Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tał niedowierzający Sanczo. — Przecież kiedyście ją widzieli koło Tobozo, to wydała się wam bardzo brzydką i ordynarną.
— Ale teraz w podziemiu, chociaż śliczna, ubrana była, podobnież jak jej towarzyszki, w te same suknie, które zapamiętałem od czasu spotkania. Przytem i Montezynos potwierdził, że to Dulcynea. Prosił mnie zarazem, żebym opowiedział to wszystko, co widziałem w pieczarze, gdy tylko powrócę na ziemię. Właśnie chciałem się z nim naradzić, jakimby sposobem zdjąć czary z takiego mnóstwa osób, kiedy naraz coś stało się ze mną, pałac, ogród i wszystko znikło i... i... ocknąłem się między wami.
— Śniło wam się to wszystko, rycerzu — zarzucił Sanczo.
Ale Don Kiszot pogniewał się na tę zuchwałą uwagę i kazał giermkowi milczeć, zamiast rozprawiać o tem, czego sam nie widział i o czem nie może mieć dokładnego pojęcia.
Kiedy odjeżdżali, Don Kiszot rzucił na jaskinię tęskne spojrzenie, jakby z żalem z nią się rozstawał.
Przed wieczorem przybyli do jakiejś oberży, w której postanowili przenocować. Zastali tam teatrzyk marionetek czyli lalek ruchomych, których właściciel przysposobił się właśnie do przedstawienia.