Dotrzymuj słowa (Niewiadomska)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Dotrzymuj słowa
Data wydania 1908
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI}
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Dotrzymuj słowa.



Gucio był najmłodszy z rodzeństwa, i wszyscy w domu kochali go i pieścili, ponieważ był to naprawdę bardzo dobry chłopczyk. Uczył się pilnie, dla każdego grzeczny, uprzejmy, każdemu usłużył chętnie: temu pożyczył książki, tamtemu ustąpił nowej zabawki, innemu oddał przysmaczek, jakże nie kochać takiego »Dobrutka?« Miał on przecież jedną wadę: nic nie można było liczyć na jego obietnice.
— Pójdźmy, Irenko, do ogrodu — tak ślicznie! — prosił starszej siostrzyczki.
— A lekcje już zrobiłeś?
— Zrobię wieczorem, Helenko.
— Wieczorem kto przyjdzie, albo będziesz zmęczony.
— Zrobię napewno, słowo daję! — wołał Gucio. — Możecie mi wierzyć obie.
— Najpierw: nie dawaj słowa — upominała Irenka, bo nie umiesz go jeszcze dotrzymać, a potem —
Ale Gucio rzucał się na szyję siostrze, ściskał, całował i tak ładnie prosił, że siostry same wstawiały się za nim do mamy. Mama pozwalała.
Tymczasem wieczorem przyszedł zwykle kto z gości, starsi byli zajęci, nie mieli czasu go pilnować, i Gucio tak długo odkładał naukę, aż mu się spać zachciało.
Wstanę jutro raniutko — myślał sobie. — Ale raniutko zaspał, a potem był wstyd.
Albo mama wychodzi wieczorem.
— Mój Guciu — prosi — idźże spać o 9-ej, słuchaj Kasi, nie czytaj długo, bo znowu będziesz jutro niewyspany, a do lekcji wstać trzeba.
I Gucio obiecywał, przyrzekał najszczerzej, że zamknie książkę o wpół do dziewiątej, chociażby nawet nie skończył powiastki.
Ale nazajutrz zwykle Kasia narzekała, że i do dziesiątej zeszło, nim się spać położył.
Był też dosyć nieporządny. Ileż to razy przyrzekał mateczce, że będzie pisał starannie, — ale gdzie tam! Dziś obiecał, a jutro znowu przyniósł naganę z kaligrafji; kajety zaś miał takie, że wstyd było pokazać je komu.
I co tu robić z takiem niepoprawnem dzieckiem?
Razu jednego do rodziców Gucia przyjechał stryj Ksawery i przywiózł synka swojego, Zygmusia, który miał mieszkać razem i uczyć się z Guciem.
Zygmuś był trochę starszy, ale nietaki zdolny, więc mniej nawet umiał od Gucia. Na pierwszej lekcji Gucio ciągle odpowiadał, a Zygmuś słuchał tylko i podziwiał, jak ten malec dużo umie!
Zato kajety Zygmusia daleko były porządniejsze, i Gucio wstydził się niezgrabnych liter, przekreślań i kleksów.
No — pomyślał sobie w duszy — teraz to już napewno się poprawię.
I pierwszy raz w życiu tego dnia tak się starał, tak uważnie pisał każdą literkę, że mama prawie nie poznała jego pisma. On sam był dumny, że mu się tak udało, i przyrzekł mamie przy Zygmusiu i siostrach, że odtąd zawsze tak porządnie pisać będzie.
— Znów obiecujesz, Guciu — rzekła mama — wolałabym już, żebyś nie przyrzekał wcale, bo znów nie dotrzymasz obietnicy.
Gucio się zaczerwienił, gdyż spostrzegł, że Zygmuś dziwnie na niego patrzy.
— Zobaczy mama, że umiem dotrzymać słowa — rzekł poważnie.
Mama się uśmiechnęła, lecz nic nie odpowiedziała, Gucio zrozumiał przecież, że mu niedowierza, i przykro mu to było; wstydził się też Zygmusia, bo już nieraz się przekonał, że stryjeczny jego braciszek w najmniejszej rzeczy dotrzymuje słowa.
Tak się też uparł, że przez cały tydzień pisał nietylko porządnie, lecz ładnie; podziwiała go mama, siostry, nauczyciel, a on zapytał cicho:
— A co, mateczko, dotrzymałem słowa?
— Dotrzymałeś, synku, ale czy to długo tak będzie?
— Zawsze, mateczko.
Mama ucałowała swojego pieszczoszka i pomyślała sobie, że może naprawdę Gucio zrozumiał wreszcie, co to znaczy dać słowo.
Była to sobota, wiosna, dzień prześliczny, wszędzie zielono, świeżo, na niebie ani chmurki, wietrzyk taki ciepły, lekki, pieszczotliwy, w powietrzu pełno zapachu kwiatów i ziół.
— Miałbym ochotę przejechać się z wami za miasto — rzekł ojciec — tylko nie wiem, czy dzieci mogą?
— Ojczulku, tatku, jutro przecież niedziela — wołały dzieci — zdążymy nauczyć się lekcji.
— I nabazgrać po dawnemu, prawda, Guciu?
— Nie, ojczulku, dałem słowo.
— No, to pojedziemy.
Pojechali do Wilanowa, gonili się po parku, zwiedzili pałac, pływali łódkami po Wiśle, i tak im było wesoło, jak nigdy. Wrócili późno wieczorem zmęczeni, lecz w doskonałych humorach.
— Jutro trzeba się dzielnie zabrać do roboty — rzekł Zygmuś już w łóżeczku.
Naturalnie — odparł Gucio.
Tymczasem z samego rana przyszedł Staś powiedzieć, że ciocia Julcia zaprasza wszystkich na podwieczorek. Ciocia Julcia miała śliczny dom z ogrodem, i dzieci niezmiernie lubiły tam chodzić, to też radość była wielka.
— Ale jakże będzie z lekcjami? rzekł ojciec.
— Zaraz się do nich weźmiemy — odpowiedział Gucio. — A jeśli nie zdążymy, to zostaniemy w domu obaj z Zygmusiem i przyjdziemy trochę później. Do cioci tak bliziutko, nieraz sam chodziłem.
I tak się stało. Chłopcy nauczyli się z rana wszystkiego, zostało im tylko pisanie, jakieś pół godziny pracy. Rodzice więc z siostrami poszli naprzód, usprawiedliwić przed ciocią opóźnienie siostrzeńców, a Zygmuś i Gucio zabrali się do roboty. Mimowolnie jednak Gucio spieszył się trochę, a z pośpiechu to wiadomo, co bywa z pisaniem. Przypominało ono bardzo dawne czasy.
Wtem Zygmuś spojrzał mu w kajet.
— Guciu! zawołał z przerażeniem. Co to?
Gucio się zaczerwienił. Zły był na siebie, na pisanie, na Zygmusia, na cały świat.
— Więc cóż? — rzekł hardo.
Zygmuś spojrzał na niego i uśmiechnął się dziwnie.
— Nie wiedziałem, żeś kłamcą.
— Kłamcą! — krzyknął Gucio, odskakując od stołu z zaciśniętemi pięściami i iskrzącym wzrokiem. — Ja nie kłamię! Nigdy nie kłamię! Nigdy! wołał z oburzeniem, czując się blizkim płaczu.
Zygmuś ruszył ramionami.
— Jakto nie kłamiesz? — rzekł spokojnie. — Kto słowa nie dotrzymuje, komu wierzyć nie można, to czemże jest? Obiecałeś rodzicom poprawę, a spojrzyj na ten kajet. — To przecież kłamstwo.
Gucio porwał kajet i wydarł całą kartkę; potem rzucił go na ziemię.
— Nie masz się czego złościć — mówił Zygmuś — złość nic nie pomoże; — ja skończyłem już swoje, pójdziemy razem, czy jeszcze zostaniesz?
— Nie pójdę z tobą, niecierpię cię, nienawidzę, — idź sobie!
I Zygmuś poszedł, a Gucio rzucił się na sofę i płakał głośno i długo.
Nakoniec wstał, otarł oczy, podniósł kajet z podłogi i zasiadł do pisania. Pisał tak wolno, jakby cioci Julci nie było na świecie, — zaciął zęby, rumieńce na twarz mu wystąpiły, oczy błyszczały. Skończył i spojrzał na kajet: pisanie było tak ładne, jak żadne w zeszłym tygodniu. Uśmiechnął się uszczęśliwiony, złożył porządnie książki, umył ręce i śpiewając, wybiegł na schody. Tak mu było wesoło, że pragnął co prędzej uściskać kogoś.
Na schodach siedział Zygmuś.
— A ty co tu robisz?
— Czekam na ciebie.
— Poco?
— Nie chciałem, żeby mnie pytali, dlaczego sam przyszedłem.
Gucio zarzucił ręce na szyję Zygmusia i ucałował go serdecznie.
— Dziękuję ci — rzekł — nie za to, że tu na mnie czekałeś. Jesteś prawdziwym moim przyjacielem. Teraz już wiem napewno, że nigdy nie złamię słowa.
I rzeczywiście tak było. Gucio stał się tak słownym, że za przykład go dawano. Nie zapomniał nigdy o najdrobniejszej obietnicy, bo zaraz przypominały mu się słowa Zygmusia; wszyscy mu też wierzyli i kochali go bardziej jeszcze.
On sam zaś był najszczęśliwszy, Zygmusia pokochał jak brata, i gdy chwalono jego słowność, zawsze mówił:
— Zawdzięczam to Zygmusiowi.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.