność — rzekł Julian — w każdym stanie, w każdém położeniu są troski nierozdzielne od bytu człowieka! — Westchnął. — Mówmy o czém inném, rozpowiedz mi swoje dzieje!... Ja ci się z moich wyspowiadam; zaraz nam podadzą herbatę, zapalimy cygara, i pośmiejemy się jak za lepszych dni naszych — ces beaux jours où nous étions si malheureux!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.