Cześnikówny/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Cześnikówny
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1876
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator J. Chełmoński, X. Pillati
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Gdyby kto nazajutrz z rana, po mszy rannéj u dominikanów, stanął był u kruchty i przypatrywał się wychodzącym z kościoła, byłby mimowolnym świadkiem sceny, którą tylko ubodzy, naówczas tu zgromadzeni, widzieli... dobrze jéj nie mogąc zrozumiéć.
Wówczas gdy się prymarya odprawiała, weszła, nieśmiałym krokiem, do przedsionka kobiéta niemłoda, któréj twarz zarówno jak ubiór, choć poszarpany, świadczyły, iż nie była na żebraczkę urodzoną. Rysy jéj niegdyś piękne i szlachetnego wyrazu, czarne oczy ogniste, zacięte usta, choć nędza je powykrzywiała i napiętnowała — zachowały coś z dawnéj piękności, jakby przysypanéj gruzami. Odzież była poszarpana, lecz niegdyś kosztowniejsza niż zwykłe łachmany żebracze... Ogromną chustką, jeszcze nową ale zbłoconą i zszarzaną, okrywała starannie ten strój, który nawet od zimna przejmującego nie mógł jéj uchronić. Na twarzy wzruszenie, obłąkanie, smutek; — dzikie jakieś a gwałtowne uczucia wybijały się z pod przybranéj maski obojętności. Kij prosty miała w ręku, pomarszczoną skórą okrytéj, małéj i pięknego kształtu. Znać obca tu, bojaźliwie się wcisnęła, oglądając, do kościoła... padła na kolana w kuchcie, pocałowała podłogę, podniosła ręce do góry, jęknęła i zaczęła się modlić. Była to piérwsza stacya, bo po niéj wstała, poszła ku ławkom i tam tak samo klękła, po raz drugi całując ziemię; naostatek dociągnęła się przed wielki ołtarz, i tu się krzyżem układła...
Słychać było płacz jéj i głośną modlitwę... Gdy ją potém opuściły siły, poszła pod boczny ołtarz i tam do ściany przyparta, zgarnięta cała dla zimna, drżąc, przesiedziała mszą świętą.
W piérwszéj ławce siedziała, na tęż mszą przybyła, generałowa, którą widzieliśmy wczoraj na wieczorze pani Salomei. W początku mszy zaraz wzrok jéj padł na żebraczkę;... zadrżała, przestała się modlić, i już go od niéj odwrócić nie mogła. Uboga nie postrzegła zrazu że zwróciła na siebie tak pilną baczność, patrzyła na ołtarz tylko... Zapomniawszy się jednak... znużona, gdy i modlitw jéj już do odmawiania nie stało, obłąkanym wzrokiem powiodła po kościele, i postrzegła generałową.
Oczy jéj wlepione w nią zaiskrzyły się, wyprostowała się... Osłupiała patrzyła na nią długo, wreszcie jakby omamieniu się broniąc, odwróciła się nagle i znowu gorączkowo modlić zaczęła... Kilka jeszcze razy machinalnie obróciła się ku generałowéj... i za każdym razem schylała ku ziemi, jakby karząc siebie za grzészną ciekawość.
Generałowa siedziała jak wkuta w swéj ławce, nie mogąc się ruszyć...

Widocznie między temi dwoma kobiétami, stojącemi dziś na ostatnich, przeciwległych sobie krańcach, społecznych stopni — musiał niegdyś być jakiś stosunek — znać się musiały kochać czy nienawidziéć — cóś je łączyło z sobą. Z wejrzeń nie podobna było poznać, miłość czy nienawiść miały w sercu... obu im paliły się oczy, drżały usta i ręce, obie zdawały się chciéć zbliżyć i wstręt miéć a obawę spotkania... Generałowa nie mogła się ruszyć złamana, żebraczka miotała się usiłując
Stój, zawołała półgłosem — tyś Natalia...
utrzymać w miejscu, choć coś ją pędzić się zdawało ku niéj. Kościół się powoli chwilowo wypróżniał... dziadek gasił świéce, bractwo miało rozpoczynać różaniec, gdy, przemagając obezwładnienie swe, generałowa wstała, zadrżała niby od dreszczu, narzuciła chustkę czarną, i chwiejąc się a przytrzymując ławek, zwolna, nie oglądając się już, wychodzić zaczęła z kościoła.

Żebraczka wstała téż, przeżegnała się, i krokiem przyśpieszonym z drugiéj strony ławek pobiegła, usiłując w twarz zajrzéć generałowéj. Mrok był w kościele, a zasłonka spuszczona na czoło niedozwalała dojrzéć dobrze jéj rysów.
Niespokojna aby jéj nie uszła, uboga zabiegła drogę, — od wnijścia padało trochę światła. Chciwie zaczęła się wpatrywać w idącą, która czując to nie podnosiła oczów... Tak doszły do kruchty, w któréj kilku tylko siedziało żebraków. Generałowa ręką sięgnęła do kropielnicy po wodę święconą, i w téjże chwili palce żebraczki dotknęły się jéj także... ale oczów nie spuszczała z generałowéj. Od progu dzienny blask wpadając już w pełni, zbladłą twarz jéj oświecał, i pałające nieodgadnioném uczuciem oczy. Mimo różnicy wieku, stanu, wyrazu, dwie te twarze, które los zbliżał wypadkiem, uderzały nadzwyczajném podobieństwem rodowém. Były to jakby dwa odbicia jednych rysów: wypieszczonych dostatkiem, wyniszczonych nędzą. Generałowa teraz zdawała się wysilać na to aby zwyciężyć siebie samę — i nie podnieść oczów. Odchodziła już od kruchty ku drzwiom, gdy drżąca żebraczki ręka chwyciła jéj chustkę.
— Stój, zawołała półgłosem — tyś Natalia... jam cię poznała! tak poznałabym cię w piekle nawet, w którém może obie będziemy! I rozśmiała się dziko...
W tém na bladéj, oniemiałéj twarzy generałowéj, która osłabła o słup się oprzéć musiała, spostrzegła dwa strumienie łez, płynące cicho...
Twarz jéj zmieniła się nagle, załamała ręce — z oczów zaczerwienionych trysnęły łzy, i rzuciła się ściskając ją za kolana.
— Natalio — nie odpychaj nieszczęśliwéj... Natalio — czyż my sobie będziemy obce?
Jenerałowa jeszcze się odezwać nie mogła. Przerażona potoczyła wzrokiem dokoła, nie było nikogo oprócz zdumionych ubogich, przypatrujących się scenie dla nich nie zrozumiałéj.
— Chodź za mną! odezwała się półgłosem, tu nie miejsce.
Postąpiła krokiem; żebraczka posłuszna puściła jéj suknią, cofnęła się, otarła oczy, ujęła swój kij upadły na ziemię, i zwolna za nią się powlokła. We drzwiach obejrzała się jeszcze generałowa, dając jéj znak oczyma aby szła za nią. Biegła prędko zrazu, ale wypadłszy w ulicę, gdy ją owiało powietrze, musiała się wstrzymać trochę, aby go do piersi zciśniętych zaczerpnąć.
Żebraczka stała w pewném oddaleniu za nią...
Po chwili spoczynku, generałowa, zasłoniwszy twarz zupełnie, otuliwszy się okryciem, skierowała się na Podwale. Kilka razy oglądała się nieznacznie, aby obaczyć czy żebraczka idzie za nią — widziała ją idącą zawsze w tém samém oddaleniu. Tak doszły obie do bramy jednego domu, w któréj nie było nikogo. U wschodów stanęła generałowa, ledwie się na nogach mogąc utrzymać, i czekała. Żebraczka weszła.
— Różo — zawołała do niéj szybko, zebrawszy się na męztwo generałowa, stój tu i czekaj aż przyślę po ciebie. Nie mogę przyjąć cię w moim domu... Mąż mójby cię zobaczył... on nic nie wié — niemogę, tu mieszka przyjaciółka lat dziecinnych... muszę jéj powiedziéć, poprosić, oznajmić... przyślę po ciebie... Zatrzymaj się chwilę...
Odwróciła się, wymówiwszy te wyrazy szybko... Żebraczka wysłuchała ich niema i padła na piérwszym stopniu, głowę złożywszy na wyższym, znużona i osłabła...
Dzwonek dał się słyszéć na piérwszém piętrze, otwarły się drzwi: — kobiéta średnich lat, niegdyś piękna, któréj płeć zjadły jakieś kosmetyki, żółta, blada, ale twarzy ożywionéj i wesołéj, ubrana na wpół dziwacznie bardzo, sama wyjrzała i zobaczywszy nadchodzącą, krzyknęła.
— A! to ty! sługi nie mam! wystaw sobie probuję tego nieszczęsnego stroju, który ma być wschodni! Znajdujesz mnie jakby gotującą się na maskaradę... Gdy to mówiła, mała, może dwunastoletnia, dzieweczka, jak anioł śliczna, z rozpuszczonemi włosami blond na białe ramiona, z okrzykiem przypadła do Natalii.
Pokój, którego drzwi się otwarły, przedstawiał obraz dziwnego nieładu. Po krzesłach i kanapach leżały różnokolorowe jakieś części ubrania... Na stole mnóstwo rysunków i książek. Wśród nich na drewnianéj głowie przepyszna peruka upudrowana, zdawała się do włożenia przygotowaną.
Kobiéta, która drzwi otwarła, z wesołą twarzą uśmiechem i szczebiotaniem, dziéwczę, które z radością wybiegło naprzeciw generałowéj, na widok jéj twarzy — stanęły osłupiałe i przelękłe. Zmienioną była, jak trup bladą i oczy miała obłąkane.
— Moja najdroższa — zawołała szybko — ratuj mnie... potrzebuję z tobą dwa słowa pomówić sam na sam... Prędzéj — ginę!
Gospodyni gwałtownie pochwyciła, całując, dzieweczkę i popchnęła ją do drugiego pokoju, drzwi zamykając za nią; a sama przypadła z załamanemi rękoma do generałowéj.
— Co ci jest! ten przeklęty mąż znowu!
— A, nie! dola, dola moja! odparła kobiéta, padając na krzesło i głowę kładnąc na stole — dola mnie prześladuje! przeszłość mnie goni. Droga moja, zlituj się, pozwól... ja muszę tu u ciebie widziéć się i pomówić — z siostrą. Zobaczysz ją! to widmo straszne! tę żebraczkę na pół może pijaną; — załamała ręce.
— Gdzież ona jest? gdzie?
— Czeka u wschodów...
Gospodyni, nie pytając już o nic więcéj, narzuciła ogromny płaszcz na siebie i zbiegła coprędzéj.
Na widok odartéj żebraczki, na pół leżącéj na wschodach — stanęła — męztwo ją odstąpiło. Cześnikówna podniosła głowę słysząc nadchodzącą, i zaczęła szukać upuszczonego kija.
— Chodź pani za mną! zawołała głosem zmienionym gospodyni.
— A śliczna mi pani! rozśmiała się uspokojona już na chwilę żebraczka, opamiętywając się gdzie była... Dajże mi jéjmość rękę... bo nogi jak połamane...
Mimo wstrętu wyciągnęła rękę gospodyni, a żebraczka poczęła się ciągnąć zwolna, trzymając poręczy. Tak się dowlokłszy do drzwi Róża postawiła swój kij w sieniach, owinęła się chustką i zwolna wsunęła, oczyma wodząc po pokoju. Zobaczywszy generałową, stanęła naprzeciw niéj w milczeniu.
Gospodyni łatwo było się domyśléć, że przytomność jéj była tu zupełnie zbyteczną; spojrzała na przyjaciółkę, skinęła, wskazując że będzie obok, i wyszła.
We drzwiach już litość ją wzięła nad nieszczęśliwą, któréj podsunęła krzesło, zrzuciwszy z niego strój jakiś.
— Siadaj pani — rzekła.
— Co! ja? na krzesełku? a tobym wam obrzydziła je na wieki — odparła, śmiejąc się gorzko, kobiéta. Stać nie ustoję, ale siąść nie siądę — chyba na podłodze.
Obejrzała się wkoło, zsunęła powoli na ziemię i westchnęła, sparłszy na łokciu.
Zostały sam na sam z generałową, która mierzyła siostrę oczyma długo, aby rozpoznać, czy była przytomną.
Ślady odbiegłego szału widoczne były wprawdzie na zwiędłéj twarzy żebraczki, lecz w téj chwili patrzyła spokojniéj, i nic nie zdradzało obłąkania. Z czerwoności pijaczéj na licu zostały tylko dwie wypalone plamy ceglaste. Usta popękane zbladłe, drżały chorobliwie.
Dwie siostry mierzyły się oczyma.
Siedząca na ziemi poczynała się uśmiéchać.
— Ot tak — zawołała, uderzając się ręką po odartéj odzieży — rodzone — jedne losy, jedne winy, a sprawiedliwość dla nas nie jedna! Ja w łachmanach, ty w koronkach... ha! ha! a pies nie zdechł?
— Wiész — dodała — myślałam żem już z nim skończyła. W nocy ściągnęłam go z konia pod dębem, rozbił sobie czerep o pień, krew ciekła, umoczyłam w niej rękę, czuję ją do téj pory... Sądziłam, że szatan weźmie duszę, która mu się należy, ale i on jej nie zechciał. Żyje, a ja się i tu musiałam przywlec za nim.
Zamilkła, patrząc znowu na płaczącą generałowę.
— Różo, odezwała się nareszcie, ociérając łzy — widzisz mnie i zdaje ci się żem szczęśliwą! Nie wiész com przeżyła, nie wiész jak żyję, drżę przed tym, który mnie podniósł z ziemi.. codziennemi łzami opłacam koronki swoje...
— Tośmy obie nieszczęśliwe — krzyknęła żebraczka, a ten łotr co nam obu wziął szczęście, życie złamał, chodzi swobodny, bezkarny... i naigrawa się nędzy naszéj...
— Gdzie twoje dziecko? zawołała po chwili — gdzie ono...
Generałowa zakryła oczy...
— Ja nie mam dziecka!..
— Zabił je? podchwyciła żebraczka; a cóż mu tam było jednym trupem miéć na sumieniu...
— Ja nie mam dziecka! powtórzyła, płacząc, kobiéta; o! nie mów, nie wspominaj mi o tém... miéj litość nademną...
Zamilkły obie. — Żebraczka bezmyślnie palcami darła podłogę. Podniosła oczy.
— Ja się mściłam całe życie — rzekła — ale co ja mogę? czemu ty mocniejsza nademnie nie pomścisz się na nim za mnie i za siebie?... Przecież twój mąż; — bo masz męża... musi znać przeszłość twoję... Każ mu go zabić... zabić!...
Natalia podniosła głowę nagle.
— O, gdybym słowo rzekła — odezwała się — nie przebaczyłby!! nie zniósłby tego aby z moją tajemnicą w piersi chodził kto po świecie.
Zamyśliła się, brwi marszcząc dziko.
— Uczyń to — krzyknęła żebraczka — ja ci wszystko przebaczę...
— Któraż ma z nas przebaczyć? — przerwała generałowa — ja czy ty? Która z nas winna... Nie odebrałam ci jego serca, bo on nigdy nie miał go, bo dać nie mógł... Zbójca — zdradził nas obie.
— Gdybym go zobaczyła na marach — jakby sama do siebie poczęła mówić żebraczka — powróciłabym do lasu, wlazła w dębowe dziupło, przysypała się suchemi liśćmi i zasnęła... Umrzéć mi nawet nie daje!!...
— A mnie żyć! — wybuchnęła, wstając, generałowa. — Słuchaj, Różo — nie mówmy o tém — dosyć — nie chcę byś się tak włóczyła... Zaléwasz się i pośmiewiskiem jesteś dla ludzi....
— A no? wielka pani moja — rozśmiała się z ziemi żebraczka — cóż ty mi dasz? pałac? cztéry konie? sługi? wór piéniędzy? Dobraś ty! Myślisz że po całego życia włóczędze z cyganami i złodziejami, usiedziałabym na poduszkach, w okienku z różańcem w ręku! Ale!... mnie w izbie duszno... ja wódkę pić muszę... Pali we wnętrznościach, gdy jéj nie mam. — Wolałabym nie jeść... Jak się spiję, to mi szczęśliwe czasy śnią się, i śpiéwam, i skaczę, i jestem różyczką różową, z wianeczkiem na głowie.... a tak... tom nędzna... w łachmanach. — Spuściła głowę. — Co ty mi poradzisz? Nic — bo to przeznaczone! Tobie koronki ze łzami, mnie łachmany ze śmiéchem. Diabeł-że wié, które gorsze...
Popatrzyła na siostrę, a potém w długiém stojącém zwierciadle na siebie, i poczęła włosy zeschłą ręką przygładzać...
— Byłyśmy niegdyś podobne do siebie — a teraz jak wiecheć do strusiego pióra... Jaka ty jeszcze młoda, a jaka ze mnie diablica straszna... A nom się nahulała po świecie...
Pokiwała głową.
— A ty? — pytała.
— Jam się męczyła tylko! — odparła cicho generałowa...
— Aleś rozum miała... Ja mój wrzuciłam do studni. Kat mi po nim, aby mnie nieustannie swędził; — nie było już czego szczędzić... to się żyło... aby prędzéj do końca... O nieraz, jak w głowie zaszumiało błyskawicami i wszystko się poplątało, myślałam: będzie koniec... już się téż nie zbudzę. Chłodny ranek bólem wyrwał ze snu i trzeba było iść daléj, a męczyć się znowu...
— Dokończ-że życia inaczéj — odezwała się z litością Natalia — choć ukradkiem od męża znajdę grosz na twoje utrzymanie. Spocznij — ty się na nim nie pomścisz... zostaw to mnie...
— Dosyć by mnie widział że za nim chodzę w tych łachmanach — przerwała Róża — to dosyć... Przywlekłam się tu za nim... będę mu stać u progu, wypędzę go ztąd...
— Nie — zawołała Natalia — niech zostanie — na mnie koléj — daj mi go — ja lepiéj potrafię...
Mówiąc to wstała cała drżąca i obie zdawały się jedném uczuciem oddychać.
— Ot tak, to ja Natalkę lubię... rozśmiała się żebraczka, czuję żeśmy rodzone... Już tylko ty dokończ com ja poczęła, a o mnie się nie frasuj. Pójdę w las... albo głód dobije, albo wilcy zjedzą, albo mróz duszę wyciśnie...
Potrzęsła głową.
— A co powiész — odezwała się ze śmiechem dzikim — wilcy starych kości nie chcą ogryzać. Razem się z niemi nocą spotkała... Sześciu ich stało... oczy im się świeciły jak węgle... Nie było co robić? wzięłam się w boki i poczęłam śpiéwać i tańcować? Patrzyli na mnie oczyma krwawemi patrzyli... potém zawył jeden, drugi i wyjąc w las uciekli... Już się ich teraz nie boję...
Mówiąc otarła usta ręką... obejrzała się do koła, oczyma czegoś szukając...
— Nie jadłam dwa dni, a nie piłam od wczoraj, rzekła cicho — ostatnie trzy grosze poszły juści na wódkę nie na chléb... Chlébaby było za mało, a wódki starczyło głodnéj na upicie...
Generałowa usłyszawszy to pobiegła do drzwi gospodyni i zapukała do nich, poszeptały z sobą w progu. Róża oczyma chciwemi ścigała wszystkie siostry ruchy, a gdy zobaczyła w jéj ręku talerze i chléb... podniosła się nieco...
— Pić! zawołała, na miłosierdzie — wódki!.. co mi tam jadło! mnie wnętrzności pali pragnienie, smoły dajcie, byle pić! pić!
Karafka z wodą stała na stoliku, pochwyciła ją generałowa, ale spojrzawszy na nią żebraczka odepchnęła.
— Ale! ale! krzyknęła — to ja i w kałuży znajdę... Umywać się nie będę... a wodybym nie przełknęła... Każ dać wódki...
Siostrze ręce opadły z politowania i zgrozy... nie umiała odpowiedziéć.
— Bo ty wielka pani! a ja stara żebraczka... rozśmiała się — nie bój się, nie bój! ja się i kwartą nie upiję, a już pić muszę...
— Nie każże mi na to patrzéć...
Zamilkła Róża wreszcie — rękę wyciągnęła po talerz, spuściła głowę i jadła posłuszna. Trwało to chwilę tylko, odsunęła talerz próżny...
— Różo — odezwała się generałowa — mówmy rozsądnie, posłuchaj mnie. — Dosyć téj włóczęgi — ja ci znajdę co trzeba na życie... W tym domu izbę ci najmie przyjaciółka moja... Siedź, spocznij... ja opatrzę w co będzie potrzeba... nie zabraknie ci niczego...
Ze spuszczoną ciągle głową, słuchała żebraczka... gdy podniosłszy ją mówić zaczęła, głos miała zupełnie zmieniony — spokojniejszy, ustąpiła gorączka z którą weszła...
— Cóż? zamkniętéj chyba umrzéć, — rzekła, i myślami się własnemi udusić? Cóż ja pocznę z dniami? co pocznę z godzinami?
— Będziesz się modlić.
— Tak — ja się modlę — modlę gorąco, leżę krzyżem, płaczę i jęczę u ołtarzów, nie pomaga nic — nie słucha Bóg... Modlitwa idzie do Niego, a od Niego pociecha nie spływa...
— Różo moja — siostro moja — rozczulona poczęła generałowa — jeśliś mnie kochała kiedy — zaklinam cię, usłuchaj... daj się uratować!...
— A tak! tak! kochałyśmy się kiedyś — póki on nas nie pokochał obu, aby nas obie zwieść — od tego czasu tylko nienawiść została...
— Jam jéj nie miała w sercu.
— Ja jéj dziś nie mam już — odparła Róża — Bóg z tobą! Gdyby jeszcze ten pies zdechł...
Generałowa dała jéj znak aby zamilkła.
— Cicho — rzekła — teraz koléj na mnie; zobaczymy.
I nie czekając odpowiedzi żebraczki, wyszła do drugiego pokoju. Róża układła się na ziemi, podsunęła rękę pod głowę i usnęła natychmiast, długiém znużeniem złamana...
W drugim pokoiku nie było nikogo. W trzecim dopiéro siedziała z książką w ręku, skromnie ubrana ta sama kobiéta, która drzwi otworzyła wchodzącéj generałowéj. Przy jéj kolanach stała dziéweczka, z rozpuszczonemi włosami, ręce wyciągając ku wchodzącéj i śmiejąc się do niéj z radością dziécięcą.
Generałowa pocałowała ją w główkę.
— Lizko moja — rzekła — idź.... zabaw się — ja z twoją mamą muszę cóś pomówić długo... Nie wchodź tylko do piérwszego pokoju... tam leży kobiéta... któréj przeszkadzać nie trzeba...
Dziécię doskonale zrozumiawszy, rzuciło się jeszcze raz na szyję generałowéj i pobiegło. Dwie przyjaciółki zostały same. Ta którąśmy przed godziną widzieli na pół ubraną, wdziała już skromną suknię czarną i wydawała się w niéj lepiéj, choć twarz zmęczona, oczy wpadłe głęboko, znamiona ciężkiéj pracy i przebolałych godzin, nadawały jéj coś prawie męczeńskiego. Wesołość i rezygnacya kontrastem podnosiły ten wyraz utajonéj boleści życia.
Generałowa, która łzy miała na oczach, uściskiem dziecka wyciśnięte, otarła je prędko, pochwyciła dłoń jéj i ściskając, zawołała głosem stłumionym:
— Daruj mi, przyjaciółko, towarzyszko, siostro moja, jeśli mi cię tak nazwać wolno — scenę dzisiejszą. Rachując na serce twe, pod dach się twój schroniłam z niedolą moją... Znasz mnie od lat wielu, od tych dni, gdyśmy razem młodą nędzę na tych deskach teatru spędziły, z których tyś dotąd nie zeszła... A! i dobrześ uczyniła! Jam na innym teatrze i własnego życia gram tragedyą! Widziałaś tę żebraczkę — to siostra moja — siostra rodzona, siostra upadła aż na dno najgłębszéj kałuży. Ja ją ratować muszę! Pomóż mi! Ty masz serce ludzkie, niewieście — tyś dobra...
— A! z duszy, z serca! — przerwała gwałtownie i ze łzami w głosie artystka — zrobię co każesz! Choćbym ją za własną moję siostrę nawet podawać miała — cóż mnie to zaszkodzić może — nic nie mam do stracenia, a zyszczę dobry uczynek.... Rozkazuj, droga moja..
— Dam co potrzeba na to... zaopiekuj się nią... najmij dla niéj izdebkę — odziéj, nakarm... zapobież, jeśli podobna...
Tu rumieniec okrył jéj twarz.
— Ona pije! ona się zapija! i szaleje pijana! — dodała ciszéj.
Zamilkły obie, patrząc na siebie przerażone...
— Jakże mogła upaść tak nizko! — zapytała aktorka.
— Spytaj dlaczego i jak ja także nie upadłam z nią na równi — mówiła generałowa — nigdy ci się nie spowiadałam z losów naszych... Ten sam człowiek, który złamał życie moje, zabił ją także... jeden los spotkał nas obie. — Ona żyła i żyje zemstą tylko, na moję teraz dopiéro czas nadchodzi...
Artystka, spojrzawszy na przyjaciółkę gdy wymawiała te słowa, zdumiała się zmianą wyrazu jéj twarzy. Coś dzikiego i okrutnego nagle te piękne rysy uczyniło strasznemi. Ściągnęły się brwi, zsiniały usta, pobladły policzki — oddychała szybko i ciężko.
— Ale dość o tém — zakończyła — winien mi nietylko rachunek nieszczęść moich, ale i losu dziécięcia... Odpowiedziéć za to musi... Męża użyję... raz w życiu przyda mi się dzikość tego człowieka, od któréj wycierpiałam tyle.
— Natalio — siostro — chwytając obie jéj ręce — podchwyciła aktorka — zaklinam cię — zastanów się, opamiętaj... Cierpiałaś dosyć! Zemstę zostaw Mścicielowi krzywd wszystkich — daruj mu winę.
— Moję — przebaczyłabym — zawołała generałowa... ale ta jasna główka mojego dziéwczęcia, które mi odebrał, które znikło... którego się pozbył, które cierpi może za grzechy moje — A! nigdy! nigdy!...
— Tereniu moja — dokończyła — to sprawa obca tobie... ja ci oddaję siostrę — czyń co możesz... Bóg ci to nagrodzi, ja nieskończoną wdzięcznością odpłacę.
Rzuciły się sobie na szyję, płacząc...
— Chodźmy do niéj — zawołała Teresa — zostawisz mi ją. Ja dziś od repetycyi jestem wolną, próby nie będzie, mam dzień cały... Na górze są izdebki.... Dam sobie rady.... dodała wesoło. — My ludzie biédni zmuszeni się ocierać o różne istoty upadłe... umiémy zawiązywać rany i balsamować blizny. Zostaw mi ją... Za grzéchy młodości, niech mi się zdaje żem mogła zostać siostrą miłosierdzia! niestety! gdybym kiedy nią istnie być chciała, odepchnęłyby mnie ze zgrozą święte niewiasty... dowiedziawszy się żem była artystką!! Dawniéj były plemiona przeklęte, dziś jeszcze są przeklęte stany...
To mówiąc, otwarła drzwi piérwszego pokoju... weszły. Na podłodze wyciągnięta spała głęboko znużona kobiéta.. Nie słyszała ich, nie poczuła, gdy stanęły nad nią.
Generałowa dobyła woreczek i położyła na stole, ścisnęła rękę przyjaciółki i skierowała się ku drzwiom.
Tu czekała ją Lizka, aby uściskiem pożegnać... Dziécię to było wychowanką panny Teresy, a nazywało ją mamą. Ludzie, nawet generałowa, nie wierząc opowiadaniu panny Teresy, posądzali ją o bliższy stosunek z dziécięciem, które miało być wzięte od Dzieciątka Jezus. Ile razy panna Teresa opowiadała, jak je sobie uprosiła na wychowanie, uśmiéchano się nieznacznie, udając tylko że tę bajeczkę za prawdę przyjmowano. Czuła to bardzo dobrze artystka, iż posądzoną być może, ale się przywiązała do dziéweczki i niewiele ją to obchodziło.
— Mój Boże! — mawiała, śmiejąc się i całując dziécię — cóż mi to szkodzi, że mnie sobie posądzają. — Byłabym szczęśliwą, żeby to prawdą być mogło! ale i tak, któżby mi ją kochać bronił?
Kochały ją we dwie na wyścigi, bo i generałowa, ile razy ukradkiem przed mężem mogła się wybrać do przyjaciółki, bawiła się Lizką i bałamuciła ją potrosze a psuła nawet bardzo. Dziéwczę dobre było, ale rozpuszczone i swawolne...
W kątku sieni zakradłszy się, Lizka przyczajona wpadła, oburącz chwytając za szyję generałową, aby ją wycałować na pożegnanie.
— Nie puszczę cię — wołała — musisz mnie téż pocałować z obu stron... bo cię pewnie znowu długo widziéć nie będę... Ale pocóżeś taką brudną i brzydką babę tu sprowadziła do nas...
— Bo biédna bardzo...
Dziéwczę pomyślało trochę.
— Jabym jéj téż ze skarbonki groszyk dała — ale taka brudna...
Pożegnały się uściskiem. Generałowa z przestrachem spojrzała na zegarek i co żywiéj pobiegła do domu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.