Dawne rządy i rewolucya/Księga trzecia/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alexis de Tocqueville
Tytuł Dawne rządy i rewolucya
Księga trzecia
Wydawca M. Arct
Data wydania 1907
Drukarz M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Mieczysław Kozłowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ V.
Jak doprowadzono lud do powstania, chcąc ulżyć jego położeniu?

Ponieważ lud w ciągu 140 lat nie ukazywał się ani razu na widowni politycznej, przestano myśleć o tem, że może kiedykolwiek na niej wystąpić; widząc jego nieczułość, traktowano go, jako pozbawionego słuchu i rozprawiano o nim, niekrępując się jego obecnością. Zdawało się, że tylko wyższe klasy usłyszą te mowy i obawiano się raczej, że nie zostaną dostatecznie zrozumiane.
Ludzie, którzy mieli powód w największym stopniu obawiać się gniewu ludu, mówili w jego obecności o niesprawiedliwościach, które znosił, wytykali wadę instytucyi, które go uciskały. Wymownie opisywali, jak źle wynagradza się pracę i ofiary. Nie mam tu na myśli pisarzy, lecz agentów rządowych i klasę uprzywiljowaną.
Na 13 lat przed Rewolucyą, robiąc próbę zniesienia robocizny, król we wstępie do edyktu mówi co następuje: „Wszędzie, z wyjątkiem niewielu krajów rządzonych przez stany (pays d’états), gościńce były przeprowadzone bez wynagrodzenia przez najbiedniejszą część naszych poddanych. Cały więc ciężar tej powinności spadł na tych, których cały majątek stanowią ich ręce, a dla których gościńce nie mają pierwszorzędnego znaczenia. Najbardziej zainteresowanymi są tu właściciele ziemscy, osoby uprzywilijowane, których majątki rosną w cenie przy budowie dróg. Zmuszając najuboższą klasę utrzymywać gościńce i oddawać bezpłatnie swój czas i pracę, odbierają im ostatnią możność walki z nędzą i głodem, aby zmusić do pracy na korzyść bogatych”.
W tym samym czasie, chcąc znieść ucisk korporacyi rzemieślniczych, pisano w imieniu króla, „że prawo do pracy jest najświętszą ze wszystkich form własności, że wszelkie prawa przynoszące im ujmę, gwałcą to prawo przyrodzone, i jako takie powinny być uważane za nieistniejące, że wogóle istniejące korporacye są instytucyami potwornemi i despotycznemi, owocem egoizmu, chciwości i gwałtu”.
Słowa te były niebezpieczne, a jeszcze bardziej niebezpiecznem było to, że pisano je napróżno. W kilka miesięcy po tych edyktach przywrócono i korporacye i robociznę.
Powiadają, iż słowa te dyktował Turgot; lecz podobneż zdania spotykamy i u jego następców. Szczególniej zaś w lata głodowe edykty miewały taki charakter, jak gdyby starano się nietyle pomódz ludowi, ile rozniecić jego namiętności. Jeden z intendentów, pragnąc wzbudzić litość ludzi zamożnych, mówi o „niesprawiedliwości i nieczułości owych właścicieli ziemskich, którzy cały majątek swój obowiązani są pracy nędzarzy, a pozwalają im umierać z głodu w chwili, gdy ci nad siły pracują, aby nadać większą wartość ich majątkom”.
Do końca rządów monarchicznych walka pomiędzy władzami administracyjnemi dawała powód do podobnych manifestacyi: współzawodniczące strony oskarżają się wzajemnie, jako winowajcy klęsk ludowych. Tak podczas kłótni między parlamentem tuluzkim a królem w kwestyi wolnego przywozu zboża (r. 1772) parlament powiada: „Rząd niewłaściwemi środkami swemi ryzykuje zamorzyć głodem ubogich.” Na to król odpowiada: „ambicya parlamentu i chciwość bogaczów doprowadziły do klęski ludowej”. Tak więc z obu stron wpaja się ludowi ta myśl, że powinien szukać wśród wyższych klas winowajców nieszczęść swoich. Wszystko to znajduje się nie w tajnej korespondencyi, lecz w dokumentach publicznych, rozrzucanych przez obie strony, w tysiącach egzemplarzy.
Niekiedy król surowo karci swoich poprzedników, nie oszczędzając i siebie. „Skarb obciążony był długami, dzięki trwonieniu pieniędzy przez kilka panowań. Niektóre z nietykalnych posiadłości naszych zostały sprzedane za bezcen”, czytamy w jednym z dokumentów; „korporacye rzemieślnicze są przeważnie wytworem chciwości fiskalnej królów, mówi inny”.
„Jeśli zdarzało się ponosić niepotrzebne wydatki i jeśli podatek osobisty urósł nadmiernie, czytamy gdzieindziej, pochodzi to stąd, że zarząd finansowy uciekł się do tego podatku, jako niepodlegającego wiadomości publicznej, chociażby inne źródła dochodów były mniej uciążliwe dla naszych dochodów”.
Wszystko to mówiło się dla ludzi wykształconych, aby przekonać ich o użyteczności pewnych środków, nagannych ze stanowiska interesów prywatnych. Co zaś do ludu, uważano za pewnik, iż słucha nierozumiejąc. Trudno zaprzeczyć, że w samej tej życzliwości względem ludu ukrywa się pewna pogarda, i że ów stosunek do ludu przypomina uczucia pani Du Chatelet, która nie żenowała się rozbierać się przy swoich lokajach, nie będąc zupełnie pewna, czy są oni ludźmi.
Nietylko ministrowie Ludwika XVI przemawiali w ten sposób: klasy uprzywiljowane, na które miał skierować się przeważnie gniew ludu, używały tych samych wyrażeń. Wyższe warstwy społeczne we Francyi zaczęły interesować się losem klasy ubogiej znacznie wcześniej, niż miały powód jej się obawiać. W ciągu dziesiątka lat, poprzedzającego rok 1779, ustawicznie zajmują się losem włościan, wyszukują sposoby ulżenia mu; lecz w tych objawach współczucia dostrzega się ten sam brak przezorności, który ujawniła tak długo trwającą obojętność na klęski ludu. Żurnale stanów prowincyonalnych od r. 1779 pełne są wyrazu tych uczuć. Stany prowincyonalne dolnej Normandyi w r. 1787 powiadają:
„Zbyt często zdarzało się, że pieniędze asygnowane przez króla na utrzymanie gościńców, służyły dla dogodności zamożnych, nie przynosząc korzyści ludowi. Używano je często na uprzyjemnienie dostępu do jakiegoś pałacu, zamiast polepszenia drogi do miasteczka lub wsi”.
Jednocześnie z tem współczuciem dla ludu objawia się i nietajona dla niego pogarda. Stany prowincyonalne Gwiany, gorąco popierając interesy ludu, nazywają jednocześnie włościan istotami nieokrzesanemi i brutalnemi, kapryśnemi i okrutnemi, charakterami niepodatnemi. Wyrażenia podobne spotykamy nawet u Turgota, który tyle uczynił dla ludu. Spotykamy je w aktach, przeznaczonych dla publikacyi, rozpowszechnianych wśród włościan.
W miarę zbliżenia się r. 1789 współczucie dla ludu wzrasta i staje się coraz mniej roztropnem. Jeden z cyrkularzy, podpisanych przez członków zgromadzenia prowincyonalnego, z których trzech należało do szlachty a jeden do duchowieństwa, nakazuje syndykom każdej parafii zebrać włościan i zapytać ich, jakie mają zarzuty przeciwko sposobowi rozłożenia i pobierania podatków; ile jest osób korzystających z przywilejów podatkowych, jaka wartość ich majątku, ile majątków kościelnych i jaką kwotę powinni byliby zapłacić zamożni, gdyby istniała równość podatkowa. Było to wytknięcie palcem klęsk ludu i ich winowajców, wykazanie małej liczby uprzywilijowanych, rozbudzenie chciwości, zazdrości i nienawiści. Ci którzy to czynili, zupełnie zapomnieli o Żakeryi, Młócarzach (les maillotins) i Radzie szesnastu (les Seize). Nie mogłem wyszukać wszystkich relacyi przysłanych w odpowiedzi na te zabójcze pytania, lecz znalazłem niektóre, charakteryzujące ducha, który je podyktował. Wskazane są tam imiona wszystkich uprzywiljowanych, opisany ich tryb życia, wartość majątku; charakter przywilejów i uszczerbek, który przyczyniają innym mieszkańcom wsi; wyliczone są dochody, niemniej jak i dochody proboszczów, które uważane są za nadmierne; zaznacza się, że w kościele za wszystko trzeba płacić, i że ubogiego nawet nie pogrzebią darmo. Co zaś do podatków, to wszystkie rozłożone są niesprawiedliwie. O wszystkiem mówi się z widocznem podrażnieniem.
W takiem badaniu czujemy nietylko zbliżanie się Rowolucyi, widzimy ją obecną, z jej mową, z jej fizognomią charakterystyczną.
Między przewrotem religijnym XVI st. a Rewolucyą francuską daje się dostrzedz jedna wielka różnica. W XVI w. większość możnych świata zaczęła zmieniać wyznanie dla pobudek ambitnych lub przez chciwość; przeciwnie, lud przyjął tę zmianę, nie spodziewając się żadnych korzyści. W XVIII st. działo się inaczej; wówczas klasy oświecone porwane zostały przez idee bezinteresowne i przez wspaniałomyślne sympatye, gdy przeciwnie, bolesne poczucie krzywd swoich i pragnienie zmiany swego położenia popychały lud ku Rewolucyi. Zapał pierwszych uzupełniał skutki tych przyczyn, które rozbudziły i uzbroiły gniew i pożądliwość drugiego.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alexis de Tocqueville i tłumacza: Władysław Mieczysław Kozłowski.