Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z miejsca. Zaledwie przypomniał sobie, z czem tu przyszedł.
Clarke z wielką dokładnością zaczął dobierać cygaro, Czertwan, jakiś dziwnie nie swój, podszedł do młodej gospodyni.
— Przyniosłem pani księgi — wymówił z trudnością. — Może pani raczy je przejrzeć i uwolnić mnie już...
— Czyż pan nie może pozostać? — rzekła z prośbą w głosie.
— Nie mogę, pani. Dorabiam się i ja ciężko lepszego bytu. Mam nawał pracy u siebie.
— Czy panu mało wynagrodzenia?
— My za pieniądze nie służyliśmy tutaj! — odparł, odrzucając hardo głowę. — Ojciec robił to dla przyjaciela, a ja dla ojca. Zresztą, zarządzających nie brak, ja pani mogę nastręczyć zdolnego i uczciwego człowieka; służba stara, zaufana, procesów i sporów żadnych, porządek utrwalony od dwudziestu lat.
— Ależ, panie! Ja nie znam mowy, obyczajów, praw. Mnie trzeba nie rządcy, ale przyjaciela. Niech mi pan choć swą pomoc i radę przyrzecze w początku nowego życia.
— Ile razy pani mnie zawezwie, stawię się na rozkazy.
— Niech pan choć co tydzień przyjeżdża.
— Przyjadę na każde pani wezwanie. Zagroda moja niedaleko, za Dubissą.
— Dziękuję panu i za to. Czy to wielka łaska i ofiara?
Spojrzała nań uważnie, ale on oczu nie podniósł, i patrząc w ziemię, odparł głucho:
— Nie, pani! Żadna ofiara...
Zwróciła się, zniecierpliwiona tym chłodem kamiennym. Czyż oprócz kochania kraju, głaz ten nic nie ma w duszy?
— Ileż mi pan jeszcze czasu poświęci teraz?
— Do wieczora skończymy rachunki i kontrolę.
— Do wieczora... a potem?
— Pójdę do domu!
— Panie, litości! — zawołała przerażona. — Wczoraj przyjechałam, nie byłam nigdzie poza dziedzińcem. O majątkach swoich tyle wiem, co o wnętrzu Afryki. Pokaż mi pan przynajmniej choć z daleka moją ziemię, lasy, folwarki. Niech cokolwiek zobaczę, zrozumiem! Ojcowie nasi byli braćmi; przez pamięć dla nich proszę mi dać odrobinę przyjaźni. Ja tu nikogo nie mam w tym kraju, do którego z taką tęsknotą jechałam...
Głos jej miał śliczne, miękkie dźwięki, a piwne oczy spojrzały żałośnie.