Don Kiszot z la Manczy i jego przygody/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor z Cervantesa streścił Zbigniew Kamiński
Tytuł Don Kiszot z la Manczy i jego przygody
Data wydania 1900
Wydawnictwo Wydawnictwo M. Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XVIII.
PIECZARA MONTEZYNOS I PRZYGODA Z LALKAMI.

W dalszej drodze Don Kiszot i Sanczo Pansa napotkali studenta i dowiedzieli się od niego, że mało co zbaczając, mogą zobaczyć pieczarę Montezynos.
— Cóż tam jest w tej pieczarze? — zapytał Don Kiszot.
— Nikt w niej nie był — odpowiedział student — ale właśnie dlatego dziwy o niej prawią.
— Nikt w niej nie był? To ja będę! — zawołał rycerz.
W najbliższej wiosce kupili długi sznur i udali się do sławnej jaskini.
Wejście do niej tak było zarośnięte krzakami, że Don Kiszot musiał szablą przerąbywać sobie drogę do ciemnego otworu, ziejącego chłodem piwnicznym. Jeszcze był zajęty tą robotą, kiedy łoskotem spłoszone, wyleciały z jaskini kruki, wrony, sowy, od wieków może spokojnie tam mieszkające, i zbitą gromadą wpadły na rycerza z taką gwałtownością, że go z nóg zwaliły.
Ale nieustraszony rycerz zerwał się i machał szablicą wśród gąszczu, aż zrobił dostęp swobodny.
Daremnie błagał go wierny giermek o zaniechanie przedsięwzięcia, którego skutków nikt nie mógł przewidzieć.
— Choćbym miał walczyć ze smokiem piekielnym, to się nie cofnę! — wygłosił stanowczo Don Kiszot.
Dwaj towarzysze, Sanczo i student, przepasali go sznurem i zaczęli zwolna spuszczać. Po jakimś czasie uczuli, że na sznurze ubyło ciężaru, a Don Kiszot nie dawał umówionego znaku. Jednakże ciągle sznur spuszczali, dopóki cała jego długość, wynosząca sto sążni, nie zanurzyła się w jamie; koniec tylko pozostał w ich rękach. Ciągle jednak nie było żadnego znaku. W niepokoju przesiedzieli pół godziny, to jest czas umówiony przedtem z Don Kiszotem, i zaczęli sznur podnosić do góry. Lekki był, jak poprzednio. Dopiero, kiedy wyciągnęli więcej niż połowę linki, znowu poczuli ciężar. Ucieszyło ich to bardzo.
— Jeżeli rycerz zakończył życie w jaskini, to przynajmniej zwłoki jego wydobędziemy — rzekł student.
Jakoż nareszcie ukazał się Don Kiszot, bezwładny i znaku życia nie dający. Kiedy go ułożyli na trawie, z radością dostrzegli, że dyszy. Dłuższy czas musieli się mozolić, zanim go do przytomności przyprowadzili.
Don Kiszot błędnemi oczyma spojrzał dokoła siebie, wzdrygnął się na widok jasnego nieba nad głową i przemówił.
— Czemuście mię wydobyli z miejsca tak czarownie pięknego i ze stanu takiej błogości, że podobnego żaden człowiek śmiertelny nie zaznał?
— Czybyśmy czego nie przekąsili, rycerzu? — odezwał się Sanczo — bo przyznam się, że jestem głodny okropnie.
Don Kiszot zgodził się na to i wszyscy trzej dobrze sobie podjedli. Następnie rycerz opowiedział, co widział w pieczarze.
— Kiedyście mnie spuszczali, ciemność mnie ogarnęła. Kiedy niekiedy tylko spotykałem blask, dochodzący z góry przez jakieś rozpadliny i szczerby. Pod mojemi nogami była przepaść niezgłębiona. Ale w ścianie zauważyłem otwór, do którego wszedłem, żeby sobie odpocząć i ciekawość zaspokoić. Przez ten otwór dostałem się do jaskini obszernej. Wołałem stamtąd na was, żebyście się zatrzymali, ale głos mój zapewne do was nie doszedł, bo lina ciągle się spuszczała. Zebrałem ją w duży pęk i usiadłszy, położyłem na tym pęku głowę. Zaledwo się zdrzemnąłem, kiedy zbliżył się do mnie starzec z brodą białą jak mleko, który, nie wiem jakim sposobem, przeniósł mnie odrazu do pałacu kryształowego. W tym pałacu były sale z alabastrowemi ścianami. Dokoła roztaczał się prześliczny ogród. Wszędzie jaśniało dziwne światło, którego blask stawał się coraz jaśniejszym. Nagle przy smętnych dźwiękach muzyki zjawił się w ogrodzie rój kobiet, idących jakby na procesji. Starzec powiedział mi, że nazywa się Montezynos, że i ta pieczara od niego przybrała nazwisko, że on, jak również te księżniczki i królewny, które po ogrodzie chodzą, i mnóstwo rycerzy, którzy później wystąpią, są zaczarowani i oczekują przybycia znakomitego rycerza, mającego ich oswobodzić. Zaledwo ta procesja przeciągnęła, kiedy, oglądając się za nią, ujrzałem na murawie trzy panny pląsające. Wszystkie były urodziwe, ale jedna z nich przecudnej piękności. Poznałem w niej Dulcyneę z Tobozo, również zaczarowaną.
— A jakżeście ją poznali, rycerzu? — zapytał niedowierzający Sanczo. — Przecież kiedyście ją widzieli koło Tobozo, to wydała się wam bardzo brzydką i ordynarną.
— Ale teraz w podziemiu, chociaż śliczna, ubrana była, podobnież jak jej towarzyszki, w te same suknie, które zapamiętałem od czasu spotkania. Przytem i Montezynos potwierdził, że to Dulcynea. Prosił mnie zarazem, żebym opowiedział to wszystko, co widziałem w pieczarze, gdy tylko powrócę na ziemię. Właśnie chciałem się z nim naradzić, jakimby sposobem zdjąć czary z takiego mnóstwa osób, kiedy naraz coś stało się ze mną, pałac, ogród i wszystko znikło i... i... ocknąłem się między wami.
— Śniło wam się to wszystko, rycerzu — zarzucił Sanczo.
Ale Don Kiszot pogniewał się na tę zuchwałą uwagę i kazał giermkowi milczeć, zamiast rozprawiać o tem, czego sam nie widział i o czem nie może mieć dokładnego pojęcia.
Kiedy odjeżdżali, Don Kiszot rzucił na jaskinię tęskne spojrzenie, jakby z żalem z nią się rozstawał.
Przed wieczorem przybyli do jakiejś oberży, w której postanowili przenocować. Zastali tam teatrzyk marionetek czyli lalek ruchomych, których właściciel przysposobił się właśnie do przedstawienia.
Z ciekawością patrzyli zgromadzeni, jak lalki, poruszane za pomocą nitek, biegały, poruszały rękami, słowem, zachowywały się jak żywe.
Teatr przedstawiał pole bitwy między wojskiem chrześcijańskiem a mahometańskiem. Liczba mahometan była przeważająca i Don Kiszot uczuł obawę, że chrześcijanie ulegną.
— Stójcie! — zawołał — i przestańcie zabijać chrześcijan, bo jeżeli nie, to będziecie mieli ze mną do czynienia!
W samej rzeczy wydobył szablę i zaczął wściekle płatać lalki. Byłby sprawił okropną kąpiel krwawą, gdyby to były żywe istoty.
Właściciel teatrzyku błagał o zaniechanie tej rzezi martwych lalek, ale Don Kiszot nie słyszał go nawet w zapale. Widzowie pouciekali, a on sam spoczął dopiero wtenczas, kiedy z teatrzyku i lalek były już tylko drzazgi. Bez tchu prawie oparł się na swoim mieczu i po chwili milczenia wykrzyknął.
— Byliby wymordowali wojsko chrześcijańskie, gdyby mnie tu nie było! Niech żyją błędni rycerze!
— A niech żyją — odpowiedział właściciel teatrzyku — ale niech mi zapłacą za szkody i straty. Niech mi zapłacą za moje lalki, za ich ubiory i za teatrzyk.
— Jakie lalki? jakie ubiory? jaki teatrzyk? — zapytał Don Kiszot zmieszany.
Raz jeszcze przyjrzał się pobojowisku i oznajmił, że to z pewnością czarownik zaślepił go tak, iż lalki wziął za żywych ludzi, a przedstawienie za prawdziwą bitwę.
Nic innego nie pozostawało, jak tylko wydobyć pieniądze i dobrze zapłacić za szkodę.

Don Kiszot, zawstydzony, poszedł spać, złorzecząc swemu losowi.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Zbigniew Kamiński, Miguel de Cervantes y Saavedra.