Strona:PL Don Kiszot z la Manczy (Kamiński).djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z ciekawością patrzyli zgromadzeni, jak lalki, poruszane za pomocą nitek, biegały, poruszały rękami, słowem, zachowywały się jak żywe.
Teatr przedstawiał pole bitwy między wojskiem chrześcijańskiem a mahometańskiem. Liczba mahometan była przeważająca i Don Kiszot uczuł obawę, że chrześcijanie ulegną.
— Stójcie! — zawołał — i przestańcie zabijać chrześcijan, bo jeżeli nie, to będziecie mieli ze mną do czynienia!
W samej rzeczy wydobył szablę i zaczął wściekle płatać lalki. Byłby sprawił okropną kąpiel krwawą, gdyby to były żywe istoty.
Właściciel teatrzyku błagał o zaniechanie tej rzezi martwych lalek, ale Don Kiszot nie słyszał go nawet w zapale. Widzowie pouciekali, a on sam spoczął dopiero wtenczas, kiedy z teatrzyku i lalek były już tylko drzazgi. Bez tchu prawie oparł się na swoim mieczu i po chwili milczenia wykrzyknął.
— Byliby wymordowali wojsko chrześcijańskie, gdyby mnie tu nie było! Niech żyją błędni rycerze!
— A niech żyją — odpowiedział właściciel teatrzyku — ale niech mi zapłacą za szkody i straty. Niech mi zapłacą za moje lalki, za ich ubiory i za teatrzyk.
— Jakie lalki? jakie ubiory? jaki teatrzyk? — zapytał Don Kiszot zmieszany.