Dusza Zaczarowana/I/Część druga/1

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Romain Rolland
Tytuł Dusza Zaczarowana
Podtytuł I. Anetka i Sylwja
Część druga
Data wydania 1927
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Lwów; Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Tytuł orygin. L’Âme enchantée
Podtytuł oryginalny I. Annette et Sylvie
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: Pobierz Cała część druga jako ePub Pobierz Cała część druga jako PDF Pobierz Cała część druga jako MOBI
Cała księga I
Pobierz jako: Pobierz Cała księga I jako ePub Pobierz Cała księga I jako PDF Pobierz Cała księga I jako MOBI
Indeks stron

Zaczął się październik szary i ciepły. W powietrzu zmilkly wszystkie szmery. Padał deszcz zwolna, jakoś prosto, nie spiesząc się, nie siekąc. Z mokrej ziemi szedł zapach gorący, zmysłowy, niosąc woń dojrzałych owoców, w piwnicach schowanych, i winogradu w tłoczni...
Obie siostry siedziały przy otwartem oknie willi wiejskiej Rivière’ów, w Burgundji, naprzeciw siebie i szyły. Głowy spuściły nad robotą i zdawało się, że chcą w siebie uderzyć czołami krągłemi, bez zmarszczki. Czoło Sylwji wypukłe było, lecz drobniejsze, zaś silniej zarysowane było czoło Anetki, u pierwszej wyrażało ono kaprys, u drugiej upór. Koza i jałowica. Gdy podniosły głowy, zamieniały spojrzenie porozumienia. Języki spoczywały po całodziennem dzwonieniu. Rozmyślały teraz nad tem, co je gorączkowało, unosiło, rozważały dawniej wyrzeczone słowa, oraz wszystko, co wzięły od siebie i czego się nauczyły w dniach minionych. Oddały się bowiem teraz niepodzielnie i chciwie zadaniu brania od siebie i dawania sobie wzajem wszystkiego. Zamilkły wreszcie, by lepiej myśleć o owych ukrytych skarbach.
Daremnie jednak chciały wszystko widzieć i posiąść, w rezultacie pozostały dla siebie zagadką. Niewątpliwie każda istota jest dla drugiej zagadką i to stanowi właśnie urok. Ileż rzeczy w każdej, których druga nie zrozumie nigdy. Mówiły sobie (bo wiedziały o tem):
— Cóż znaczy zrozumieć? Zrozumieć, to znaczy wyjaśnić. Nie potrzeba tłumaczyć, by kochać.
A jednak to ma wielkie znaczenie, gdyż nie rozumiejąc, nie można brać wszystkiego. Przytem, jakżeż to one kochały? Nie miały tego samego sposobu kochania. Obie córki Raula Rivière odziedziczyły po ojcu bogatą naturę, ale u jednej przejawiała się ona skupieniem, zaś u drugiej w ciągłem trwała rozpraszaniu się. Nic nie jest tak różne u dwu sióstr, jak miłość. Sylwja odznaczała się swobodą w objawach czułości, była roześmiana, trzpiotowata, bezczelna, ale w gruncie bardzo rozsądna, ruchliwość nie przeszkadzała jej zachować kierunku, trzepotała skrzydełkami, ale latała jeno wokół swego gołębnika. Dziwny demon miłości, żyjący w Anetce, o którego istnieniu dowiedziała się dopiero od pół roku, został przez nią okiełznany, usiłowała go skryć, bojąc się go, bowiem instynkt mówił jej, że nie zostanie przez ludzi zrozumiana. Eros siedział w klatce, z oczyma zawiązanemi, niespokojny, chciwy i zgłodniały, kaleczył się o kraty świata i, milcząc, żarł powoli serce, w którem był zamknięty! Nieustanne ukąszenia milczkiem, nieznacznie zaczynały wstrząsać umysłem Anetki, czuła szum odrętwienia bolesnego, nie pozbawionego uczucia rozkoszy. Rozkosz tę samą odnajdywała we wrażeniach niemiłych, jak w dotknięciu szorstkiej materji, kańciastego mebla, czy chłodnego, wilgotnego muru. Żując gorzką korę gałązki, którą gryzła, zatracała chwilami świadomość własnego istnienia i czasu, a owo omdlenie trwało Bóg wie jak długo, ćwierć sekundy, czy godzinę. Budziła się zeń pospiesznie, pełna podejrzliwości i wstydu, czując niedostrzegalne spojrzenie Sylwji, która, niby to pracując, śledziła ją złośliwie z pod oka. Sylwja milczała, ni jedna, ni druga nie ruszały się z miejsca, a jednak fale płomieni jawiły się na policzkach Anetki. Sylwja, nie rozumiejąc dobrze, węszyła małym swym noskiem za owem życiem wnętrznem, śpiącem na słońcu, które nagłym rzutem cofało się i rzucało wgłąb, niby jaszczurka pod liśćmi. Uważała starszą siostrę za dziwaczkę, potrochu bezświadomą istotę, różniącą się od całego świata... Dziwiły ją w niej nietyle wybuchy namiętności, nagłe rozpłonienia i te przejścia duchowe, jakich się domyślała, ile tragiczna wprost powaga, jaką wkładała we wszystko. Tragizm? Ach, cóż za pomysł? Powaga? Cóż po niej? Rzeczy należy brać jak są. Sylwji nie wprawiały w zakłopotanie tysiączne fantazje, przelatujące jej przez głowę. Przelecą i znikną. Wszystko, co dobre i miłe, jest proste i naturalne. A to, co niedobre i niemiłe, jest również takie same. Zresztą, dobre czy niedobre, świstam na to, przejdzie i basta. Pocóż robić tyle ceregieli? Niewiadomo, naco tak zacietrzewiona Anetka daje nura w gęstwę myśli gorących, czy zimnych, w tę gmatwaninę pożądania i strachu w ową stertę namiętności i wstydliwości, nagromadzonych po wszystkich zakamarkach?... Któż ją raz odkorkuje? Mimo jednak, że była tak anormalna, przesadna i niezrozumiała, bawiła Sylwję, intrygowała ją, pociągała, i z tych właśnie powodów kochała ją bardziej jeszcze...
Długie milczenie brzemienne było w niepokojące zagadki. Sylwja wyrwała się zeń raptownie, zaczynając pleść trzy po trzy. Paplała prędziutko, cichutko, wetknąwszy nos w robotę, jakby na nią miotała klątwy. Mamrotała litanję drobnych, szaleńczych słówek, artykułowanych przeważnie na i, były to jakieś kikikiki, świegoty, wyrażające rozradowanie. Potem nagle przybierała minę poważną, jakby chciała pytać: — Kto? Ja? Ależ ja nic nie zrobiłam! — To znów gryząc nitkę, nuciła falsetem, przez nos jakąś arcygłupią romancę, gdzie była mowa o kwiatach, lub „ptaszkach pleciugach“. Nakoniec opowiedziała dykteryjkę, przerywając ją, ze złośliwą, niewinną minką grzecznego dziecka, jakiemś grubszem świństewkiem.
Anetka podskoczyła napoły rozweselona, napoły gniewna, wołając:
— Dajże spokój!
To im ulżyło. Powietrze drgnęło powiewem. Cóż zależy na słowach? Głos, podobnie jak ręce, przywraca kontakt. Wracamy do siebie. Gdzieżeśmy byli? Strzeżmy się milczenia! Czy wiesz, gdzie cię może unieść na skrzydłach w ciągu jednej sekundy? Mów do mnie. Ja będę do ciebie mówił. Trzymam cię. Trzymaj mnie mocno!...
Trzymały się mocno, zdecydowane nie puścić się, bez względu na to, coby zaszło. Okoliczności nie mogły zmienić zasadniczego faktu. — Ja jestem ja. Ty jesteś ty. Mieniamy się. Na tem koniec i basta. Niema zwrotów! — Był to dar wzajemny, milczący kontrakt, rodzaj zaślubin dusz, tem donioślejszy, że nie ciężył na nich żaden przymus zewnętrzny, ni zobowiązanie pisemne, ni sankcja religijna, czy cywilna. Różniły się, ale to nie stanowiło przeszkody. Myli się ten kto twierdzi, że najtrwalsze związki oparte są na powinowactwie, czy też kontrastach. Tak nie jest, idzie tu o akt wnętrzny, który brzmi: — Wybrałem, chcę i ślubuję. — Tylko akt taki winien być solidny, ukuty mocno, twardą, obopólną decyzją, jak to uczyniło dwoje dziewcząt o wydatnych czołach. — Mam cię i nie mam mocy ani oddać cię, ani wziąć zpowrotem. Pozatem wolno ci kochać kogo chcesz, czynić co chcesz, robić szaleństwa, dopuścić się nawet jakiejś pomniejszej zbrodni, jeśli masz ochotę (wiem, że nie uczynisz tego, ale mniejsza...!) a wszystko to nie naruszy paktu! — Niechże to wytłumaczy kto! Skrupulatna Anetka, mając odwagę dotrzeć do krańca swego rozumowania, musiałaby przyznać, że nie posiada żadnej pewności co do wartości moralnej Sylwji i jej czynów przyszłych. A Sylwja, patrząca jasno, nie byłaby włożyła ręki w ogień, przysięgając, że Anetka nie uczyni kiedyś czegoś strasznego wprost. Ale to obchodzić mogło ludzi postronnych jeno, nie zaś obie siostry. One obie były pewne i miały do siebie wzajem zaufanie absolutne. Reszta świata mogła sobie robić, co chciała. Cokolwiekby uczyniły, od chwili, gdy to nie mogło naruszyć ich wzajemnej miłości, przebaczyły sobie wzajem wszystko, z zamkniętemi oczyma.
Nie było to może zbyt moralne, ale mniejsza z tem... Znajdzie się jeszcze czas i na moralność.
Nieco pedantyczna Anetka, znająca życie z książek, co jej zresztą nie przeszkadzało odkrywać je na nowo, potem (bo życie ma zgoła inny ton, gdy się je słyszy poza sferą książki) wspomniała piękny wiersz Szylera:[1]
O synowie moi, świat pełen jest kłamstwa i zdrady, a każdy jeno siebie kocha. Wszystko, kruchem szczęściem splecione, niepewne jest. Co kaprys złączył, drugi kaprys rozłączyć może. Sama jeno przyroda szczera jest, ona jedynie na fundamentach spoczywa niewstrząśnionych. Wszystko inne, z falami chyboce się burzliwemi... Skłonność daje ci przyjaciela, interes — towarzysza. Szczęsny ten, któremu urodzenie daje brata... we dwu się bowiem wówczas opierać mogą wspólnie walkom i zdradzie tego świata...
Sylwja nie znała, oczywiście, tego wiersza i byłaby uznała, że zawiera zanadto słów mętnych, zgoła zbytecznych dla wyrażenia tak prostego uczucia. Patrzyła na Anetkę, która, przestawszy pracować, spuściła czoło, na jej silny kark, jej bujne, falą spływające włosy i pomyślała:
— Znowu marzy moja dziwaczka, znowu wlazła po uszy w swój kufer szaleństw. Ach, czegoż tam niema! Na szczęście jestem teraz przy niej! Odtąd nie otworzy go bez mego zezwolenia...
Młodsza siostra miała przesadne nieco zresztą przekonanie, że posiada więcej zdrowego sensu i doświadczenia. Powiedziała sobie:
— Zaopiekuję się nią!
Powinna była przedewszystkiem zaopiekować się sobą. Miała i ona swój kufer szaleństw. Tylko znała je wszystkie dobrze i zgóry traktowała, jak kamienicznik swych lokatorów. Dawała im mieszkanie, ale nie darmo... zapłać, a potem rób co chcesz! Póki szło o nią samą, nie miało to wielkiego znaczenia, poradzić sobie mogła tak, czy owak... Teraz jednak szło o opiekę nad drugą, więc było to uczucie nowe i arcyprzyjemne...
Anetka, która siedziała z opuszczoną głową, porzuciwszy robotę, oddawała się tym samym marzeniom. Myślała:
— Moja mała, szalona, droga siostrzyczko! Szczęściem przybyłam na czas, by tobą pokierować.
Zaczęła snuć plany, zaiste cudne plany przyszłości Sylwji, tylko, niestety, nie pytała jej wcale o zdanie.
Gdy już każda z nich dostatecznie obmyśliła szczęście drugiej (rozumie się i swoje też w dodatku), zawołała Sylwja:
— Ach! Złamałam igłę. Już nic nie widać!
Porzuciły robotę i wyszły razem, by sobie rozprostować nogi. Szły wśród deszczu, okryte jednym płaszczem, i dotarły aż do końca ogrodu pod zapłakane drzewa tracące swe włosy. Zjadły kilka winnych gron, tem smaczniejszych, że były mokre, a przez cały czas rozmawiały ustawicznie. Nagle umilkły, nadsłuchując i wdychając wiatr jesienny, woń dojrzałych owoców (chciałoby się to zjeść), zwiędłych liści, mdłe światło październikowe, gasnące już o czwartej, milczenie zaśnionych pól, ziemię pijącą deszcz, noc...
Potem wróciły, trzymając się za ręce, jak wraca na spoczynek przyroda, w której tętni trwożna, a płomienna nadzieja wiosny, zagadka przyszłości...



Przypisy

  1. Wiersz ten podajemy, stosownie do brzmienia jego w oryginale książki R. Rollanda, prozą. (Przyp. tłum.)


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Romain Rolland i tłumacza: Franciszek Mirandola.