Do Stanisława Augusta, Króla Polskiego, W. Książęcia Lit., nauk i uczących się Ojca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Do Księdza Stefana Łuskiny, Soc. Jesu Prokuratora Prow. Do Stanisława Augusta, Króla Polskiego, W. Książęcia Lit., nauk i uczących się Ojca • Wybór poezyj • Liryków księga druga • Adam Naruszewicz Do Muz zamilkłych
Do Księdza Stefana Łuskiny, Soc. Jesu Prokuratora Prow. Do Stanisława Augusta, Króla Polskiego, W. Książęcia Lit., nauk i uczących się Ojca
Wybór poezyj
Liryków księga druga
Adam Naruszewicz
Do Muz zamilkłych

III. Do Stanisława Augusta, Króla Polskiego, W. Książęcia Lit., nauk i uczących się Ojca.
(Młódź Coll. Nobil. Warszawskiego Soc. Jesu).




Jako, gdy z śnieżnych Arktów wsteczne goniąc cugi,
Rzuci na zapomniane wzrok łaskawszy smugi,
A krusząc martwe lody pędem bystrych koni,
Żyzne skiby rodzajnych pól Tytan odsłoni,

Wdzięczny wskrześcy swojemu poczet wonnéj rzeszy,
Z winnym hołdem, pokornie chyląc główki, śpieszy,
I z serc rozwitych tocząc wkoło liście krasne,
Niesie mu w upominku dary jego własne:

Tak, kiedy mierząc pewnym bieg łask hojnych szykiem,
Pożądanym twarz pańska zabłyśnie promykiem,
Wzrastające do usług twych, monarcho, grono
Składa od Muz uwite wieńce na twe łono.

Twoim my darem żyjem: twe zachęty płodne
Rzeźwią w szlachetnych sercach te myśli swobodne,
Tę chęć skoczną do sławy, za któréj pochopem
Plennym się, jak rolnikom, praca słodzi snopem.

Pełne-ć są wprawdzie z siebie nauki słodyczy,
Lecz któż trudy codzienne, kto troski policzy?
Niejednemu, że się ten owoc nie da snadnie
Urwać, w pierwszych myśl tępa zawodach upadnie.

Czyżby dotąd w ozdobne dowcipy obfita,
Okazalszy nie wzięła wzrost rzeczpospolita,
Gdyby troskliwa zwierzchność przy tak roli bujnéj
Chciała wesprzéć naturę kęsem pracy czujnéj?

Monarchowie, co stoją narodów na czele,
Są rodzice poddanych swoich i modele;
Ich oni przewodniczym śladem zawsze chodzą:
Pod wielkiemi się królmi wielcy ludzie rodzą.

Wszytko idzie za mądrym wychowaniem młodzi:
Dobre nasienie płonnych chwastów nie wywodzi.
Jaki grunt, taki na nim gmach niechybnie stanie;
Na słabym najwspanialsze padnie budowanie.

Lecz nam gnuśne lenistwo tak się w umysł wkradło,
Że wszytko razem, zamiast poprawy, upadło,
I gdy się obce wzmagać poczęły narody,
Siedział niewzględny Polak na swe przyszłe szkody.

Sroga duma z łakomstwem i nikczemny zbytek
O swój się tylko żywo ubijał pożytek,
Pokojem zowiąc letarg, co do zguby drogę
Otworzył, a swobodą — kilku głów przemogę.

Ciebie Bóg, zacny królu, w tym czasie postawił,
Żebyś za cudze błędy cierpiał i poprawił.
Miéj ufność, że ten dawca koron wszytkowłady
Siły twe zdrowiem wesprze, a myśl duchem rady.

Niech się zawisna chwila w swym gniewie wyburzy;
Dla ciebie wiek się złoty jeszcze z niéj wynurzy.
Ciesz się stąd, że w nagrodę dzielnéj o nas pracy,
Zastąpim przeszłe straty wschodzący Polacy.

Tak troskliwy gospodarz, gdy mu niepogodny
Szturm z gruntu powywraca wszytek płód ogrodny,
Jedne szczepy skaleczy, drugie w świat rozniesie,
Zostawując niedawno cięte płonki w lesie,

Westchnąwszy, rzeknie sobie: nieszczęsne rozruchy,
Wszystkoście mi wydarły, prócz saméj otuchy!
Jestem pewien, że gdy się przestaniecie srożyć,
Znowu mi da Bóg piękny ogródek założyć.

To mówiąc, których wietrzna nie dotknęła zwada,
Znowu szkołę z rodzajnych gałązek zakłada,
Znowu, skąd tylko może, słodki plon gromadzi:
Jedne naprawia, drugie szczepi, inne sadzi.

A niebo za łzy jego i starania pilne
Zdarzy mu przez wiek cały owoce niemylne:
Że do stu lat w spokojnéj dni swe pędząc chwili,
I sam i ludzie jego hojnie będą żyli.

Jeśli drobne z wielkiemi porównać się godzi,
W podobnéj dola twoja, królu, płynie łodzi.
Wszytkoś był dla nas (niechaj złość gada opacznie),
I mądrze wykonywał i przedsiębrał bacznie.

Twym staraniem szykowniéj żołnierz w rzędach stawał,
Liczniejsze skarb publiczny owoce wydawał,
Temis najlichszym ziomkom dom miała otwarty,
Przestał chytry fałsz płodzić kruszcowe bękarty.

Mars twierdzami granice uzbrajał warownie,
I lanemi pioruny nasrożył zbrojownie;
Miasto nowy kształt brało, i zdało się prawie,
Że się sama Warszawa dziwiła Warszawie.

Lecz, którym Bóg w swym gniewie zwykł chłostać narody,
Wionął ze dna Erebu duch czarnéj niezgody,
Że w jednéj prawie chwili, skąd tylko poczynać,
Tam się już wszytko zdaje lub kruszyć, lub zginać.

Dnia nie znać w ćmie okrutnéj, szturm północny szumi,
Że mu się silny Eurus i oprzeć nie umié;
Groźny Auster z poboczy grzmi, niepewny jeszcze,
Gdzie ma wywrzéć z żelaznym gradem krwawe deszcze.

W domu nieład niesforny i okrutna wrzawa;
Niémasz siły, krom na się, stoją tępe prawa.
Ledwo kto publicznego dobra palcem tyka;
Każdy miesza, a wszyscy wrzeszczą na sternika!

Bolisz na to, cny Królu, a pełen nadzieje,
Póki jeszcze puls w żyłach duch żywotni leje,
Czynisz, co możesz, by wśrzód srogiego odmętu,
Zdarta łódź nie zginęła przynajmniéj do szczętu.

Niechaj cię o nieczułość błędna złość nie wini.
Wiele ten nader czyni, kto, co może, czyni.
Wkrótce nam promyk z nieba zabłyśnie łaskawy,
I pokaże na oko, kto krzywy, kto prawy.

Jeśli twym pierwszym dziełom zajrzał duch zazdrosny,
Patrz na te młode szczepki bujnokwitłéj wiosny,
Jako piękny wzrost biorąc i w rozum i w lata,
Lepszego być ozdobą obiecują świata.

Wszytka ta młódź przed tronem pańskim postawiona,
Miłością ojca swego z gruntu napojona,
I teraz chętnie serce swe może otwierać,
Że dla ciebie żyć pragnie, za ciebie umierać.
1771, IV, 104 — 112.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adam Naruszewicz.