Cześnikówny/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Cześnikówny
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1876
Druk Józef Unger
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator J. Chełmoński, X. Pillati
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


W historyi salonów warszawskich, których sama klassyfikacya niemałą dla ich dziejopisa przedstawiałaby trudność, nie zapisano wcale jednego z najoryginalniejszych w owych czasach. Uległ on temu łatwemu zapomnieniu, któremu uległy ruiny dawnych grodów, zasypana Pompeja i przez długie wieki zakryte katakumby... Są ludzie i salony, które tak przechodzą jak kwiaty;.. opadną z nich listki zabarwione na ziemię, noga przechodnia z błotem je pomięsza, łodyga zeschnie siéroca — woń rozniosą wiatry i wszystko na wieki skończone...
Salon pani Salomei był swego czasu bardzo świetny. Gospodyni, nie młoda już wdowa, jak się zdawało majętna, chociaż ani źródeł jéj dochodów, ani ich doniosłości nikt nie znał — miała wszystkie przymioty jakich do funkcyi téj trudnéj wymagać można. Była dowcipną, oczytaną, lubiła sztuki, bawiła się namiętnie muzyką, obchodziło ją wszelkie nowe zjawisko — miała wiele pobłażania dla ludzi i wyrozumiałości dla ich błędów — nie gardziła żadnym żywiołem, który jéj salon mógł chwilowo podnieść i uczynić pociągającym, chętnie służyła zakochanym i broniła do ostatka oskarżonych — o małe wykolejenia na smutnéj drodze żywota...
Nawet powierzchowność pani Salomei, którą w kołach znajomych zwano pułkownikową, choć nieboszczyka jéj męża równie nikt nie znał, jak majątku — nadawała się doskonale na panią takiego salonu. — Wiek jéj był zagadką, była jeszcze ładną, już nie bardzo młodą, pełną wdzięku, troszeczkę zalotną, choć nikt, nic, nigdy zarzucić jéj nie mógł. Niektórzy dawali jéj lat trzydzieści kilka, drudzy o dziesięć więcéj. Miała tę szczególną fizyognomyą i humor że wcale nie starzała. Być może, iż rzadko pokazując się we dnie, wieczorami umiejąca obrachować efekty światła, resztki piękności tak doskonale zachować potrafiła...
Salon pani Salomei nie znajdował się w jedném z głównych ognisk miasta, gdzieby obszerniejsze mieszkanie bardzo drogo opłacać potrzeba; — zajmowała dom przy niewielkiéj uliczce, ale urządzony pięknie. A że od wielu lat w nim mieszkała — gospodarz zgodził się chętnie na to, by sobie lokal podług swéj fantazyi ubrała. Było to więc skromne zarazem i poważne i piękne, a nadewszystko w dobrym bardzo smaku. Było w modzie mieć wolny wstęp do salonu pani pułkownikowéj, która przyjmowała dwa razy na tydzień, w Niedzielę i Środy. Oprócz tego mniejsze kółka zbierały się u niéj niemal codziennie, gdyż wieczorami, prawie zawsze siedziała w domu.
Wszystko co mogło do rozmowy pobudzić, nastręczyć przedmiot do rozrywki — zająć przyjemnie gości — obficie tu było nagromadzone. W większym salonie stał nietylko doskonały Pleyel ale i organek Aleksandra. W drugim był bilard wielki i mały. Na stołach leżały wszystkie dzienniki krajowe i zagraniczne znaczniejsze, mnóstwo albumów... Była szachownica dla miłośników téj gry, i jeden stolik do kart dla starych, choć pani Salomea otwarcie się przeciw nim odzywała. Gabinet dla nałogowych tytuniarzy, opatrzony był w dobre cygara...
Herbaty i wieczerze choć skromne, doskonałe były i starannie przygotowane. Zimą panowało w pokojach ciepło miłe, latem chłodek przyjemny. Nie dziw więc, że żaden może salon tak uczęszczanym nie był jak pani Salomei.
Oprócz jakiejś pani do towarzystwa, która wcale się do niczego nie mieszała, i rządziła tylko herbatą i wieczerzą, — nie miała pułkownikowa nikogo zawadzającego przy sobie. — Nigdy nie zjawiali się tu ani natrętni krewni, ani kuzynowie z prowincyi, owe dysonanse i nuty fałszywe, które gdzieindziéj psuć zwykły harmonią dobrze dobranego towarzystwa.
Jeden jeszcze urok pociągał ku salonowi temu, mającemu już i tak wiele wdzięku i dogodności dla dostojnych tych próżniaków, co wieczorami nie wiedzą co zrobić z sobą. Nadzwyczaj wiele małżeństw kojarzyło się pod osłoną, opieką i niewidzialną a jednak skuteczną pomocą pułkownikowéj. Tu wystawiano panny na wydaniu na widok publiczny, tu się zjawiały nieszczęśliwe wdowy po zrzuceniu grubéj żałoby, tu przychodzili kawalerowie tęskniący do złotego jarzma, wdowcy usiłujący choć późno zrobić głupstwo, a nawet rozwódki i rozwiedzeni, istoty najnieszczęśliwsze, bo odstręczające od siebie wspomnieniami przeszłość.
Pani pułkownikowa nigdy w życiu nikogo nie swatała, nigdy się nie wdawała czynnie w sprawy serc i temperamentów — zdawała się obojętnym widzem — a jednak miała jak mówiono takie szczęście, że gdy się kim zaopiekowała tylko współczuciem, poprowadziła go szczęśliwie do ołtarza. Było w tém coś nieodgadnionego, cudownego; jakiś fatalizm czy szczęście.
Ktokolwiek podówczas na dłuższy czas zamieszkać chciał w Warszawie, tak samo jak wpisywać się musiał do resursy, tak téż i prezentował się u pułkownikowéj. Ona sama téż dbała o to aby jéj nie uchybiono...
Ani téż dziwić się można, że pan Michał Skórski zjechawszy na stałe mieszkanie do stolicy, nająwszy ładne pięterko, urządzone po kawalersku, odnowiwszy swą garderobę u Chabou, porobiwszy znajomości nowe z pomocą starych odświeżonych — musiał się w końcu kazać przedstawić pani Salomei.
Obrządku tego w jednę piękną środę jesienną dopełnić miał dawny towarzysz szkolny, kolega ze służby cywilnéj, pan radca Fazyński; — bo w Warszawie mało kto nie jest, nie był i nie może być jakimś radcą... Radca Fazyński był jednym z prawdziwych i dobrego gatunku; urzędnik od lat młodych, przyrosły do tutejszego bruku i pilnie zajęty swojemi obowiązkami biurowemi we dnie, wieczorami rozrywał się w resursach, teatrze i na wieczorkach. Swobodny, wdowiec bezdzietny, pan Fazyński niczém nie był krępowany; żył jak chciał — a chciał żyć tak aby uniknąć wszelkich zawikłań, kłopotów, przeszkód i t. p. Miał za prawidło do niczego się nie mięszać, od nikogo nic nie żądać i nigdy się nie unosić....
Skórski odwiedził go przybywszy. Radca go naprzód wybadał wielostronnie, czy nie miał jakich kolców, dziwactw, pretensyj, procesu, zaległości do odzyskiwania, potrzeby protekcji i t. p. a przekonawszy się, że żadnym z tych defektów dotknięty nie był, chętnie mu podał rękę....
Miał gotowego wista u niego i doskonałą herbatę w dnie niezajęte innémi rozrywkami. On sam wniósł iż powinien się zaprezentować pani Salomei, opisał mu dom, wskazał spływające z uczęszczania doń korzyści i — namówił łatwo...
— Chociaż trochę na starego kawalera wyglądasz, rzekł — ale możesz się jeszcze rozpatrzywszy ożenić. — Tu do wyboru znajdziesz co zechcesz...
— Ja chcę już pozostać wdowcem, mam bratunków jako spadkobierców, a komplikować sobie ekzystencyi drugi raz — ochoty już nie mam. Zęby mi powypadały... gdzie się już żenić...
Skórski oświadczył się z gorącą chęcią zrobienia znajomości z pułkownikową. Jednéj tedy środy ubrawszy się starannie, i wyglądając wcale przyzwoicie, Skórski towarzyszył przyjacielowi na pokoje pani Salomei.
Przyjęcie się tu rozpoczynało o óśméj, lecz z lepszym tonem było przybyć około dziewiątéj. Tak téż uczynili.
Osób zastali już kilkanaście. Piękna gospodyni, któréj nadzwyczaj do twarzy było w sukni czarnéj, przywitała radcę nader wdzięcznym uśmiechem, a na Skórskiego rzuciwszy okiem znawczyni, posadziła go przy sobie, grzeczną z nim wstępną rozpoczynając rozmowę. — Był to egzamin wstępny. Piękna pani umiała — bawiąc gościa, badać go niepostrzeżenie. W kilku zręcznych zwrotach dowiedziała się zaraz, że miał majątek w okolicach nadleśnych, że nie był żonatym, że dla braku zajęcia jakiś czas chciał mieszkać w Warszawie... Sposobami sobie tylko wiadomemi, wyprobowała nieco charakter, ukształcenie, serce, humor — i znalazła że Skórski nie będąc salonu ozdobą, może w nim być wcale pożytecznym sprzętem.....
Udało jéj się zręcznie wśród tego egzaminu zaprezentować go kilku osobom, a gdy nadeszli nowi goście, mogła już własnym siłom zostawić p. Skórskiego... Nie był to człowiek salonowy, znać na nim było długie zadawnienie, rodzaj rdzy, która pada na odwykłych od towarzystwa — ale umiał sobie przypomniéć swój dawny pobyt na świecie, i choć formy miał nieco przestarzałe — nie raził w salonie. Czyniło go to oryginalnym.
Panna Olimpia, osoba lat trzydziestu i kilku, niegdyś bardzo piękna, dziwnym składem okoliczności przywiędła w stanie dziewiczym, rozpoczęła była zajmującą rozmowę z panem Michałem o Hrubieszowskich, Chełmskich i Lubelskich stronach, gdzie miała krewnych i znajomych, — gdy w salonie ruch jakiś dał się uczuć, gospodyni wstała z kanapy, mężczyzni się rozstąpili i kobiéta średnich lat, nosząca na twarzy ślady niezwykłéj piękności, majestatycznéj i zręcznéj postawy, ubrana niezmiernie wykwintnie — ukazała się idąc od progu...
Oczy pana Skórskiego skierowały się ku niéj machinalnie; w téjże chwili jakimś wypadkiem wchodząca spojrzała w tę stronę i spotkała się z jego wzrokiem... Skórski, który miał odpowiedziéć pannie Olimpii, z ustami otwartemi skamieniał... Bladość pokryła twarz jego, rzucił się w krześle jakby chciał uciec, i nim zdołał opanować się i do spokoju wrócić, postrzegli wszyscy iż drżał i zmięszał się — jakby na widok widma lub przerażającéj mary.
Kobiéta wchodząca zatrzymała się na mgnienie oka, zbladła także, lecz znać nawykła do panowania nad sobą, umiała wytłumaczyć ruch niby zaplątaną suknią, którą poprawiła, — i choć twarz jéj nieco była zmienioną, nie oglądając się już na nikogo, zasiadła dosyć swobodnie przy gospodyni...
Miejsce które zajęła tak blizkie Skórskiego, iż słyszał szelest grubéj, jedwabnéj sukni przy siadaniu. Panna Olimpia z nadzwyczajną ciekawością wpatrywała się w niego, siedział nie śmiejąc oczu podnieść... zdrętwiały... Odpowiedź — którą został dłużnym, razem z pytaniem zapomnianą znać została. Powtórzyła ją napróżno panna Olimpia, Skórski nie słyszał... Rozbudził się dopiéro po chwili i uczuł potrzebę wytłumaczenia się tém, że przed kilką miesiącami miał straszny przypadek, że spadł z konia — i od tego czasu cierpi gwałtowne bóle, które nagle przychodzą i przechodzą.
Czy panna Olimpia zadowolniła się tém, nie wiémy; to pewna, że go już więcéj nie zabawiała rozmową i po chwili wysunęła się — a Skórski także wstał i w tłum się wmięszał co predzéj...
Przybyła pani prowadziła rozmowę z gospodynią, co nie przeszkadzało jéj razy kilka rzucić okiem po salonie, jakby szukała znikłego Skórskiego. Zwolna lekki rumieniec na twarz jéj powrócił, i niktby się nie był domyślił, że ją ten człowiek mógł obchodzić.
Skórski tymczasem cofnął się pod opiekę radcy, który stał jakoś osamotniony, tylko co dokończywszy pobieżnéj rozmowy z panią Cymińską, wdową, którą go prześladowano. Osoba była nie młoda, otyła, nie ładna ale majętna. Ludzie pletli, że się koniecznie za radcę, dla tytułu, wydać chciała.
Skórski przystąpił do niego, ujął pod rękę i poprowadził do okna.
— Mój radco — rzekł głosem w którym jakieś wzruszenie czuć było — kto jest ta pani, która teraz weszła, siedząca obok gospodyni na kanapie.
Radca przyłożył szkiełko do oka.
— Ta w koronkach, z wstążką pąsową we włosach — zapytał.
— Tak jest.. tak; drżąco odparł Skórski.
— A to pani generałowa Hochwarth...
— Generałowa?...
— Tak jest; mąż jéj służył podobno w wojsku pruskiém — nie wiém: potém na wschodzie...
— Niéma go tu?..
— Nie postrzegam, odparł radca.
— Któż to jest? — dodał Skórski
— Mówiłem ci, generałowa Hochwarth.
— A z domu? — zapytał przybyły.
— No, nie wiém, mógłbym odpowiedziéć jak Rzewuski, dodał śmiejąc się — bo nawet nie wiém czy z domu, czy zkąd wyszła... i nikt tego nie wié.
Ruszył ramionami. — Bardzo piękna kobiéta była i jest nawet... ale smutna jakaś, pognębiona; zdaje się nieszczęśliwą i ludzie odgadują, że pożycie z mężem nie osobliwsze być musi. Hochwarth jest dziki człowiek, gbur i choć go z wielu przymiotów chwalą, w towarzystwie nieznośny...
Gdzież, tu czy gdzieindziéj się z nią ożenił? zaczął Skórski.
Któż to może wiedziéć — odezwał się radca. — Widzę że cię szczególnym sposobem zainteresowała... Daj pokój... nie myśl wcale o przybliżeniu się nawet do niéj, mówią że wcale nie jest przystępną. Musi się męża obawiać...
I począł się śmiać radca, posadziwszy towarzysza, że na nim czarne, smutne oczy jenerałowéj uczyniły wrażenie.
— To zagadka pono i to małżeństwo, kobiéta i mąż... mówił daléj. — Ja tego rodzaju zadań towarzyskich rozwiązywać nie lubię; lecz jeśli tyś się co więcéj chciał dowiedziéć, chodź, dam ci tu kogoś co wié wszystko, nawet to czego niéma i nie było. Mój przyjaciel Pacierzyński...
— Ale ja ani pytać chcę, ani z moją ciekawością wydawać! zawołał broniąc się Skórski — proszę cię...
— No, to chodź, a ja go będę pytał dla ciebie, nie skompromituje cię słuchanie.
Właśnie daleko stali od Pacierzyńskiego, którego radca zapoznał z przyjacielem.
— Mój prezesie, odezwał się — (Pacierzyński kiedyś raz w czémś prezydował, tytuł mu pozostał), — mój prezesie, ty co wszystko wiész, gdybyżeś téż mi powiedział zkąd się tu wzięła generałowa ta... i kto ona z domu...
Pacierzyński, mały, zwinny, zaschły człowieczyna, w niedostrzeżonéj peruczce, artystycznie przytwierdzonéj do głowy, począł odpowiedź od śmiéchu.
— Rozumiem, rzekł — chcesz może mię zawstydzić tém, że nic nie wiém. Wiész że toby mnie bolało,... że jestem ciekawy, że choruję na przenikliwość... hę? nieprawdaż.
— Wszystko to być może.
— I chcesz mnie przed obcym upokorzyć — wszak tak?..
— Przypuśćmy! rzekł radca — jestem ciekawy i daję ci do rozwiązania zadanie.
Pacierzyński pogładził się po brodzie.
— Wiész co — odparł, — kilka lat widuję jenerałowę po salonach, spotykam ją często... ciekawość moja do najwyższego stopnia jest rozbudzoną, używałem wszelkich środków dla dobadania się czegoś — wiém, muszę wyznać, mało... ale coś wiém...
Skórski pobladł słuchając.
— Jest rzeczą prawie pewną, że jenerałowa występowała wprzódy na jakimś teatrze. Nadzwyczajna jéj piękność skusiła jenerała. Jest rodziców szlacheckich, ale z rodziny ubogiéj... Zdaje się téż że w młodych latach ciężkie jakieś przebyła próby, czemu uwierzyć łatwo, zważywszy jéj nadzwyczajną piękność. Otóż widzisz dokończył Pacierzyński, że nie jestem tak znowu nieświadomy jak sądziłeś. Gdybym po téj nitce chciał dochodzić, gdyby mi o to chodziło, dobadałbym się może i więcéj....
— Wiédz, odezwał się radca, wskazując Pacierzyńskiego — to niebezpieczny człowiek. Żaden sędzia śledczy nie ma większego talentu do prześwidrowania na wylot wskazanéj ofiary. Pacierzyński ci z czoła czyta...
Skórski niezmiernie się jakoś zmięszał, choć chciał udawać wesołego; oczy jego mimowolnie błądząc po salonie, z przerażeniem się wstrzymywały, jak przykute, na jenerałowéj. Ciasno mu było i duszno i radby był uciec co prędzéj... Szczęściem, że i pani Hochwarth podejrzliwie nikt nie śledził tego wieczora, byłby bowiem dostrzegł w niéj niezwyczajnego poruszenia — niepokoju, gniewu niemal, który napróżno ukryć się starała. W pół godziny potém zaczęła się skarżyć na silny ból głowy, gospodyni wyprowadziła ją do swego gabinetu i powróciła już sama... Jenerałowa odjechała do domu.
Skórski wolniéj odetchnął, gdy się przekonał że jéj już nie było. Mało kto zresztą dostrzegł nawet oddalenie to, gdyż zagadkowa ta postać nie wiele osób obchodziła. Radca tylko począł się wyśmiewać z przyjaciela, iż na pół zwiędła twarzyczka mogła go zająć tak bardzo...
Ponieważ oddalać się wcześnie nie wypadało, bo gospodyni tego nie lubiła, — poszli więc z kilku innymi panami do gabinetu na cygara... Wyborne, suche Havanny stały na stoliczku, a kronika miejscowa przypisywała ich doskonałość temu, iż sama gospodyni, ale w wielkim sekrecie — miała podobno wonią ich się napawać. To pewna, że na białych jéj jeszcze ząbkach, nie było śladu téj ekscentryczności.
Pacierzyński, Radca, Skórski i dwóch młodzieńców wielkich nadziei, z których jeden już cały majątek stracił (co go mogło do pracy napędzić), drugi nigdy nic nie miał nad długi — składali towarzystwo. Pacierzyński był w werwie, i nikomu nie dał przyjść do słowa.
— Pytaliście się o generałowę, rzekł — a czemu nie o generała... tuby dopiéro było co opowiadać! Hę! bo tego znam i całe jego curriculum vitae od dzieciństwa umiém na palcach. Ojciec był jakimś urzędnikiem za rządów pruskich szczęśliwych, gdy bruki Warszawy trawa porastała. Ożenił się tu z polką, i syn pół po polsku, pół po niemiecku został wychowany. Mówią że te Hochewarty to goła jakaś szlachta nadreńska, potomkowie Raubritterów... W charakterze generała coś z tego zostało, bo to djabeł nie człowiek. Dumny, zarozumiały, fantastyk i ma coś w charakterze odstręczającego, dzikiego... Służył w wojsku pruskiém, bił się gdzieś na wschodzie, podróżował po całym świecie, powiadają że pojedynków miał mnóstwo, a — po cichu nawet twierdzą, że były gorsze niż one wypadki... że generał wcale się nie wahał sprzątać ludzi gdy mu zawadzali. Jedném słowem awanturnik... ale człowiek ciekawy bardzo. Zna Indye i Chiny, bywał w Afryce, czytał wiele, opowiada z wielkim zapałem, chociaż żadnym językiem nie mówi dobrze, bo mu się wszystkie pomięszały. Bądź co bądź, choćby żonę kochał, bo mówią że namiętnie do niéj jest przywiązany — nieszczęśliwa to być musi kobiéta. Zazdrosny jak Otello... To téż ona oczów na nikogo podnieść nie śmié...
A no, cóż! — odezwał się Pacierzyński, nie odmalowałem wam go dobrze?
— Nikt ci tego talentu nie zaprzecza, przerwał radca — ale o generałowéj przyznaj się nie wiele wiész... Wszystko oparte na domysłach...
Prezes ręką machnął.
— A no! a no! przyjdzie może do tego że się i o niéj dowiem więcéj. Przyznam się że znowu tak bardzo mnie ona nie zajmuje; kilka razy zbliżyć się do niéj miałem zręczność. O ile jeszcze dziś piękna i ponętna, o tyle zimna, odpychająca, dumna dla wszystkich... nie wiém czyście się przypatrzyli jéj wzrokowi? W jéj wejrzeniu jest coś przerażającego, strasznego, jakby chęć zemsty i pragnienie krwi.
Radca się rozśmiał — Romanse!
— Śmiéj się! śmiéj! — mówił Pacierzyński — po mnie dreszcze chodzą, gdy na nią spojrzę, więcéj ci powiém: — jest coś obłąkanego w jéj wzroku.
Skórski rzucił się na krześle; spojrzano na niego, udał że się tylko poprawił na niém.
— Gdy mówi o czém — kończył prezes, nie umié inaczéj jak z goryczą... z ironią. Pani Salomea, która jest samą dobrocią i łagodnością, powtórzyła mi razy kilka, że czasem krótka z nią rozmowa strachem ją przejmuje. Powtarzam wyrazy pułkownikowéj — powiadała mi że ta kobiéta, musiała wycierpiéć nadzwyczaj wiele... jest w niéj coś niewyleczonego, zbolałego, co przeraża... Wzrok niekiedy miewa jakby nieprzytomny... Jedno tylko ją rozczula i roznamiętnia, to widok dzieci... ale to się tém tłumaczy, że ich nie miała pono i nie ma.
Skórski zerwał się nagle z krzesła i począł chodzić po pokoju, cygaro mu za pretekst posłużyło. Radca zauważał, że go już to opowiadanie zajmować przestało, że patrzył gdzieindziéj i był jakby roztargniony. Pacierzyńskiego jednak, gdy raz puścił wodze sobie, nie łatwo było powstrzymać.
Skórski był struty. — Napróżno starano się gościa czémś zabawić; wrócili do salonu, mówił mało, nie podobał sobie w towarzystwie, choć tego wieczora było jak rzadko dobraném... Młody poeta deklamował wiersz, przez siebie ukuty; młody pianista o mało niepodruzgotał fortepianu, za co go oklaskami okryto; jedna z pań śpiéwała arią z Normy bardzo miłym głosem, — a jednakże Skórski się nudził, i rychło zniknął z horyzontu. Radca zawyrokował, że na wsi ludzie dziczeją.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.