Dawne rządy i rewolucya/Księga druga/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Alexis de Tocqueville
Tytuł Dawne rządy i rewolucya
Księga druga
Wydawca M. Arct
Data wydania 1907
Drukarz M. Arct
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Władysław Mieczysław Kozłowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ IX.
Ludzie, tak do siebie podobni, dzielili się na drobne gromadki obce i obojętne dla siebie.

Zwróćmy się teraz do drugiego z zaznaczonych rysów.
Mamy wiele powodów do przypuszczenia, że to, co następnie otrzymało nazwę szlachty, nie tworzyło w chwili powstania systematu feodalnego odrębnej kasty, lecz składało się ze wszystkich wybitniejszych członków narodu, a więc pierwotnie było tylko arystokracyą. Lecz jest to kwestyą, nad którą nie myślę się tu zastanawiać. Dość jest zaznaczyć, że w wiekach średnich szlachta zamieniła się na kastę, to jest, że cechą jej wybitną jest pochodzenie. Wprawdzie szlachta średniowieczna zachowuje charakter arystokracyi; składa się z obywateli rządzących; lecz tylko urodzenie decyduje o tem, kto stanie na czele tej gromady. Każdy, kto nie urodził się szlachcicem, zostaje po za obrębem tej klasy i zajmuje w państwie stanowisko podrzędne.
Na lądzie Europy, wszędzie, gdzie powstał feodalizm, wytworzył on kastę; tylko w Anglii doprowadził on do powstania arystokracyi. Fakt ten daje klucz do zrozumienia osobliwości ustroju angielskiego.
Już za czasów Monteskiusza (1739) Anglia wyróżniała się od reszty Europy nietyle wolnością, jawnością spraw i sądem przysięgłych, ile tem, że system kastowy był w niej zburzony. Szlachta i nie-szlachta zajmowały się tam wspólnemi sprawami, obejmowały jednakowe zawody, kojarzyły się małżeństwami. Nie uważano tam za wstyd, jeśli córka magnata wychodziła za nieszlachcica.
Ten przewrót odbył się dawno, lecz język zachował jeszcze jego ślady. Słowo szlachcic zupełnie zmieniło swoje znaczenie w Anglii, a wyrazu nie szlachcic (roturier) nie ma tam wcale. Wyraz gentleman, pochodzący od francuskiego gentilhomme, w każdem stuleciu zmienia swoje znaczenie, przenosząc się na coraz to niższe warstwy, aż wreszcie w Ameryce używa się dla oznaczenia każdego obywatela. We Francyi przeciwnie, wyraz gentilhomme zachowuje swoje niezmienne znaczenie aż do Rewolucyi, po której prawie znika z użycia; kasta bowiem, którą oznacza, zostaje do tego czasu zamkniętą.
Lecz jeśli zwiększyło się podobieństwo między szlachcicem a mieszczaninem, wzrosło także ich odosobnienie. Podczas wieków średnich, dopóki trwał feudalizm, wszyscy ci, którzy dzierżawili ziemię od pana, nazywali się wasalami, a obowiązani byli nietylko towarzyszyć mu na wojnie, lecz i spędzać pewną ilość czasu przy dworze, pomagając w sądzie i administracyi. W ten sposób klasa rolna zbliżała się ustawicznie do szlachty. Taką samą rolę, jak dwór względem drobnych właścicieli, pełniły stany prowincyonalne, a później generalne w stosunku do mieszczan.
Przeglądając to, co pozostało nam od stanów generalnych XV stulecia, a zwłaszcza od zgromadzeń prowincyonalnych, podziwiamy, jak wybitną rolę zajmuje w nich stan trzeci. Mieszczaństwo, jako klasa, zajmowało w społeczeństwie XIV w. wyższe i bardziej zabezpieczone stanowisko, niż w XVIII w. Nikt nie zaprzecza mu prawa udziału w rządzie, a w zgromadzeniach politycznych ma rolę znaczną, niekiedy przeważną. Lecz co najwięcej uderza nas w tej dobie, to to, że szlachta i stan trzeci znajdowały wówczas możność rządzić wspólnie i walczyć wspólnie. Widzimy to nietylko w stanach generalnych XIV w., które miewały charakter burzliwy i rewolucyjny, zależnie od klęsk ówczesnych, lecz i w zgromadzeniach prowincyonalnych, których posiedzenia odbywają się regularniej. Tak w Auvergne wszystkie trzy stany przedsiębiorą wspólnie najważniejsze środki i powierzają komisarzom wybranych z pośród siebie. Toż samo działo się w Champagne. Znany jest pamiętny akt, na podstawie którego szlachta i mieszczanie wielu miast połączyły się na początku XIV w. dla wspólnej obrony swobód narodowych, przywilejów prowincyi od roszczeń władzy królewskiej. W tym okresie spotykamy w historyi Francyi wiele epizodów, przypominających wypadki angielskie. Nie powtarzają się one w późniejszych wiekach.
Istotnie, w miarę tego, jak stany generalne stają się coraz rzadsze a wreszcie zupełnie przestały być zwoływane; w miarę, jak znikają resztki wolności politycznych, unosząc z sobą i swobodę miejscową, szlachcic i mieszczanin przestają stykać się z sobą w życiu państwowem. Nie czują już potrzeby zbliżenia i porozumienia, wzrasta ustawicznie ich niezależność, ale też i odosobnienie. W XVIII w. przewrót ten jest zakończony, mieszczanin spotyka się ze szlachcicem jedynie przypadkowo w życiu prywatnem; mieszczaństwo i szlachta, jako klasy, są nietylko rywalami, lecz wrogami.
A co stanowi osobliwość Francyi? To, że w miarę, jak szlachta traci swe prawa, jako stan, członkowie jej nabywają przywileje, jako osobniki. Im mniej mają prawa rozkazywać, tem wyłączniej uzyskują prawo być pierwszymi sługami swego pana. Nieszlachcic łatwiej mógł zostać oficerem za Ludwika XV niż za XVI.
Najbardziej nienawistnem z przywilejów było wyjęcie z podatków. Łatwo przekonać się, że zaczynając od XV w. aż do Rewolucyi przywilej ten wzrasta ustawicznie. Gdy podatek osobisty wynosił milion dwieście tysiący liwrów, jak za Karola VII, prawo niepłacenia go nie było wielkim przywilejem, lecz za Ludwika XVI, suma ogólna urosła do 80.000.000 liwrów. Dopóki podatek ten był jedynym podatkiem płaconym przez nieszlachtę, wyjątek, z którego korzystała szlachta, nie był zbyt rażącym; lecz gdy do niego dołączono cały szereg innych podatków i powinności, przywilej stawał się jaskrawym.
Ludwik XIV, pod naciskiem potrzeb finansowych, zaprowadził dwa podatki powszechne: pogłówny i dwudziestą część dochodu, a w samym akcie postanowiona była różnica w sposobach ich pobierania, które było dla jednych surowe i upokarzające, dla drugich honorowe i łagodne.
Chociaż nierówność w opłatach podatkowych była zjawiskiem ogólnem na lądzie Europy, w niewielu krajach jednak była tak wydatną i jaskrawą, jak we Francyi. Ze wszystkich zaś warunków, utrwalających różnicę między ludźmi i rozgraniczenie stanów, nierówność opodatkowania jest najbardziej zgubna; najbardziej bowiem komplikuje nierówność rozdzielnością i czyni ją nieuleczalną. Istotnie, skoro tylko szlachcic i mieszczanin płacą różne podatki, rozkład i pobór ich odnawia corocznie granicę między klasami. Każdy z uprzywilejowanych czuje potrzebę zabezpieczenia się od pomieszania z masą i czyni w tym kierunku usiłowania.
Ponieważ obok tego w każdej niemal sprawie państwowej punktem wyjścia lub punktem końcowym jest podatek, od chwili więc, gdy obie klasy nie są opodatkowane jednakowo, nie pozostaje im prawie nic, nad czem by mogły wspólnie radzić, tracą powody do odczucia wspólnych uczuć i potrzeb. Nie trudno wówczas utrzymywać ich w rozdziale, utraciły bowiem sposobność i chęć do akcyi wspólnej.
Burke w mocno upiększonym obrazie dawnego ustroju Francyi zaznacza łatwość, jaką mieli mieszczanie nabycia szlachectwa przez kupno posady. Chce widzieć w tem podobieństwo do otwartej dla przybyszów arystokracyi angielskiej. Istotnie Ludwik XI powiększył znacznie liczbę nowej szlachty w celu poniżenia szlachectwa. Następcy jego rozdawali tytuły szlacheckie dla nabycia pieniędzy. Necker powiada, że za jego czasów było do czterech tysięcy posad, dostarczających tytuł szlachecki. Istotnie nic podobnego nie spotyka się w pozostałej Europie; lecz analogia Burcke’a staje się przez to jeszcze bardziej błędną.
Jeśli średnie klasy Anglii nie były wrogie arystokracyi, a nawet zostawały z nią w sojuszu, wynika to nietylko stąd, iż nie była ona zamkniętą, lecz jeszcze w większym stopniu z nieokreśloności jej formy i braku granic widocznych. Nietylko można było wejść w jej skład, lecz co najważnejsza można było do niej należyć nie wiedząc o tem. We Francyi, przeciwnie, granica oddzielająca od innych klas, chociaż łatwa do przebycia, była nieruchoma i widoczna, dlatego też systemat nadawania szlachectwa nie zmniejszał, lecz przeciwnie potęgował nienawiść nieszlachcica do szlachcica, uzupełniając ją tą zawiścią, którą budził nowy szlachcic w swoim dawnym współkla-sowcu. Dlategoteż stan trzeci w skargach swoich wypowiada zawsze większe podrażnienie przeciwko nowej szlachcie, niż przeciw rodowitej, i nietylko nie domaga się utorowania łatwiejszej drogi do szlachectwa, lecz przeciwnie, chce jej utrudnienia.
W żadnej dobie historyi naszej szlachectwo nie było tak łatwem do nabycia jak w r. 1789 i nigdy rozdział między szlachtą a mieszczanami nie był tak znaczny.
Zwracając się do stanu trzeciego, dostrzegamy tu objaw analogiczny: stan ten jest prawie również odcięty od ludu, jak szlachta od stanu trzeciego.
Za dawnych rządów prawie cały stan trzeci zaludniał miasta. Dwie były główne przyczyny tego: przywileje szlacheckie i podatek osobisty. Obywatel mieszkający w majątku swym bywał zwykle protekcyjnie poufałym w stosunku do włościan; lecz zuchwalstwo jego względem sąsiadów mieszczan nie znało granic. Wzrastało ono w miarę zmniejszenia jego władzy politycznej; gdyż z jednej strony, przestając rządzić, nie miał powodu oszczędzania tych, którzy dawniej pomagali mu w tej czynności, z drugiej zaś szukał w prawach fikcyjnych pociechy z utraty praw rzeczywistych. Nawet jego nieobecność w majątku nie dawała ulgi sąsiadom, gdyż przywilej wykonywany przez rządcę, stawał się jeszcze nieznośniejszym. Możliwą jest rzeczą, że podatek osobisty i inne z nim połączone stanowiły nie mniej doniosłą przyczynę.
Nie wchodząc w szczegóły, mogę zaznaczyć, że mieszczaństwo skupione w miastach posiadało liczne środki pozbycia się ciężaru tego podatku, czego nie mieli rozproszeni po wsiach włościanie. Najbardziej zaś uciążliwym był obowiązek jego pobierania, o czem wypadnie nam jeszcze mówić. Prócz szlachty zaś nikt prawie nie mógł się uwolnić od tej powinności. Aby jej uniknąć, zamożniejsza nieszlachta woli wydzierżawić swoje majątki i przenieść się do najbliższego miasta. Twierdzenie Turgot, że pobieranie podatku osobistego zamienia prawie wszystkich właścicieli ziemskich nieszlacheckiego pochodzenia na mieszczan, znajduje potwierdzenie we wszystkich tajnych dokumentach, które miałem w ręku. Oto jest jedna z przyczyn, dla których Francya ma większą sieć drobnych miast niż którekolwiek z państw europejskich.
Zabezpieczywszy się w ten sposób za pomocą murów miejskich, zamożny szlachcic tracił nawyknienia i pojęcia wiejskie. Staje się on obcym pracom i troskom tych, którzy zostawali na wsi. Całe istnienie jego skupia się na jednym celu: zostać urzędnikiem w mieście, gdzie osiadł. Błędnym jest mniemanie, jakoby gonitwa za posadami, właściwa wszystkim, a zwłaszcza średnim klasom Francyi dzisiejszej, powstała w dobie porewolucyjnej, jest ona wcześniejszą, a nigdy nie przestawała wzrastać, dzięki obficie dostarczonym sposobnościom.
Przed Rewolucyą posady były jeszcze liczniejsze niż dziś, ilość posad drobnych zwłaszcza była olbrzymia. Obliczono, że od r. 1693 do 1709 stworzono 400.000 posad, z których prawie wszystkie niedostępne były dla nieszlachty. W mieście prowincyonalnem średniej wielkości w r. 1750 naliczyłem 109 osób zajętych wykonaniem sprawiedliwości i 126 wykonywających ich wyroki, a wszyscy byli miejscowymi mieszkańcami. Namiętność mieszczan do posad jest naprawdę bezprzykładną. Skoro tylko który z nich znalazł się w posiadaniu kapitału, zamiast puścić go w obrót, używał na kupno posady. Ta drobna ambicya szkodziła więcej rozwojowi rolnictwa, niż podatek osobisty. Gdy nie starczyło miejsc, wyobraźnia aspirantów do nich wynajdowała niebawem nowe. Jedyna różnica między owym czasem a dzisiejszym, polegała na tem, że wówczas rząd sprzedawał posady, dziś zaś je rozdaje. Aby otrzymać posadę, poszukujący nie płaci, lecz czyni więcej, oddaje siebie do rozporządzenia rządowi.
Mieszczanin oddzielony był od włościanina nietylko miejscem pobytu i sposobem życia, lecz najczęściej i różnicą interesów. Było około 1000 posad, które uwalniały mieszczan od rozmaitych obowiązków państwowych. Jedną z przyczyn, dla której od czasu do czasu znoszą się niektóre urzędy dostępne dla mieszczan, jest zmniejszenie podatku osobistego, od którego te posady zwalniały.
Przywileje te były źródłem zazdrości dla tych, kto ich nie posiadał, a egoistycznej dumy dla posiadaczy. Przez cały wiek XVIII mieszczaństwo ujawnia nieżyczliwość względem włościan swego okręgu, a włościanie okazują nienawiść względem niego. Nawet warstwy ludowe, zamieszkujące miasta obok mieszczan, są przez nich traktowane jako wrogie, obce. Większa część ciężarów, które wprowadzają, spędzają przeważnie na klasy niższe. Nieraz miałem sposobność stwierdzić to, co mówi Turgot, że mieszczanie wynaleźli sposób regulować wydatek przewozowy tak, aby samym go niepłacić. Najwięcej zaś uderza obawa ze strony burżuazyi, aby nie być pomieszaną z ludem.
„Gdyby król życzył sobie, pisze jeden z mieszczan do głównego kontrolera, uczynić urząd mera obieralnym, należałoby zobowiązać wyborców, aby podawali głosy tylko na główniejszych notablów, lub nawet tylko na członków magistratu miejskiego”.
Widzieliśmy, że polityka królewska zmierzała ku ograniczeniu stopniowemu praw politycznych niższych klas ludności miejskich. Całe prawodawstwo królów od Ludwika XI do Ludwika XV ujawnia ją. Mieszczanie często ją popierają, niekiedy sami doradzają.
Podczas reformy miejskiej z r. 1764 pewien intendent pytał opinii władz miejskich małego miasta, czy należy zachować rzemieślnikom i innemu drobnemu ludkowi prawo wybierania urzędników. Radni owi odpowiedzieli, „że wprawdzie nigdy lud nie nadużywał swego prawa i że byłoby niezawodnie miłem pozostawić pociechę wyboru tych, którzy mają nim rządzić; lecz że byłoby jeszcze lepiej, dla zachowania porządku i spokoju publicznego, spuścić się na zgromadzenie notablów”.
Rozważmy teraz stan miejski sam w sobie. W tej drobnej części Francyi, oddzielonej od innych, dają się dostrzedz nieskończone podziały. Wśród notablów małego miasta znalazłem niemniej niż 36 rozmaitych korporacyi. Jakkolwiek nieliczne, dążą one jeszcze do tego, aby wykluczyć z pośród siebie żywioły różnorodne. Dzięki temu w niektórych z nich pozostało po trzy lub cztery osoby. Wszystkie są rozłączone jakiemiś drobnemi przywilejami, o które toczą nieustanne spory. „Postanowiono nareszcie, że woda święcona będzie się podawała wcześniej magistratowi, niż radzie miejskiej. Parlament wahał się, lecz król przeniósł sprawę do swej rady i rozstrzygnął ją osobiście. Dawno już trzeba było tak uczynić, sprawa ta burzyła całe miasto”. Jeśli jednej korporacyi daje się pierwszeństwo w zgromadzeniu notablów przed drugą, ta druga postanawia wcale się nieukazywać. Perukarze w mieście La Flèche postanawiają w ten sposób wynurzyć słuszne oburzenie wywołane przez pierwszeństwo nadane piekarzom.
Ciągłe podrażnienie miłości własnych tych drobnych towarzystw, wzrastało ustawicznie, a po za próżnością, tak właściwą Francuzom, zapominano o dumie narodowej. W XVI stuleciu istniała już większość korporacyi, o których tu mówiłem, lecz po załatwieniu spraw swego związku łączyły się one z wieloma obywatelami, aby decydować sprawy miejskie. W XVIII w. korporacye te zamknęły się w sobie, albowiem objawy życia municypalnego stały się rzadsze i wykonywały się przez pełnomocników.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Alexis de Tocqueville i tłumacza: Władysław Mieczysław Kozłowski.