Do Eustachego Hr. Tyszkiewicza

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Antoni Edward Odyniec
Tytuł Do Eustachego Hr. Tyszkiewicza
Pochodzenie Poezye
Data wydania 1874
Druk Drukarnia Gazety Lekarskiej
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
DO EUSTACHEGO HR. TYSZKIEWICZA.



Pracowniku przeszłości! ty, co z grobów nocy,
Z pod kurhanów Litewskich, z pod lodów Północy,
Odgrzebujesz promienie chwały twojéj ziemi,
I sam, w oczach twych ziomków, oświecony niemi,
Zdasz się być jak Czarodziej, co z ziemnych rozłomów
Wydziera skarb zaklęty z mocy ciemnych Gnomów!
Hrabio z rodu, lecz z serca nasz szlachcicu–bracie.!
Nie ja, lecz kraj nasz cały przez mię woła na cię,
Zmiłuj się, jeśli możesz, śród dawnych pamiątek
Znajdź gdzie dla naszych panów, panków, i paniątek,
Jaki z dawnych sekretów, czy snać talizmanów,
Przez które Senatorów syny i Hetmanów,
Gdy ojcowie ich, w pełni potęgi i sławy,
Dzierżyli rzeczywiście laski i buławy:
Zamiast gnuśnieć w próżniactwie, a hardą postacią

Chcieć brać, z zasługi ojców, prym przed szlachtą–bracią,
Sami owszem do pracy kształcąc się od młodu,
Dla pożytku ojczyzny, dla czci swego rodu,
Ci w obradach ziemiańskich, ci w sztuce rycerskiéj,
Dawali przykład mniejszym, w miłości braterskiéj,
I stanąwszy w rząd z nimi, gonili do celów,
Po wieńce wojowników i obywatelów.
A jeśli z nich któremu Bóg mienia użyczył,
Miał je nie na to tylko, by swe skarby liczył,
By je trwonił dla pychy, albo jak Gnom ślepy
Bez użytku w podziemne zakopywał sklepy,
Na tę, chyba z nich korzyść, by sam z podłą trwogą
Drżał ciągle przed wszystkimi, co je wydrzeć mogą.

Że tak dawniéj nie było, proste uczą dzieje.
Lecz ty, co owych dziejów tajnie i koleje
Badasz głębiéj od innych, ty snać wiész, dla czego
Było inaczéj dawniéj, niż dnia dzisiejszego.
A że dnia dzisiejszego inaczéj, niestety!
Któż i w tém sądzić lepiéj może, jeśli nie ty,
Jeżeli nie ów lekarz o Tureckiej dżumie.
Co sam śród niéj żyć musi, a strzedz się jéj umie.

Mów więc, w czém była wyższość paniąt staroświeckich:
Czy w kańczuku ojcowskim? czy w szablach szlacheckich?
W tym, że doma do pracy napędzał młokosa;
W tych, że w świecie hardego przycinały nosa.
I co wnich zaszczepiło jad zgubnéj trucizny:

Czy rozum Niemca–Lutra? czy szał Francuzczyzny?
Ten, że w miejsce pokory, wmówił wiarę w pychę;
Ta, że rozbiła serca na próżności liche.
A nadewszystko powiédz! są–li jeszcze środki,
By jakoś na wzór przodków odkształcić odrodki?
Boć to jest cel dziejowéj, badaczéj mądrości,
Z czasów przeszłych wyciągać naukę przyszłości.

Mów więc! a nie brak jeszcze takich, co ochoczo
Z ufnością i miłością na twój głos poskoczą.
A jeśli Bóg litośny, co szalonych strzeże,
Da wam naprawić ową Babilońską wieżę:
Z okrzesanych jéj gruzów, pod same obłoki
Dźwigniem tobie, Eustachy, obelisk wysoki,
Co na wieki śród naszych tkwić będzie rozłogów.
Cel czci wdzięcznych współziomków, dziw Archeologów.

1844.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Antoni Edward Odyniec.