Dewajtis/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Dewajtis
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1911
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
VI.

Wiosna była w całym rozkwicie. Kwitły bzy, sady, smukłe narcyzy. Powietrze dyszało ciepłem i wonnem tchnieniem przyrody.
Pod wieczór długiego majowego dnia powóz toczył się szybko traktem rosieńskim, wioząc do ojcowizny zamorską dziedziczkę.
Spasione konie pianą były okryte: śpieszyły do domu przed zmrokiem. Panna Irena rozglądała się ciekawie po okolicy, która wypiastowała jej dziadów i pradziadów; obok niej rozglądał się też Marwitz:
— Natura dała, co mogła — mówił — ludzie nie dodali nic nad konieczną potrzebę. Żeby to u nas!
— Czy blizko do Poświcia? — zagadnęła dziewczyna siwego stangreta.
Obejrzał się, pomarszczona twarz jego wyrażała daremną chęć zrozumienia, spojrzał na równie starego lokaja.
Śupranti, kumaj? — pytał. (Rozumiesz, kumie?).
Ne suprantu! — odparł kum.
A Poświcie zbliżało się coraz bardziej. Przez wioski i osady górowały topole i drzewa parku, wszystko świeże, zielone, niby ubrane od święta na przyjazd właścicielki.
— Czertwan nas czeka niecierpliwie — odezwała się znowu panna Irena.
— Zapewne. Stary prawnik mi mówił, że go ojciec prawie zmusił do objęcia zarządu. Kazał mu czekać i pracować dziesięć lat.
— Już w Kownie chciał zdawać rachunki — uśmiechnęła się — ledwie uprosiłam, żeby jakiś czas jeszcze pozostał. Patrz, jaki to ładny dwór. Może to Poświcie?
— Prawdopodobnie, bo zjeżdżamy na jeszcze gorszą, boczną drogę. To przypomina nasze puszcze przed dwudziestu laty. Pierwszym twoim czynem powinny być szosy...
W tej chwili lokaj z furmanem obejrzeli się na młodą panią i uchylili czapek.
— Poświcie! — ozwali się z uśmiechem.
Dziewczyna stanęła w powozie, uśmiechnięta, zarumieniona wzruszeniem. Szybki oddech rozchylił koralowe usta, wiatr wieczorny rozwiał ciemne włosy, oczy piwne promieniały skrami złotemi. Drżała calem ciałem.
Brama, szeroko otwarta, opleciona była zielenią, dziedziniec natłoczony ludem wioskowym, na przedzie stała cała służba, odświętnie ubrana, i stary ekonom, Sawgard, który jeszcze dziada jej pamiętał, trzymał na złoconej tacy bochen żytniego chleba i sól.
Powóz stanął, tłum się zakołysał, jak fala, zahuczał stłumionym szmerem. Dziewczynie łzami nabiegły oczy, pierwszy raz straciła pewność siebie. Sawgard zbliżył się do stopnia, odkrył siwą głowę i schylił się do jej kolan.
Panna Irena usunęła się i wyskoczyła na ziemię. Rozpacz mignęła w jej oczach. Spojrzała po tłumie tym, który ją witał, przyjmował całem sercem w domu pradziadów, i nie rozumiała ich słów, ani odpowiedzieć im mogła.
— Nie mogę im rzec, jakam wdzięczna, jak im dobrze życzę!... — wyszeptała żałośnie, słuchając przemowy starego ekonoma.
Wtem ktoś stanął za nią. Obejrzała się. Postać Marka wyrosła jak z ziemi. Stal tuż z odkrytą głową, ubrany świątecznie, jakby się uważał za jednego z jej sług, i witał głębokim ukłonem.
Odetchnęła na widok znajomego wśród tych wszystkich, podała mu rękę i pociągnęła ku sobie.
— Niech pan im podziękuje za mnie! Bardzo serdecznie! Proszę powiedzieć, że im nie zapomnę nigdy tego przyjęcia.
Podniósł głos swój donośny. Tłum słuchał, potem odpowiedział zmieszanym, gromadnym okrzykiem.
— Co oni mówią? — spytała.
— Proszą, żeby pani wśród swoich została na zawsze.
— Zostanę, zostanę! Powiedz pan.
Stary Sawgard, postąpił o krok i ozwał się:
— Panoczku, proszę panience powiedzieć, żeby nas kochała, jak ojcowie kochali; żeby na ich wzór rządziła.
Marek przełożył oracyę. Przez łzy spojrzała na siwego sługę, bez namysłu objęła go za szyję i uścisnęła z całego serca.
Stary stracił głowę. Tacę z chlebem oddal Markowi, a sam, jak długi, runął jej do nóg; tłum zahuczał zapałem i cisnąć się począł do niej. Lody były przełamane, gdzieś w głębi ozwała się włościańska kapela, śmiano się i szlochano naprzemian, całowano ją po rękach, chciano nieść do domu, aż wreszcie sił jej zabrakło, obejrzała się o pomoc Marka.
Zrozumiał, rzekł słów kilka, i wnet ciżba się rozstąpiła na dwie strony, zostawiając jej przejście wolne aż do ganku. Wsunęła rękę pod ramię olbrzyma, i szli tym szpalerem powoli, wśród ciągłych okrzyków.
Wpół drogi zaledwie przypomniał sobie Czertwan Marwitza i poszukiwał go oczyma. Amerykanin uciekł od owacyi. Jego nerwy, miłujące spokój, skryły się pod opiekuńcze skrzydła domu. Chciał wejść, ale na progu trafił na głuchego Filemona, który sztywny, w swej odwiecznej liberyi, trzymał na poduszce pęk kluczy i rolę swą szambelana[1] traktował najzupełniej seryo. Do grodu tego, gdzie stróżował dwadzieścia lat, miał wpuścić córkę i kasztelankę, pierwej nikogo.
— Otwórz panu! — krzyknął mu ktoś w samo ucho głosem do grzmotu zbliżonym. Otrząsnął się, jakby mu proponowano grzech śmiertelny.
— Pan zamknął odchodząc i powiedział: Otworzysz tylko Orwidom! — mówił bezzębnemi usty, z kamiennym uporem, i dodał dla większej mocy: Czertwan tak samo mówili! Otworzy panienka, niech obcy czeka.
Marwitz zrezygnowany[2] założył ręce na piersiach i czekał, oglądając ciekawie stroje włościan, liberyę służby, falowanie tłumu na podwórzu i młodą parę, zbliżającą się powoli do podjazdu.
Takich rumieńców i rozpromienienia nie widział na twarzy Irenki. Wyglądała wyższa, dumniejsza i nad wyraz szczęśliwa.
— Chciałbym, żeby ją mój ojciec taką zobaczył! Byłby dopiero rad — pomyślał, uśmiechając się z zadowoleniem.
Filemon postąpił parę kroków, jak mumia[3] pod prądem galwanicznym[4]. Poczerwieniał mu nos i roziskrzyły się oczy: doczekał się Orwidów.
— Stary emeryt, sługa jeszcze pani dziada! — szepnął Marek — proszę uszczęśliwić go i własnoręcznie otworzyć drzwi swego domu!
Wzięła klucze. Zamek zgrzytnął, Marek rozwarł podwoje.
— Daj, Boże, pani w starym ojców domu ich cnoty i szczęścia! — rzekł, uchylajac głowę.
— No, a teraz wolno mi już wejść, stary? — zagadnął Marwitz do mumii służbowej, naturalnie, bez żadnego skutku.
— Daremny trud! — rzekł Marek — on nic nie słyszy!
— Ty tu, Clarke? Chodżże! — zawołała panna Irena.
— Dobrze, iż raczyłaś sobie przypomnieć moją egzystencyę[5].
— Daruj, mój drogi, alem tak wzruszona i zajęta! Panie Czertwan, jabym chciała ugościć tych ludzi!
— Wiedziałem o tem! Mają przygotowane jadło i napój! Niech pani pomyśli o sobie i wypoczynku.
— Och, dziękuję panu, że pan się tam znalazł na wstępie. Myślałam, ze się rozpłaczę z żalu, żem obca, i z wzruszenia na ten widok! Oh, jakżem szczęśliwa i wdzięczna panu!
— Za cóż mnie? spełniłem swój obowiązek!
— Powietrze Europy dziwnie na ciebie działa, Iry! — zauważył Marwitz, rozbierając się powoli z płaszcza i oddając go w ręce Filemona. — Tam, u nas, byłaś zawsze silna, zdrowa i spokojna! O! jakież oryginalne meble!
— A prawda! Proszę mi mój dom pokazać, panie Czertwan.
— Panoczku — ozwał się Filemon tonem, który miał być konfidencyonalny[6], a brzmiał, jak hukanie w puszczy — tyleczko przyjechał po pana parobek z Jurgiszek. Stara pani chora, panienka bardzo prosi pana!
Marek zaniepokoił się widocznie. Stanął, pomyślał chwilę i zwrócił się do swej młodej pryncypałki:
— Muszę odjechać na godzin parę. Pani raczy darować. Chory mnie potrzebuje.
Spojrzała badawczo, z niezadowoleniem...
— Czy to ktoś chory z pańskiej rodziny? — spytała.
— Nie, pani!
— Cóż on mówił, ten stary?
— Sąsiadka Poświcia, ociemniała wdowa, zasłabła. Wzywa mnie!
— Niech pan wraca prędko! Ja tu bez tłómacza nie dam sobie rady. Będę czekać z obiadem.
— Dziękuję, mogę dłużej zabawić... Może wrócę w nocy...
— Ach, jakiż pan dobroczynny!...
— Czy tam tylko mieszka ociemniała wdowa? Nike więcej? — zagadnął Marwitz podejrzliwie.
Marek nic nie odpowiedział, ukłonił się i zniknął. Na dworze grała kapela i biesiadował tłum ochoczo. Przybysze wędrowali po domu, pełni podziwu!
Dwadzieścia lat nie było gospodarzy, a wyglądało wszystko, jakby wczoraj odjechali! Troskliwa snadź i przyjazna ręka rządziła tutaj.
Marwitz zatrzymał się nareszcie, skończywszy przegląd:
— Znasz, Iry, bajkę o królu Haraldzie? — zagadnął.
— Daj mi spokój ze swoją bajką! — rzuciła niecierpliwie.
— Nie chcesz posłuchać? Szkoda! Prawda, że jesteś gniewna, a więc nieciekawa. Wolną chwilą, gdy się rozchmurzysz, przypomniej, żebym ci ją opowiedział!
Mimowoli roześmiała się.
— No, przypuśćmy, że się rozchmurzyłam? Opowiedz swoją bajkę!
Amerykanin usiadł, zapalił cygaro i, gładząc w takt swe faworyty, prawił:
— Król Harald, dla wypróbowania uczciwości poddanych, na drzewie przydrożnem zawiesił nowy naramiennik. Po trzech latach, przejeżdżając, znalazł go na tej samej gałęzi.
— I to wszystko? do czegóż to stosujesz? — spytała ubawiona.
— Ty, Iry, jesteś bardzo rozsądna i praktyczna osoba, ale masz jeden błąd: nie lubisz powolnego rozumowania! Każda prawda potrzebuje przekładu. Stosuję do tego moją bajkę, że, sądząc po tym domu, lud tutejszy zapewne pochodzi z Anglii, z poddanych Haralda! Co? Nieprawdaż? Ta stara mumia może nawet pamięta legendowy naramiennik.
Wskazał Filemona, który ukazał się w progu i grobowym głosem oznajmił obiad.
— Zapewne wezwanie do uczty! — odrzekł Marwitz, wstając. — Służę ci, Iry; radbym skosztować owego chleba, któryś mi w Kownie obiecała. Na Czertwana nie warto czekać. Sądząc z pośpiechu, ta ociemniała wdowa ma u niego szczególne łaski.
— I ja tak myślę — potwierdziła z brwią ściągniętą. — Nie dowiedziałeś się o nim niczego w Kownie u prawnika?
— Myślałem, że ty posiądziesz wszystkie sekrety od narzeczonej jego brata. Czy uważasz, jakie tu ładne kobiety? Ta panna Jazwigło robi bardzo przyjemne wrażenie! Żeby nie drogi, mosty i nieporządek, nie miałbym twej ojczyznie nic do zarzucenia. Milczysz, Iry? Nad czem tak głęboko rozmyślasz?
— Ależ nad przyszłością, mój drogi. Pomyśl tylko, co zrobimy, gdy Czertwan wypowie swe usługi? A uczyni to niezawodnie!
— Ha, podwój mu pensyę! Ile bierze rocznie?
— Nie wiem. Ma swój majątek, z musu tu pracował.
— Weź Niemca agronoma.
— Tu podobno Niemców okropnie nienawidzą.
— Trudna rada! Uczmy się forsownie języka, a tymczasem spuść się na służbę. Niech Czertwan wskaże ci zaufanych.
Jedli w milczeniu długą chwilę. W końcu panienka potrząsnęła głową.
— Rozpieścił mnie twój ojciec! Fe! Wstyd mi. Odzyskałam kraj i mienie, i zamiast się cieszyć, upadam na duchu. Masz słuszność! Za miesiąc muszę nauczyć się języka, a tymczasem trzeba cierpieć. Ty mnie nie opuścisz zaraz?
— Zostanę, póki zechcesz! Może się jeszcze Czertwan da utrzymać! Nie chcesz przyjrzeć się tańcom? To oryginalne!
Usiedli przy oknie salonu i długo patrzyli na rozbawiony tłum.
Wieczór zapadał, zabawa cichła, nakoniec zaczęły się jakieś szepty tajemnicze, spoglądano w okno, na młodą panią; naradzano się widocznie.
Potem obraz się zmienił. Muzyka wystąpiła naprzód, wszyscy odkryli głowy, i ze stu piersi zabrzmiał nieuczony, wiejski śpiew.
Skończywszy zwrotkę, skłonili się do ziemi i ruszyli do wrót.
Muzyka grała wciąż, idąc śpiewali dalej, za bramą ścichły glosy, i długo jeszcze słychać je było w spokojnym wieczorze.
Panna Irena pochyliła się na oknie i łowiła chciwie dźwięki.
— Jakie to proste i śliczne! — powtarzała.
Na dziedzińcu służba sprzątała ślady uczty i zabawy. Kilku poważnych oficyalistów przesunęło się od folwarku i obsiadło ganek prawej oficyny. Gwarzyli coś z cicha, paląc fajeczki i patrząc na drogę. Marwitz, zmęczony, porozumiał się na migi z Filemonem i udał się na spoczynek.
Po wrażeniach dnia panna Irena nie chciała spać. Czuwała, słuchajac szmeru wiatru i drzew. Kiedy ona zrozumie ten kraj i ludzi? kiedy poczuje się obywatelką Żmujdzinką?
Około północy daleki tętent spłoszył brytany podwórzowe, ożywił drzemiących ekonomów. Jeździec się zbliżał, jechał prędko bardzo, u bramy zsiadł z konia i pieszo podszedł do oficyny.
Poznała jego wzrost i glos ponury. Krótko dawał jakieś rozkazy; oficyaliści odpowiadali parę słów, czasem o coś zapytał, wreszcie odprawił ich skinieniem ręki.
Łaba nakt, ponuj! — ozwali się unisono — (dobranoc panu!).
Łaba nakt, jums! (wam) — odparł.
Klucz zgrzytnął w zamku. W oficynie zaświeciło światło, otworzono okno.
Godzinę czekała panna Irena. Zegary wydzwoniły pierwszą, we dworze rozległy się tylko gwizdawki nocnych stróżów, światło wciąż tlało, i słychać było, gdy wiatr przestawał szumieć, szelest papieru w otwartem oknie. Czarny cień człowieka siedział schylony u biurka, coś pisał i rachował, nie podnosząc głowy.
Poruszyła się, wstała i poszła do sypialni.
— Ładna perspektywa![7] — szepnęła do siebie — to i ja tak ślęczeć będę, jak on!
Marek wciąż pracował. Jak kiedyś ojciec jego, tak on teraz zbierał dokumenty, plany, raporty, ekonomiczne, wykończał rachunki i sprawozdania. Robota żmudna i męcząca była mu rekreacyą[8] . Jutro stos ten bibuły odda właścicielce, weźmie swoją strzelbę, Margasa, i pójdzie, jak przyszedł, przez Dewajtę do Saudwilów. Skończona służba, skończona!
Kosztowało go Poświcie rok trudów i narzeczoną. Ludzie w końcu nazwali go złodziejem. Miał dosyć na swój rachunek.
Jeszcze godzin parę! Zebrał porządnie papiery, upakował w skrzynkę trochę odzienia, obejrzał strzelbę, pogładził łaszącego się psa i zagasił świecę.
Brzask światła na wierzchołkach drzew...
Gdy się Irena Orwidówna ocknęła, było blizko południa. Chwilę nie wiedziała gdzie się znajduje. Sypialnia to była jej dziadów, obszerna, ciemna od obić gobelinowych[9]. Przez okno zaglądały lipy ogrodu. Dziewczyna przeciągnęła się rozkosznie na olbrzymiem łożu z kotarami i zadzwoniła.
Wiejska pokojówka wsunęła się z cicha. Była to wnuczka szanownego Filemona. Podała pani jakąś książkę. Panienka otworzyła ją i uśmiechnęła radośnie. Były to rozmowy niemiecko-polskie, istna nić Aryadny![10].
Za ich pomocą porozumiała się jako tako. Dowiedziała się nowa obywatelka, że służąca ma na imię Justka, że dziś pogoda, że pan z oficyny dawno przyszedł i rozmawia z obcym panem, i że to on dał jej tą książeczkę.
— Dowcipny pomysł! Rola tłumacza musiała mu dokuczyć! No, gotowam!
W salonie panowie rozmawiali tymczasem. Marek raczej słuchał z zajęciem, a Marwitz opowiadał systematycznie[11] historyę swoją i sieroty.
— Ojciec mój za młodu miał fermę[12] w półdzikim stanie. Handlował bydłem i skórami zwierząt. Ożenił się z jedynaczką sąsiedniego osadnika, miał oprócz mnie dwóch starszych synów. Gdym się urodził, nasz stan był już zupełnie inny. Puszcze padły pod siekierami, Indyanie cofnęli się głębiej, zaczęły z błyskawiczną szybkością wzrastać miasta i fabryki. Trafiono na pokłady żelaza i cyny, grunt dawał bajeczne urodzaje. Wokoło naszej fermy, jak grzyb po deszczu, urosło miasto; nazwano je Drakecity, od nazwiska ojca mej matki. Pamiętam jeszcze, gdy miało tylko jeden sklep, jeden kościół i jedną szkolę. Teraz liczy sześćdziesiąt tysięcy ludności, posiada kilkanaście sekt[13], dziesięć szkół, piętnaście fabryk, kilkaset magazynów. Ubiegło dwadzieścia lat zaledwie; jeszcze za dziesięć dorośnie Filadelfii!
Amerykanin zrobił pauzę i z dumą spojrzał na słuchacza.
— Dają wam wzrastać! — mruknął Marek.
— Ojciec mój przeczuł świetną przyszłość osady. W początkach skupił za bezcen obszary ziemi, potem połowę rozprzedał, zarabiając sto za sto. Połowę zostawił sobie dla dorobku. Najstarszemu bratu, kupił kilkaset akrów[14] z żyłą cyny, ożenił go i osadził. Średni nie chciał w domu pracować, z amatorstwa marynarzem został, ja otrzymałem wykształcenie techniczne i kapitał. Założyłem przędzalnię bawełny, ojciec został na fermie, matka dawno umarła, zaraz po mojem narodzeniu. Oto masz pan nasze dzieje!
— A panna Orwid? — zagadnął Marek.
— Oh, to także stara historya. Miałem dwanaście lat, gdy do plantacyi naszej przyszedł, prosząc roboty i chleba, człowiek wychudły, w gałgany odziany, pokaleczony, z dziewczynką czteroletnią może, ledwie żywą ze zmęczenia i głodu. Szli z zachodu i długo stali pod bramą naszą, bo nikt nie wierzył, czy ten nędzarz zda się na co w polu. Nareszcie ojciec mój go spostrzegł i przyjął z łaski, dla dziecka więcej, bo lubił dzieci bardzo.
Człowiek stanął z Murzynami i Chińczykami do pracy. Robił cicho i posłusznie, ile sił mu zostało w wynędzniałem ciele, ale słaby był już ich zasób.
Zapomniano go w tłumie. Z dzieckiem mieszkał w budzie na plantacyach...
W tej chwili z za pleców Marwitza Irenka Orwid wychyliła się cicho i, kładąc mu rękę na ramieniu, rzekła:
— Ja dokończę, Clarke, swoich dziejów! Ty wiele zataisz!
Usiadła między nimi i mówiła dalej wzruszonym głosem:
— Mieszkał w budzie ten zły robotnik, źle jadł, chodził w łachmanach, a grosz zbierał i chował w szczelinę ściany. Dziecko uczył pacierza w nieznanej mowie i usypiał obietnicą, że wnet pójdą dalej na wschód przez wielkie morza, do matki, co na nich czeka. Mówił, że kraj ma piękny, i fermę swoją, i dobrego, starego przyjaciela za morzami. Dziecko wszystko zapamiętało! Pracował dwa lata, aż wreszcie pewnego dnia sięgnął kryjówki po krwawy grosz na podróż — i nic nie znalazł. Ktoś odkrył skrytkę i ograbił biedaką w czasie nieobecności. Chińczyk zapewne z plantacyi.
Potem już człowiek stracił ducha. Miara goryczy przelała się po brzegach: nie chciał pracować, na dziecko popatrzył szklanemi oczyma i zapłakał.
Parę tygodni leżał w budzie: dziecko było głodne, on tylko pić wołał i modlił się. Zginęliby oboje razem, gdyby nie pan Marwitz, a raczej Clarke! On raz przypadkiem zajrzał do budy i ojca sprowadził. Zabrano chorego i dziewczynkę do pańskiego domu, ją nakarmiono, do niego sprowadzono doktora, nie szczędzono starań. Ale już nie było co ratować! Natura się wyczerpała, jak knot bez oliwy. Umarł po kilku dniach. Przed śmiercią z łachmanów wypruł zwitek pożółkłych papierów i szczyptę siwego piasku w skaplerzyku. Dziecku dał medalik złoty, ułamek sygnetu i kazał, gdy dorośnie, iść na wschód, za morza, do matki. Z panem Marwitzem chwilę rozmawiał, oddał sierotę i papiery owe. Gdy umarł, ksiądz katolicki pochował go i ten piasek rzucono do grobu.
Głos opowiadającej zerwał się. Umilkła chwilę i wpatrzyła się w okno, zagryzając usta, na które może z głębi duszy cisnęło się łkanie.
Marek nie spuszczał oczu z jej twarzy. Do głębi poruszyła go ta opowieść.
Rozbitek nie doszedł kraju, szczyptę tylko żmujdzkiej ziemi, jak relikwię, rzucono mu na trumnę, a dziecko zostało bez matki ukochanej a dalekiej i płakało...
W piersi ponurego człowieka zabolało coś dotkliwie. Ból nieznany, przejmujący, wybił się na lica, przedarł się przez sczerniałą skórę, zabarwił policzki i skronie ciemnym rumieńcem. Spuścił głowę przejęty.
A Clarke Marwitz założył ręce i kołysząc się na krześle, wrócił ich oboje do równowagi spokojnym, powolnym tonem:
— Całe to nieszczęście nie byłoby się stało, gdyby w fermie naszej była kobieta, jaką w kilkanaście lat potem została Iry.
Dziewczyna ocknęła się z zadumy, potrząsnęła głową:
— Na takie niedole, co dusze toczą. Clarke, niema ratunku. Za wiele stracił mój ojciec w życiu i zadaleko mu było do kraju. Tysiące tu leżały dla niego, a pochowano go z łaski pana Marwitza. Łaską ich ja wzrosłam.
— Deklamujesz puste frazesy, Iry! — przerwał Amerykanin — ja ten ustęp opowiem. U nas w domu, panie Czertwan, brakło córki. Ojciec nie miał z kim się pieścić i żartować, ja nie miałem z kim swawolić. Poweselał nasz smutny dom, gdy ona przybyła.
— Moglibyście przyjąć krewną jaką lub znajomą. To fałsz! Zrobiliście łaskę! Hodowano mnie, jak rodzoną, oddano do szkoły, nie gniewano się nigdy.
— Nie było za co. Ledwie od ziemi odrosłaś, stałaś się użyteczną. Ze szkoły, po latach piętnastu, przyniosłaś patent, odbyłaś kurs handlowy w fabryce, praktykowałaś pół roku, jako dozorczyni w szpitalu. Nie myślałaś, czyniąc to, o karyerze dla siebie, boś wróciła do starego ojca i na fermie stałaś się Opatrznością.
— Deklamujesz puste frazesy, Clarke! — powtórzyła jego zdanie, wstając. — Chodźmy na śniadanie! — dodała.
— Poczekaj! Ńie powiedziałaś jeszcze, że dzieci robotników zabrałaś do szkółki, że chorym dałaś opiekę, żeś zastąpiła ojcu sekretarza!
— Obowiązkiem było pracować! Dosyć tej gadaniny!...
— Przepraszam, nie powiedziałaś, żeś odrzuciła rękę Wiliama Jacksona, milionera, dlatego tylko, że ojciec płakał na myśl rozstania.
— Mój drogi, mogłam mieć osobiste powody, więc żadnej zasługi z tego niby poświęcania!
— To też i ja taić myślałem i w tej błogiej nadziei oświadczyłem ci się nazajutrz po Jacksonie. Byłem tak pewien przyjęcia, że miałem nawet pierścionek w kieszeni.
Roześmiała się szczerze.
— Nie przypuszczałeś, że poza tobą może ktoś istnieć w mojej duszy?
— Żebyż istniał, tobym go zlynczował[15] przynajmniej! Ależ i tej osłody nie doznałem w odmowie!
— Został ci pierścionek i swoboda! Pocieszyłeś się prędko!
— No, zapewne! Nie mogłem płakać, ani się powiesić! Coby to pomogło. Zresztą, wtedy byłem okropnie zajęty nową maszyną do skubania bawełny! Pamiętasz? nawet od tego zacząłem oświadczyny...
Marwitz wzniósł do sufitu blade oczy i westchnął.
Panna Orwid roześmiała się i wyszła z pokoju.
— Biorę pana za świadka — zwrócił się poszkodowany do Marka — czy to nie logiczne? Ojciec ją chciał zatrzymać, ona chciała pozostać! Wypadało się połączyć w rodzinę. Nie broniłbym jej pracować dalej w swoim zawodzie. Małżeństwo powinno się było skojarzyć. Ojciec ją kocha do dziwactwa, ja tak byłem pewien takiego końca, żem oprócz niej, nie odzywał się do żadnej kobiety wolnej. Po co próżny trud i strata czasu, myślałem, znaliśmy się wybornie, nie było nigdy sprzeczki! Mogłem śmiało kupić pierścionek. A wie pan, dlaczego odmówiła? Żeby nie posądzano jej o interes. Nie, nie i nie! Godzinę gadałem, wezwałem ojca, bratową, nic nie pomogło! Proszę mi powiedzieć, czy to nie wstyd taki brak logiki?
— Jabym na miejscu panny Orwidówny nie inaczej postąpił — wygłosił swe zdanie Marek. — Była biedną, więc dumną i nieufną. Teraz odpowiedziałaby może inaczej.
— Otóż właśnie, że nie. Jeden więcej dowód nielogiczności. Ojciec mnie umyślnie z nią wysłał. Stoimy teraz majątkowo narówni. No i także nie chce! Pierścionek zawsze noszę w kieszeni, ale sądzę, że innej go oddam, bo strasznie, pomimo nauki i rozsądku, nielogiczna.
Umilkł i kołysał się dalej, gładząc w takt faworyty. Wyglądał zafrasowany, jakby po nieudanej próbie szarpania bawełny.
— Czemuż tak długo nie zaczęliście panowie starań co do spadku? — ozwał się Marek po małej przerwie.
— Nie mieliśmy żadnego dokumentu, oprócz metryk i świadectwa rodu. Kazimierz Orwid chciał właśnie wracać; nie wiedział, że go śmierć zaskoczy. Ustnie ojcu opowiedział, kim był, i nazwał pana Czertwana. Po śmierci zaniechano starań, a potem ojciec nie chciał stracić ulubionej i ociągał się z dnia na dzień. Przypadek wszystko zrządził. W gazecie Irenka wyczytała pańskie nazwisko i ona je pamiętała. Uprosiła ojca, żeby napisał do Paryża. Czy to pańska siostra, ta studentka z Sorbony?
— Przyrodnia.
— Czy panowie już po śniadaniu? — ozwała się panienka, wsuwając głowę z poza drzwi jadalni.
— Dziękuję pani — ukłonił się Marek, wstając żywo z miejsca. Zaledwie przypomniał sobie, z czem tu przyszedł.
Clarke z wielką dokładnością zaczął dobierać cygaro, Czertwan, jakiś dziwnie nie swój, podszedł do młodej gospodyni.
— Przyniosłem pani księgi — wymówił z trudnością. — Może pani raczy je przejrzeć i uwolnić mnie już...
— Czyż pan nie może pozostać? — rzekła z prośbą w głosie.
— Nie mogę, pani. Dorabiam się i ja ciężko lepszego bytu. Mam nawał pracy u siebie.
— Czy panu mało wynagrodzenia?
— My za pieniądze nie służyliśmy tutaj! — odparł, odrzucając hardo głowę. — Ojciec robił to dla przyjaciela, a ja dla ojca. Zresztą, zarządzających nie brak, ja pani mogę nastręczyć zdolnego i uczciwego człowieka; służba stara, zaufana, procesów i sporów żadnych, porządek utrwalony od dwudziestu lat.
— Ależ, panie! Ja nie znam mowy, obyczajów, praw. Mnie trzeba nie rządcy, ale przyjaciela. Niech mi pan choć swą pomoc i radę przyrzecze w początku nowego życia.
— Ile razy pani mnie zawezwie, stawię się na rozkazy.
— Niech pan choć co tydzień przyjeżdża.
— Przyjadę na każde pani wezwanie. Zagroda moja niedaleko, za Dubissą.
— Dziękuję panu i za to. Czy to wielka łaska i ofiara?
Spojrzała nań uważnie, ale on oczu nie podniósł, i patrząc w ziemię, odparł głucho:
— Nie, pani! Żadna ofiara...
Zwróciła się, zniecierpliwiona tym chłodem kamiennym. Czyż oprócz kochania kraju, głaz ten nic nie ma w duszy?
— Ileż mi pan jeszcze czasu poświęci teraz?
— Do wieczora skończymy rachunki i kontrolę.
— Do wieczora... a potem?
— Pójdę do domu!
— Panie, litości! — zawołała przerażona. — Wczoraj przyjechałam, nie byłam nigdzie poza dziedzińcem. O majątkach swoich tyle wiem, co o wnętrzu Afryki. Pokaż mi pan przynajmniej choć z daleka moją ziemię, lasy, folwarki. Niech cokolwiek zobaczę, zrozumiem! Ojcowie nasi byli braćmi; przez pamięć dla nich proszę mi dać odrobinę przyjaźni. Ja tu nikogo nie mam w tym kraju, do którego z taką tęsknotą jechałam...
Głos jej miał śliczne, miękkie dźwięki, a piwne oczy spojrzały żałośnie.
Spotkali się wzrokiem. Surowe jego rysy złagodniały, pociemniały od fali krwi. Źle zrobił, że patrzał, bo się zachwiał w postanowieniu.
— Zostanę, pani, ile będę mógł! — odparł bez namysłu.
Było to jej pierwsze zwycięstwo. Odetchnęła.
Marwitz, dokończywszy cygara, znalazł ich w gabinecie nad stołem, zarzuconym papierami. Umieścił się wygodnie i godzinę słuchał agronomiczno-administracyjnej prelekcyi[16], wreszcie znudzony, powstał z zamiarem udania się do parku.
— Panie Czertwan — zagadnął — czy ogrodnik mnie zrozumie?
— Nie, on nawet po polsku mało co umie. Czego pan potrzebuje?
— Widziałem rzekę i wnioskuję, że rybna. Chciałbym dostać przynęty do wędki. Jest to najmilsze spędzenie czasu! Hazard[17] i obserwacya![18]. Wędkę przywiozłem z domu. Już się śmiejesz, Iry? Ty zawsze moje gusty traktujesz z humorystycznej strony.
— Myśl wędki z Ameryki, to istotnie niezwykły hazard i obserwacya! Przecież byłoby gorzej, żebym płakała nad twoimi gustami!
Marek zawołał służącego i polecił mu amatora rybołówstwa. Panna Orwidówna szczerze była ubawiona tym epizodem. Olbrzym ani mruknął.
— Czy pan się nigdy nie śmieje? — spytała.
Pochylił się nad planem jakimś...
— Nigdy... — zamruczał niewyraźnie.
— Pan nie żonaty?
— Nie, pani!
— Wdowiec zatem?
— Czemu? — zagadnął, podnosząc zdziwione oczy.
— Bo pan ma obrączkę...
Spojrzał na swą rękę i niewyraźnie odparł:
— To matczyna.
— Ah, więc pan stracił matkę? Dawno?
— Bardzo dawno!
— To dlatego pan zawsze ponurv. I narzeczonej pan nie ma?
Potrząsnął głową.
— I rodziny żadnej?
— Przyrodnia, nie swoja. Oni osobno, ja osobno.
— To panu bardzo pusto i nudno na świecie.
— Jak każdemu! Jest smutek, jest pociecha. Czy pani przejrzała ten folwark Giłus? Owczarnia tam stoi i tysiąc owiec angielskich.
Zatopili się znowu w pracy. Słuchała go uważnie, seryo, robiła notatki, pytała o mnóstwo szczegółów. Po paru godzinach policzki jej pobladły, oczy świeciły gorączkowo. Zmęczyła się, nie odpoczęła jeszcze zupełnie po drodze, ale pomimo to pracowała dalej. Parę razy tylko skrzywiła się i dotknęła skroni. Bolała ją głowa z natężenia i chaosu[19] cyfr.
Dziwna rzecz: on tylko księgami był zajęty, a jednak spostrzegł i zrozumiał ten ruch. Zawahał się i wreszcie przerwał swe sprawozdanie.
— Cóż dalej? — pytała — skończmy o tej gorzelni.
— Może jutro skończymy? pani zmęczona.
— Mniejsza z tem. Muszę korzystać z pana grzeczności i czasu. Wypocznę potem!
— Już jutro skończymy! — powtórzył, wstając.
— I owszem, kiedy pana wola. Chodźmy odwiedzić rybaka.
— Możemy dziś zwiedzić jeden folwark, ten najbliższy, Powerpiany.
— Ach dobrze, z całą przyjemnością. Dziękuję panu.
Zakończyła ślicznem spojrzeniem i ruszyli razem do ogrodu. Park tarasami zbiegał do rzeki i utrzymany był, jak wszystko, bardzo starannie. Dubissa na wiosnę obrzucała pianą nadbrzeżne drzewa, teraz ustąpiła już nieco, zostawiając kawał twardego, stromego brzegu. Marwitz tam siedział, z cierpliwością bonza[20] chińskiego patrząc na kawał korka, tańczący na falach. W kuble obok miał już parę drobnych rybek.
Nie obejrzał się wcale na szelest kroków.
— Jakże z twoim hazardem i obserwacyą? — zawołała wesoło gospodyni.
Poruszył się niecierpliwie.
— Iry, wiesz, jak ryba boi się hałasu! Tyle razy ci to mówiłem. No i znowu teraz, jak zwykłe, spłoszyłaś zwierzynę. Od pięciu minut krążyła około haczyka. Uciekła i nie wróci.
Wydobył wędkę i zniechęcony rzucił ją na piasek.
— Niech się pan nie trwoży — ozwał się Marek — nie jedna ona! Łakomstwo i ciekawość to uniwersalne[21] rybie wady!
Panna Irena ruszyła ramionami i ciekawie przyglądała się panoramie okolicy. W lewo Ejnia wpadała z łoskotem, obracając koło wodnego młyna, w prawo bielały Skomonty, czerwieniał dach kościołka, grusze plebanii czerniały majestatycznie i długą linią wyciągało się wsi kilka.
Wprost dąbrowa stała cicha, poważna, ozłocona słońcem, i przeglądała się w sinych, burzliwych falach Dubissy.
Kilka łódek płynęło tu i tam z rybami, lub pękami świeżego siana; po polach snuli się ludzie z pługami, czasem zaśpiewał kto na wodzie pieśń pobożną, lub przy spotkaniu witali się bożem imieniem.
Obrazek był wdzięczny, cichy i bardzo pogodny. Podniósł nawet nań oczy Marwitz i po chwili raczył zauważyć:
— Podoba mi się twój kraj, Iry. Ten widoczek okupuje nawet złe drogi i dziurawe mosty.
— Ładny — powtórzyła z uśmiechem — tylko dziwnie cichy. Zobacz, jak ci ludzie powoli się ruszają, powoli pracują i wciąż milczą! Porównaj to z gorączką naszej fermy?
— Lud co innego — odparł Marwitz. — Z moich obserwacyi wnoszę, że musi być leniwy, ociężały, nieroztropny i ponury! Cóż dziwnego, że narzekają na biedę!
Marek w dąbrowę miał oczy utkwione i wytężony słuch. Przez huk Dubissy i pomimo oddalenia, szum daleki wpadał mu w ucho i coś gwarzył, i wołał, i witał. Słowa Marwitza przerwały tę rozmowę tajemniczą, spuścił w dół na Amerykanina oczy i zaczął głucho, coraz się ożywiając:
— Pan się myli. Lud nasz, ociężały pozornie i ponury, jak mrówka, pracuje i serce ma łagodne a szlachetne. Milczy, to prawda, ale nie dlatego, że mówić nie chce, albo nie myśli, ale dlatego, że mu mówić nie wolno i czasu nie ma! Po wsiach tych nie znajdzie pan szynków, ani rozpusty; lepsza ta cisza od ladajakiej wrzawy! Robimy powoli, ale ciągie, ile mocy...
— Przepraszam pana za lekkomyślne przypuszczenie — rzekł Marwitz, wyciągając doń rękę. — Zaraziłem się wadą Iry: prędkim sądem, będę teraz po waszemu milczec i obserwować.
Panienka z pod brwi zmierzyła ich obu.
— Nie zrzucaj na mnie własnych grzechów! — zawołała — wyznaj, że dla ciebie poza Ameryką niema doskonałości, a poza kościołem anglikańskim niema zbawienia! Tyle razy mi to powtarzałeś!
— No, zapewne, z wyjątkiem kościoła. Nie jestem dewotem[22]. Lubię nadewszystko spokój.
— Wiemy, wiemy! To credo[23] słyszał pan Czertwan pewnie już dzisiaj kilka razy. a ja tysiąc razy! Co to za dwór? — zagadnęła Marka.
— Skomonty! — odparł krótko.
— Czyje? może tej wdowy, którą pan wczoraj odwiedzał?
— Nie, pani, to ojca mego majątek.
— Ach, zatem pański; a to dalej kościół?
— Nasza parafia.
— To pan tam mieszka w Skomontach?
— Nie, pani. Moje za Dąbrową, nie widać.
— A las czyj?
— Mój! — rzekł z wyrazem radości w chmurnych źrenicach.
— Są tam zwierzęta jakie? — wtrącił się do rozmowy Marwitz.
— Zwierzyna, pan myśli?
— No tak. Kujoty[24], szakale, niedźwiedzie?
— Nie, tego u nas niema! — odparł z najzimniejszą krwią Marek.
Panna Orwidówna usiadła na brzegu i, błądząc oczyma po krajobrazie, spytała:
— A ta wdowa, sąsiadka, zdrowsza?
— Co ją może obchodzić nieznajoma? — pomyślał — ot, dla próżnej gawędy chyba.
— Zdrowsza! — odparł lakonicznie.
W tej chwili lokaj znalazł ich i oznajmił, że konie gotowe. Mieli jechać obejrzeć folwark.
Marwitz pozostał. Zarzucił wędkę i wpół przymkniętemi oczyma obserwował korek na wodzie. Chwilami ciepło i cisza rozmarzyły go i drzemał, kiwając się i bezwiednie, ruszając rękoma. Śniły mu się plantacye, bawełna, tłoki maszyny, tygodniowe wypłaty i pudding[25], przygotowany białemi rączkami Irenki. Uśmiechał się przez sen, a tymczasem ryby ogryzały robaki i zmykały dalej, a rybacy z łódek przyglądali się nowej, nieznanej figurze i śmiali się dobrodusznie.
Mógł oddawać się swej namiętności bez żadnego skrupułu[26]. Irenka nie potrzebowała go wcale. Od świtu pieszo lub wózkiem odwiedzała swe posiadłości, wglądała w każdy szczegół, za powrotem słuchała objaśnień Marka i uczyła się gwałtownie języka swych ojców. Siedzieli zwykle na ganku ogrodowym: on zgarbiony, zapatrzony
w ziemię, ona otoczona podręcznikami i słownikiem. Nie wspominał już o odjeździe, ale powoli nakłaniał ją do sesyi gospodarskich, do kontroli, do zatrudnień gospodyni domu, uczył przykładem, przygotowywał do obowiązków!
Zwiedzili folwarki, lasy, młyny, choć powierzchownie, ale wszystkie; służba udawała się do niej po rozkazy, rozumiała już kilkadziesiąt słów mowy. Tydzień minął, a on się nie wydzierał na swobodę, do swej pracy i obowiązków. Siedział, jak zaklęty, przy niej i milczał.
Pewnego wieczora siedzieli we troje nad Dubissą. Marwitz kokietował ryby robakiem, Irenka uczyła się z podręcznika po polsku jakiegoś zdania, najeżonego spółgłoskami, Marek opodal spoczywał na ziemi i na Dąbrowę patrzał.
Wtem z poza drzew cicho, tajemniczo wysunęła się łódka, jak łupina, i kierowana śmiałą ręką jednego wioślarza, poczęła wpoprzek przedzierać śię do Poświcia. Gdy minęła zakres cienia, ostatnie promienie zachodzącego słońca oświeciły wyraźnie śniadą cerę i skrzywione płaczliwie rysy Łukasza Grala.
Czertwan wstał; na twarzy jego malowało się wrażenie przykrości. Pierwszy to raz w życiu ktoś go szukał, wzywając do pracy, przypominając, że czas do dzieła.
Gral spostrzegł go i wiosłował wprost do brzegu, zakłopotany widocznie obcem, a tak pięknem towarzystwem, w którem zastał dawnego przyjaciela.
Z daleka już zdjął kapelusz.
— Po mnie jedziesz? — zagadnął Marek.
— Darujcie, czekałem dwa tygodnie. Może nie macie czasu?
— Wziąłeś jezioro?
— Jak kazaliście, zrobiłem wszystko. Jezioro nasze, ale nie miałem rozporządzenia na połów, a tu mi Żydzi progi obijają po ryby. Poszedłem po radę do naszego chrzestnego. Chciał po was sam jechać, ale coś niedomaga, mnie posłał. W jurgiskich młynach zabrakło żyta, od czwartku stoją. Pytał się o was młodszy ze Skomontów trzy razy. I panna Hanka przyjechała wczoraj z proboszczową synowicą i także was potrzebuje. A najgorzej z temi rybami, bo bardzo płacą teraz. Tak was czekamy, jak słońca.
Panna Irena słuchała tej oracyi nadzwyczaj ciekawie. Czasem zrozumiała jakie słowo, reszty się domyślała.
— Pan już nas opuści? — rzekła z żalem.
Pomilczał sekundę i, nie patrząc na nią, odparł po swojemu, mrukliwie:
— Ile razy pani zawezwie, rzucę swoje i przyjdę. Teraz iść trzeba.
— Zaraz?
— Zaraz.
Skłonił się przed nią głęboko.
— Do widzenia zatem! Dziękuję panu za wszystko!
W tej chwili rybka srebrna była o cal od przynęty, już zwracała do niej pyszczek, pomimo to Marwitz wydobył wędkę i wyciągnął do Czertwana szeroko otwartą prawicę.
— Do widzenia, byle prędko! — wymówił serdecznie.
Uścisnęli sobie po bratersku dłonie. Panienka spojrzała bystro na Marka.
— Możemy się pożegnać i my po amerykańsku — uśmiechnęła się z przymusem.
Szeroka, ogorzała, twarda ręka objęła jej delikatne palce, olbrzymia postać pochyliła się z uszanowaniem. Musiała być bardzo pewna swego, gdy do tego mruka odezwała się wesoło, z błyskiem zalotności w oczach:
— No, to możesz ją pan pocałować, kiedy trzymasz.
Pochylił się jeszcze głębiej i spełnił w milczeniu pozwolenie. Gdy się wyprostował, ciemny rumieniec miał na policzkach: unikał jej oczu.
Nie wymówił więcej słowa, skłonił się raz jeszcze i zsunął ze stromego brzegu wprost w czółno; Łukasz zostawił mu miejsce u stera, podał wiosło. Odskoczyli o parę sążni.
Słońce rozpaliło na kolor łuny fale Dubissy. Płonęła woda, czółno, czuby dąbrowy, stały w ogniu sylwetki obu wioślarzy. Jeden drobny, zgarbiony, wpatrzony bezmyślnie w tonie, drugi jak dąb wybujały i potężny, z podniesioną głowa, niedbały o wartki prąd i ciągłe wiry rzeczne.
Wiosło gięło się w jego muskularnych dłoniach, postać pochylała się i naginała rytmicznie, bez żadnego widocznie wysiłku.
Patrzał uparcie na dęby swoje i słuchał obojętnie płaczliwej opowieści Grala:
— Już tydzień, jak nas Wojnat wygnał z chaty. Garnki, co były nasze, potłukł, krośna porąbał, odzież i kuferek za próg wyrzucił i ją precz wygnał na deszcz. Dola moja taka! Drugiego dnia ledwie wróciłem z jeziora, do swej chaty przeprowadziłem biedną. Teraz płacze bez ustanku i gadać nie chce. Co ja winien, nieszczęsny? Innemu wszystko się śmieje, mnie wszystko płacze. Było się lepiej nie rodzić. Cały zaścianek na języki mnie wziął i na śmiech, a ją palcami pokazują. Co ona winna, biedna, słaba kobieta? Moja dola uczepiła się jej, jak czyrówka (kanianka) lnu i splątała całe życie.
W tej chwili od Poświcia zabrzmiała po fali melodya nieznanej piosenki. Śpiewał ją jeden głos, potem dwa i znowu jeden kobiecy. Marek się obejrzał. Irenka Orwidówna stała na brzegu, oparta o dziwacznie pokręcone członki starej wierzby. Gibkie gałęzie objęły, jak w zielone ramki, jej głowę, tło ozłociło, słońce.
Młody człowiek minutę stał zapatrzony, bezczynnie trzymając wiosło, potem jakby gniew i wściekłość przeszła mu przez oczy, wiosło zagłębił w fale, brwi zmarszczył i nie spojrzał więcej. Łódka wpłynęła w cień dębów i z tamtego brzegu nic już widać nie było. Łuna na rzece zaczęła opadać i gasnąć, potem pieśń ucichła.
Na obu wybrzeżach zapanowała pustka i spokój niczem niezmącony, tylko Dewajtis stary słuchał wieści, co mu niosła Dubissa i majestatycznie szemrał.
Pod jego cieniem długo dumał człowiek samotny; gdy odszedł gwiazd było pełne niebo, a w zaścianku piały pierwsze kury. Dąb go żegnał przeciągłym szelestem, a dęby wnuki za patryarchą powtarzały pożegnanie głuchym chórem.


Przypisy

  1. Szambelan — tu: klucznik.
  2. Zrezygnować — odstąpić od czegoś
  3. Mumia — trup, zabezpieczony od gnicia.
  4. Galwaniczny — elektryczny.
  5. Egzystencya — istnienie.
  6. Konfidencyonalny — poufny.
  7. Perspektywa — to, co nas czeka.
  8. Rekreacya — odpoczynek po pracy.
  9. Gobelin — rodzaj dywanu.
  10. Nić Aryadny tu: sposób dawania sobie rady w trudnych okolicznościach.
  11. Systematycznie — porządnie.
  12. Ferma — kolonia.
  13. Sekta — wyznanie religijne.
  14. Akr — angielska miara gruntu (róna się trzy czwartej morgi).
  15. Zlynczować — wymierzać sobie samowolnie sprawiedliwość (zwyczaj amerykański).
  16. Prelekcya — odczyt, wykład.
  17. Hazard — przypadek, traf, szczęście.
  18. Obserwacya — postrzeganie, badanie (jak tutaj: obyczajów ryb).
  19. Chaos — bezładne mnóstwo.
  20. Bonza — kapłan chiński.
  21. Uniwersalny — powszechny.
  22. Dewot — fałszywy nabożniś.
  23. Credo — wierzę (pierwszy wyraz wyznania wiary: »Wierze w Boga Ojca« i t. d.); wogóle: przekonania czyjeś.
  24. Kujot — rodzaj wilka amerykańskiego.
  25. Pudding — rodzaj legominy, narodowa potrawa Anglików.
  26. Skrupuł — tu: przeszkoda.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.