Czarny miesiąc/Tom I/Część pierwsza/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Czarny miesiąc
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1930
Druk Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Thérèse Dunoyer
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VII.
OŚWIADCZYNY.

Zapoznawszy czytelników z duchową stroną pana hrabiego de Montal, musimy jeszcze zobrazować jego powierzchowność.
Był to mężczyzna średniego wzrostu, zgrabny i wysmukły — twarz miał napozór otwartą i szczerą; przyjrzawszy się atoli lepiej kilku zmarszczkom na jego białem czole, można było domyślić się odrazu, że myśli tego eleganta niezawsze były czyste. Wąskie, zaciśnięte usta zdradzały mocno fałszywy charakter; oczy jego, czarne i piękne, przybierały niekiedy wyraz robionej czułości, zwykle zaś były żywe i wesołe. Nos miał mały, nieco zadarty, nadający twarzy wyraz przebiegłości; rysy całej twarzy miał wogóle kształtne, zęby tylko miał nieładne — zepsute już, a przytem nierówne.
Krótko mówiąc, pan de Montal był paniczem bardzo szykownym, maniery prześliczne — całe jego zachowanie się zdradzało dobrze wychowanego i doświadczonego światowca. Czekając na pannę Julję, miał na sobie szlafrok z cienkiej materji jedwabnej, pantalony z czerwonej flaneli i tureckie pantofle. Niespokojnym krokiem przechadzał się po owym salonie, który już opisaliśmy, kiedy odezwał się dzwonek. Pan de Montal wzdrygnął się, zrobił ruch stanowczy i rzekł:
— No, niema co się wahać! Alea iacta est![1] Co ma być, będzie.
Drzwi otworzyły się, i weszła młoda kobieta, lat około dwudziestu pięciu, szczupła, wysoka. Panina Julja ubrana była bardzo skromnie — nie z braku środków, lecz poprostu, ze skąpstwa, stanowiącego jeden z najsympatyczniejszych, a zarazem najbardziej rozwiniętych, i wydatnych rysów charakteru tej miłej dziewicy. Mały jej kapelusik z czarnej mory zaledwie mógł objąć pukle czarnych, pięknych włosów. Oczy miała czarne, usta różowe, jak wiśnie, jakby do pieszczot stworzone, zęby, równe i białe, jak perły, płeć ciemną, lecz świeżą i czerstwą — jednem słowem, mimo skromnego ubioru, panina Julja była istotnie piękna i zewnętrznie miła. Niestety, jak już mówiliśmy, miała zwyczaj zrzucania swego dobrego ułożenia razem z teatralnym strojem i poza sceną ustępowała manierami niejednej gryzetce. Całe jej dobre wychowanie nosiło czysto sztuczny, zewnętrzny charakter.
Parasol i kalosze zrzuciła już w przedpokoju, wszedłszy zaś do salonu, podała kolejno panu de Montal mufkę, płaszcz, kapelusz, niespokojnie ścigając oczyma, gdzie te wszystkie cenne przedmioty poumieszczał.
Gdy pan de Montal, zamyślony, położył płaszcz na kapelusiku, panna Julja krzyknęła:
— Co robisz, Edwardzie?... Kapelusz, mój kapelusz! Zupełnie mi zniszczysz kapelusz!
— Przepraszam cię, moja droga, zupełnie nie zauważyłem.
— Ależ trzeba wreszcie nauczyć się uwagi; kapelusz prawie nawy; mnie nic nie przychodzi darmo i wiem jak trzeba szanować rzeczy. Cóż ci tak pilno, że prosiłeś, abym zaraz po próbie przyszła do ciebie? Bardzo dobrze, otóż i jestem — podaj mi ten stołeczek pod nogi.
— Moja najdroższa Juljo, chcę z tobą szczerze pomówić — zaczął pan de Montal, klękając przy swej kochance i opierając się rękoma o poręcz fotelika, na którymi już usiadła.
— A, to ślicznie — odrzekła panna Julja, łagodząc wyraz twarzy — tylko nie patrz na mnie tak czule, bo muszę ci dać burę.
— Burę... za co?
— Ach, to ty jeszcze nie wiesz, jak to przyjemnie i wygodnie polecić ci cośkolwiek... Posłałam cię wczoraj do Melmot‘a, abyś mi obstalował tapety — dzisiaj przychodzę do niego, aż tu nie wie ani słowa.. To ślicznie, bardzo ślicznie.
Hrabia zmieszał się.
— Moja droga, ¡mówiłem Oliwjerowi, ażeby poszedł i nie rozumiem...
— A mnie co jakiś Oliwjer obchodzi? Gdybym chciała załatwić tę czynność przez służącego, posłałabym przecież Annę. Prosiłam ciebie, żebyś tam poszedł, bo myślałam... no, ale czy ja mogę komu zaufać?
— Przebacz mi, moja droga, przykro mi niewymownie, żem... ale...
— Och, znam cię już przecież! Niema niedbalszego człowieka od ciebie; któregoś dnia prosiłam cię, żebyś mi przyniósł w czasie antraktu filiżankę buljonu; grałam już w dwóch sztukach tego dnia, byłam przemęczona, omal że nie schrypnięta, a wiesz, że mi to pomaga.
— A czyż nie pobiegłem do Verres‘a?
— No, tak, ale przynieśli mi buljon — tak cholernie tłusty, że wedle go przełknąć nie mogłam. Czyż nie wpadłeś na myśl, żeby kazać przy sobie zebrać tłustość.
— Ależ mój drogi aniele — jesteś dziś w złym humorze, a, wierzaj mi, że najbardziej ci do twej pięknej twarzy z uśmiechem.
Hrabia był coraz bardziej zaniepokojony i niezadowolony, najwyraźniej, szczęśliwa jego gwiazda podsunęła mu najnieszczęśliwszy dzień do oświadczyn.
— Och, znam cię, znam — gderała Julja — chcesz mnie uspokoić i udobruchać pochlebstwami... niebardzo ci trudno zresztą... Alle, choć się nie gniewam, powiem szczerze, nie jesteś już tak grzeczny i usłużny, jak dawniej. Pamiętasz, kazałam ci wczoraj przynieść ciasteczek dla Tripole‘y — wiesz przecież, że pamięć o suczce, to najlepszy środek podobania się mojej ciotuni... no i znowu zapomniałeś...
— Postaram się wynagrodzić to stokrotnie — odpowiedział pan de Mantal, starając się ukryć głębokie zniecierpliwienie i nieukontentowanie. — Powinnaś mi wierzyć — dodał po chwili wesoło — wiesz przecież... czego ja nie robię, byle się kochanej cioci podobać.
— Wiem o tem i dlatego też, Edwardzie, często jej mówiłam: ja go bardzo kocham, przekładam nad bogatych paniczów... Tyle nawet nie chciałam przyjąć od ciebie... ot, tyle... — pokazała mu paznokieć — bo dla ciebie jednego mam całe moje serce... Ciotka mi jednak mówiła: Juljo, wybieraj między Edwardem, a swoją ciotką, albo — albo i niestety, mój drogi, omal się nie poświęciłam... dobrze, żeś ją zdołał udobruchać. Ach, byłabym najszczęśliwszą z kobiet, bo cię kocham, kocham serdecznie... Ach, jaki tu dym... możebyś otworzył trochę okna!
— Czy ci nie będzie zimno? Dziwne doprawdy, bo ten kominek nigdy nie dymi.
— Widać zatem, że mnie jakiś pech prześladuje, bo dymił i za przeszłą razą. Ale pocóż kazałeś mi przychodzić? Jeżeli masz jakiś ważny interes, nie możesz mi go u mnie powiedzieć?
— Nie, mój aniele, nie. Dla ciebie, jak dla minie samego ważną jest rzeczą, abyś się tutaj tego dowiedziała, Tak — dodał z czułym, melancholijnym uśmiechem, wciąż pozostając na klęczkach i jedną ręką obejmując taję Julji — tak, moja droga, zdaje mi się, że wyrazy moje będą bardzo poufałe.
— Cóż się stało mój Edwardzie, że tak czule dziś mówisz? Co to ma znaczyć; to mnie zastanawia... Jestem pewna, że masz jakiś zamiar niebardzo grzeczny... Szkaradny chłopaku, jesteś tak czuły, tak zalotny!... Moja ciotunia, Sarrageot, nazywa cię swym plenipotentem, ja zaś, gdybyś wreszcie nauczył się akuratniej wypełniać moje zlecenia, nabywałabym cię moim... no, nie wiem, sama nie wiem kim... Ach, otwórzno okno, może się prędzej na kominku rozpali... Podaj mi płaszcz — boję się kataru; gram w pierwszej sztuce i boję się chrypki, jak cholery!... Aha., zapomniałam: muszę ci coś o teatrze powiedzieć. Możesz już zamknąć okno, tylko rozdmuchaj ogień, bo słabo się pali.
Trudno opisać gniew i zniecierpliwienie pana de Montal w ciągu całej tej rozmowy z niegrzeczną, ordynarną, nawet nie umiejącą poprawnie się wyrażać komedjantką; jednakże, aż do chwili przyjęcia oświadczyn, musiał cierpliwie znosić wszystko, jak zresztą już od dwóch lat znosił.
Cała ta rozmowa najlepiej daje poznać, jak drogo, jakiemi upokorzeniami opłacać musiał pan de Montal szczęście, którego mu tak zazdroszczono. Nie mamy potrzeby powtarzać, jak wielka zachodzi różnica pomiędzy uprzedzającą grzecznością kochanka, choćby w stosunku do kobiety, zgoła mu nierównej kondycją, i poziomem umysłowym, a hańbiącem służalstwem, do jakiego się hrabia poniżał.
Teraz pan de Montal zamknął okno i powrócił; uklęknął znowu przed panną Julją, z niecierpliwością oczekując ciągnięcia dalej, a z większą jeszcze ukończenia rozmowy.
Julja odezwała się pierwsza, z początku spokojnie, — potem coraz gwałtowniej:
— Miałam ci powiedzieć coś o teatrze... Oto, dziś rano, przychodząc na próbę, słyszę w foyer moje nazwisko — zatrzymuję się, zaczynam słuchać — okazuje się, że to znów ten sitary Ducanson szkaradnie mnie obmalowuje. Wpadam, zirytowana okropnie i powiadam mu, że będzie miał ze mną i z tobą do czynienia... aż tu —ten stary grzyb poczyna sobie kpić w żywe oczy i ze mnie i z ciebie — gwiżdże sobie na nas i, rzeczywiście, trudno nie przyznać mu racji, bo, cokolwiek ci o tema mówię, to jakbym groch o ścianę rzucała...
— Ależ, moja droga Juljo...
Aktorka zirytowała się jeszcze bardziej; mówiła coraz głośniej:
— Tak, tak — już wiem, — słyszałam to nieraz... Chcesz mię znowu przekonywać, że Ducanson, to stary piernik i przecież nie można takiemu dziadydze świadków posyłać... A co mnie to obchodzi? — Stary ledwo łazi, ale zadużo sobie pozwala, rozzuchwalił się i jeżeli nawet ty nie chcesz mnie bronić, to któż ma go ukrócić?
— Ależ, zastanów — się, moja droga, cóż ja mam zrobić?... Sama przecież przyznajesz: Ducanson jest stary; jeżelibym poszedł i powiedział mu jakąś niegrzeczność, narażę się tylko na śmieszną scenę i nic nie wskóram.
— Zapewne, mój kochany paniczu, zatem mam być znieważana bezkarnie?
Hrabia się żachnął.
— Ależ nie mówię tego bynajmniej, moja droga Juljo, wiesz przecież, że zawsze stawałem w twej obronie, ile mogłem!...
— I masz o to do mnie pretensje?
— Bynajmniej, tylko bądź, proszę cię, sprawiedliwa wobec mnie.
— Alboż jestem niesprawiedliwa? Zdaje mi się, że skoro zostałam twoją kochanką, to dlatego, abyś mię bronił i abyś moich nieprzyjaciół traktował, jak swoich.
— Juljo, posłuchaj mnie...
— Gdybym chciała mieć kochanka, któryby mnie kochał dla samej przyjemności, miałabym dosyć elegantów do wyboru... ale ja nie potrzebowałam zimnych adoratorów, którzy nosa do teatru nie wetkną, którzy myślą, że wyświadczają mi wielką łaskę, wożąc mnie swym powozem i kupując mi fatałaszki i błyskotki. Dzięki Bogu, nie potrzebuję tego, co moje koleżanki uważają za zaszczyt szczęścia. Dzięki mej oszczędności, zebrałam już kapitalik, mam dochody i mogłam wybrać sobie kochanka z miłości, kochanka, od którego nie wymagam złamanego szeląga. Ale za to wymagam, aby mój kochanek nie pozwalał znieważać mnie jakiemuś staremu durniowi.
Panu de Montal aż usta zsiniały z gniewu, zdołał jednak pohamować się i odpowiedział ze sztuczną łagodnością:
— Ależ zastanów się, Juljo, czyż nie uczyniłem wszystkiego, co można było uczynić, wyjąwszy oczywiście...
— Wyjąwszy to, czego najbardziej potrzebuję... Przecież to samo muszę powiedzieć o tej halastrze Grenouillot‘a.
— Co za Grenouillot‘a?
Julja aż się rzuciła.
— Jakto, nie wiesz jeszcze? Przecież, znasz doskonale Grenouillot‘a, prezesa klakierów[2]; wiesz także, że ten łobuz jest stronnikiem Ducansona. Trzeba było widzieć, jaki hałas ta banda robiła w czasie benefisu tej wydry Derbot — tymczasem podczas moich występów zgoła milczą.
— Ależ, moja Juljo...
— Ach, chcesz powiedzieć, że sam ryknąłeś ze dwa razy na nią; no, ale ja przez to nie dostałam więcej oklasków, chociaż na nie zasłużyłam. A kiedy poskarżyłam się przed tobą na tego Grenouillet‘a, cóż mi odpowiedziałeś?... Że nie możesz wdawać się z klakierami — wielkie rzeczy! W kółko to samo: od tego muszę znosić wszelkie nieprzyjemności, bo stary, jak wszyscy djabli, od tamtego znowu, bo jest klakierem — jakby na to wszystko nie było żadnej rady!...
— Ależ jaka rada? Jeżeli ją masz, to mi ją podaj, mój drogi aniele?
— Jaka rada? Ależ tysiące ich się znajdzie, trzeba tylko chcieć!... Jeżeli nie chciałeś opłacić Grenouillot’a, co nawet niedrogoby kosztowało, trzeba było to żabsko nastraszyć... co zaś do Ducansan’a, to ten znów lubi łakocie, pochlebstwa, wyszukaną grzeczność...
— Ależ, Juljo, czyżbyś chciała...
— Ja? Och, bynajmniej, wołałbyś przecież, żeby minie z kopytami zjedli, niż żebyś zrobił grzeczność Ducanson‘awi.
— A więc cóż?
— Przecież nie potrzebujesz go traktować poważnie, ani zbliżać się z nim — nie jesteś jego kolegą. Wystarczy cokolwiek zręczności, tej zaś dzięki Bogu, zgoła ci nie brakuje; mógłbyś więc, przy odrobinie dobrych chęci, rozbroić tego niegodziwego człowieka. Naprzykład: ten starowina lubi dobrze zjeść i wypić; mogłeś kiedy zafundować mu dobry obiad — nie taki znów wielki wydatek; wtedy mógłbyś go już ująć i w ten sposób unieszkodliwiłbyś mojego najzajadlejszego wroga.
Pan de Montal wysłuchiwał tego wszystkiego, z pozornem poddaniem się, klęcząc z głową, pochylaną ku kolanom swej kochanki; jednakże żyłki pukające mu na skroniach, wskazywały, że ogarnia go coraz większa pasja, którą z trudem hamował.
Gdy hrabia podniósł wreszcie głowę, spojrzenie jego wyrażało bojaźliwą czułość i błagalne poddanie się, którym panna Julja nie zdołała się oprzeć; mimo wszystko była to dobra dziewczyna i kochała swego Edwarda szczerze, choć po swojemu; jej gniew i wyrzuty załamały się wreszcie pod urokiem cierpliwości pana de Montal, który mówił, całując jej ręce:
— Przebacz, mój aniele, rzeczywiście zawiniłem. Na przyszłość, cokolwiek mię to miałoby kosztować, uczynię wszystko.
Julja zmieniła nagle ton.
— Otóż to, mój ukochany! — zawołała nagle, rozczulona aż do łez; zsunęła się z fotela i usiadła na dywanie przy swoim klęczącym kochanku; następnie objęła jego piękną głowę i poczęła ją okrywać pocałunkami.
— Jakże jestem niewdzięczna, niegodna ciebie! — mówiła wśród łez. — Ten biedak skoczyłby dla mnie w ogień, a ja jeszcze się skarżę na niego! Ani słowa więcej, mój drogi!
— Juljo, moja droga Juljo — czy to mówi głowa czy serce?
— Ja nie jestem kochaną Julją, ja jestem wyrodnym potworem! Alboż twoja miłość własna nie jest moją? Alboż imam zmuszać mego kochanka do poniżania się przed jakim Ducanson‘em, czy Grenouillot’em — czyżby mnie to samej nie poniżało? Czyżby mnie miało nie obchodzić, gdy ty się poniżasz? Mówię ci, byłam nierozsądna, ale człowiek wtedy tylko umie ocenić swe szczęście, kiedy go nie ma, albo już je stracił... Jedną chyba wadę mogę ci zarzucić, mój drogi, to, że jesteś dla mnie zbyt dobry.
— Jakże ci nie mam pobłażać. Juljo, skoro mię tak kochasz?
— Ty mnie psujesz, nieraz powinieneś wyłajać mnie jak się należy, a nie czynisz tego. Bodaj to nie było prawdą, co mówi moja ciotunia, która cię przecież uwielbia. Czy wiesz — powiada — dlaczego się boję czasami naszego małego plenipotenta? Bo ci zanadto ulega, gdy ja, na jego miejscu, nieraz bym ci się okoniem postawiła.
— Mój aniele, nie chcę ci nigdy sprawić najlżejszej przykrości.
— Otóż dlatego właśnie, że mnie kochasz, powinieneś być czasami surowy dla mnie. Alboż mogę kiedy zapomnieć, co dla mnie uczyniłeś?... Jak moja ciotunia, Sauvageot, powiada: Wynajdź sobie drugiego takiego człowieka, któryby, jak on, prowadził sumiennie wszystkie twoje rachunki, któryby skrupulatnie notował twoje wydatki, znajdował pewną lokatę dla twych depozytów, chodził do adwokata, do notarjusza, umawiał się z dyrektorami teatrów, kaptował recenzentów — słowem, był prawdziwym totunfackim.
— Ale cóż w tem dziwnego, Juljo, że się zajmuję twe mi sprawami? Alboż minie one mniej d ciebie obchodzą? Alboż nie mam uczyć się od ciebie porządku i oszczędności?
— Tak, prawdę mówisz!
— Przytem jesteś tak piękna, tak dobra! No, ale wysłuchaj mnie, Juljo, powstań.
— Byłam wobec ciebie niesprawiedliwa; tu jest moje miejsce.
— Nie, mój aniele, proszę cię.
— No, jak chcesz, siadaj więc na krześle, a ja ci usiądę na kolanach.
— Zgoda — teraz podaj mi ręce — nie patrz na mnie tak czule swemi ślicznemi oczyma, bo mi przeszkadzasz zebrać myśli, a chcę z tobą pomówić w ważnej sprawie. Wysłuchaj mnie, zaklinam cię.
— Kochany Edward — mówiła panna Julja, sadowiąc się na jego kolanach — nigdy tak do mnie nie mówił, nigdy tak na mnie nie patrzył; wyraźnie ma mi coś ważnego, coś bardzo czułego do powiedzenia.
— Bardzo ważnego, dlatego właśnie prosiłem, żebyś przyszła do mnie.
— Słucham cię, Edwardzie... Ale masz minę poważną... zupełnie, jak wtedy, pamiętasz, kiedy wahałam się jeszcze, a tyś mi mówił głosem, tak słodkim, a tak smutnym i uroczystym zarazem: „Juljo, przysięgam ci na pierścionek mojej nieboszczki matki, że nie będziesz miała nigdy kochanka bardziej przywiązanego, dbałego, wierniejszego ode mnie“. I wtedy, pamiętasz, łzy zakręciły mi się w oczach, patrz, zupełnie jak teraz! — i odpowiedziałam, nawpół przytomna: Edwardzie jestem twoja.
I panna Julja obtarła łzę, która znowu zaświeciła w jej czarnych oazach.
— Tak, Juljo, moja najdroższa Juljo, przypomnij sobie tę świętą pamiątkę — pierścionek mojej umierającej matki; złożyłem, ci go w dowód nawet nie miłości, którą ci przyniosłem, ale na dowód czegoś więcej... w dowód szacunku, głębokiego szacunku. Tak... bo już wtedy przeniknąłem głęboką wartość twojej duszy. Od tego zaś czasu, mimo przelotnych chmurek, mimo twych mimowolnych błędów, nauczyłem się czytać w twem szlachetnem sercu, poznałem je do dna!
— Jakże ty jesteś dobry! — rozczuliła się Julja jeszcze bardziej. — Jeżeli nawet mam niejakie przymioty, to czyż nie tobie je zawdzięczam? Zawsze byłeś tak czuły, tak uprzejmy, tak pełen poświęcenia, że pragnęłam być godna twej miłości.
— Wierzę ci, wierzę — zawołał pan de Montal z zapałem. — Tak, to moja miłość dała ci nowe życie! Od dawna szedłem krok w krok za tobą, patrzyłem na twoje postępowanie i z dnia na dzień wydawałaś mi się godniejszą mego szacunku. Twoje prowadzenie się, twój charakter usprawiedliwiły, uszlachetniły zarazem moją namiętność i jestem dumny, że cię kocham, jak i z tego, że mnie darzysz wzajemnością.
— Tylko ty możesz zdobyć się na podobny, śliczny komplement.
— Bo tylko moja śliczna Julja potrafi mnie natchnąć do czegoś podobnego.
— Najdroższy!...
Pan de Montal doszedł do wniosku, że moment korzystny nastąpił.
— Słuchaj, Juljo... — zaczął trochę tajemniczo — nadszedł już czas, gdy powinienem wynagrodzić twą miłość, twą czułość, a przedewszystkiem twe dobre serce i pełne godności postępowanie.
— Co to ma znaczyć, Edwardzie?
— Pragnę — zaczął uroczyście pan de Montal — pragnę dać ci dowód nietylko mojej miłości i wdzięczności, ale nadto i dowód mego najgłębszego szacunku.
Julja zdziwiła się; sądziła, że to chodzi o jakiś prezent.
— Och, Edwardzie, nie mów już... czyżbyś mógł zapomnieć o naszym układzie? Wiem przecież, że nie jesteś bogaty, więc nic od ciebie nie przyjmuję, chyba bukiet róż na moje imieniny za dziesięć franków, ot i wszystko. Twoją miłość, twoje serce przyjmuję, twoje przyjacielskie usługi, pełne poświęcenia — i to mi w pełni wystarcza.
— Szlachetna kobieto, najlepsza przyjaciółko! Ach teraz dopiero uprzytamniam sobie całą wielkość twej duszy, lecz bądź spokojna — dodał pan de Montal, uśmiechając się, bardziej jeszcze tajemniczo, niż przed chwilą — dar, jaki ci przynoszę, nie ma pieniężnej wartości, lecz przewyższa. wszystkie twe oczekiwania i przyjmiesz go chyba... spodziewam się, z najgłębszą radością.
— Cóż to takiego?... Cóż więc masz mi do ofiarowania?
— Moją rękę.
Wyraz oczu Julji wskazywał przez chwilę, że uszom własnym nie wierzy.
— Twoją rękę?...
Pan de Montal począł okrywać jej śliczne ręce pocałunkami.
— Chcę cię zaślubić, moja najdroższa, moja jedyna... tak, lekceważę wszelkie przesądy świata... całe moje życie poświęcam dla ciebie... i biorę cię za żonę... No co, czyżbyś miała odrzucić ten skromny dar, pani hrabino?
I pan de Montal z uśmiechem na twarzy, oczekiwał na gwałtowny wybuch wdzięczności swej kochanki.
Panna Julja osłupiała.
W pierwszej chwili spojrzała w milczeniu, a następnie, zasłoniwiszy twarz rękoma, padła, również milcząc, na krzesło.
Przy swej bezczelnej fanfaronadzie i pewności siebie, pan de Montal ani chwili nie powątpiewał, że to radość tak wstrząsnęła pannę Julję; skłonił więc głowę i dodał czule:
— Wybacz, mój aniele; powinienem cię był przygotować do tego szczęścia.
Nagle — zgłupiał..
Panna Juljia, jakby przychodzą«: do siebie, odepchnęła go gwałtownie, zerwała się i rzekła z głęboką goryczą:
— Ach, teraz dopiero poznaję... ciotka Sauvageat miała rację!
— Jakto, Juljo?
— Tak, Edwardzie... zwodziłeś mnie, zwodziłeś bezwstydnie tak długo!
— Jakto?!...
— Chcesz mnie zaślubić!
Pan de Montal osłupiał do reszty; sądził, że jego kochanka majaczy.
— Ależ, moja droga, co chcesz przez to powiedzieć, nie rozumiem.
— Tak, teraz się przekonałam!... Ach, to niegodziwość... tak, kochałeś mnie dla majątku po to, żeby się ze mną ożenić... dlatego udawałeś tak szczere zainteresowanie memi interesami... A ja, jak, Edwardzie, kochałam cię bezinteresownie! Edwardzie, ach, Edwardzie... rozwiałeś moje złudzenia!
Pan de Montal, zdumiony i urażany, tak rozgniewał się tem upokorzeniem, tą odmową, tak ubliżającą i tak nieprzewidzianą, że zbladł, zapienił się ze złości i przez kilka minut niezdolny był ido wymówienia słowa, poprostu oniemiał.
Panna Julja, ugodzona w swe najczulsze miejsce, oburzona, że ktoś śmie sięgać po jej ukochany majątek i zrozumiawszy, że cała troskliwość pana de Montal, o nią opierała się wyłącznie na niskiem wyrachowaniu, zgoła już nie mogła ukryć siwych uczuć i wrzeszczała bez skrępowania:
— Ach, teraz dopiero przejrzałam, że ciotunia Sauvageot nigdy się nie myli! Teraz już się nie dziwię, że nie dowierzała twojej uległości mym kaprysom. Przecież to jasne, jak słońce, liczyłeś na moje sto tysięcy talarów w depozytach, na pięćdziesiąt tysięcy pensji i na honorarja specjalne za benefisy... to istotnie warte trochę zabiegów i trudu!... A ja, głupia sądziłam, że jestem dość młoda i piękna, abyś mnie kochał dla mnie samej!... No i teraz widzę, że pierwsze wrażenie ciotki Sanvageot wcale jej nie omyliło: zanim zdołałeś i ją usidlić, powtarzała mi: strzeż się tego Montala, to kapcan, jakich mało i tobie chyba oczy do płakania zostawi. No i okazało się, że prawda... Edwardzie — mówiła panna Julja z bólem — czyż jesteś zgoła pozbawiany wstydu... czyż godziło się posługiwać pierścionkiem twej nieboszczki matki do tak nikczemnej przysięgi?... Ach, a ja tak szczerze cię kochałam.
Ostatnie wyrazy pozbawiły pana de Montal resztek przytomności; nie mogąc hamować się dłużej, wykrzyknął, wskazując na pierścionek:
— Pierścionek mojej matki... oto jest... przecież nigdy nie rozstaję się z nim!... Tylko ty mogłaś uwierzyć, że hańbiłbym pamiątkę po mojej matce, wręczaniem jej istocie podobnej tobie... Pierścionek, który ci wtedy dałem, nigdy do mojej matki nie należał... poprostu sobie zażartowałem.
— No, to jeszcze gorzej, mój panie, robić sobie żarty z pamiątką po nieboszczce matce — zawołał panna Julja z prawdziwą dumą i godnością. — Hrabia omal nie rzucił się na nią.
— Czy będziesz cicho?... — wrzasnął.
— Ach, teraz poznaję się na tobie!... Co za gęba, co za oczy!... Aha, to pan chce mnie straszyć?... no, to ja wolę się wynieść. No, nie spodziewałam się czegoś podobnego.
Pan de Montal chwycił ją silnie za rękę.
— Ach... chcesz wyjść... żeby po całem mieście roztrąbić, że cię obciąłem poślubić, a tyś odrzuciła moją propozycję!
— Ależ chyba pan nie będzie próbował zatrzymać mnie siłą? Puść pan moją rękę... szczypiesz mnie pan; proszę mnie puścić!
— Idź, idź, graj swoją komedję — rzekł pan de Montal, z ironją wstrząsając rękę Julji, poczem odepchnął ją, dodając:
— Tylko pamiętaj: to co tu zaszło, zostaje między nami; jeżelibyś to rozpaplała, zapłaciłabyś mi za to... rozumiesz?... Byłem ci użyteczny swemi wpływami... ale teraz mogę tę broń obrócić przeciwko tobie!
Panna Julja rozpłakała się nietyle ze strachu, ile z boleści nad nikczemnością człowieka, którego tyle czasu kochała.
— Och, Boże, Boże! — mówiła nieszczęśliwa kobieta, wśród konwulsyjnego płaczu — oto nagroda za moją miłość, za moje zaufanie!
— Za twoją miłość? Alboż ja nie dość już opłaciłem tyloma nikczemnościami wobec twojej ciotki, służalstwem, jakie tyle czasu wytrwale znosiłem i udziałem w najbrudniejszych intrygach twych koleżków?
— Oto twoje przywiązanie!
— Co za głupiec i bezczelnie dumne stworzenie! Więc ona serjo myśli, że to dla jej miłości, tak się poniżałem? — wzruszył ramionami. — Czy ty myślisz, że ja cię kiedykolwiek kochałem? Byłem twoim kochankiem, aby budzić zawiść ludzi szczęśliwszych i bogatszych ode mnie, ot i wszystko. A wkońcu, znudzony temi głupstwami, postanowiłem ożenić się z tobą dla pieniędzy... Tak, dla pieniędzy, pozwalałem tak długo deptać moją dumę, a teraz... bądź spokojna, potrafię się odpłacić.
— Zemścisz się, za co....za to, żem nie pozwoliła sobie stryczka na szyję założyć, nieprawdaż? A czy człowiek, taki, jak ty, nic nie mający, nie popełnia podłości, zaślubiając taką, jak ja, dla pieniędzy?... Twoja duma, ha-ha — ha!!!... Czy można wogóle ufać człowiekowi, zdolnemu do podobnej podłości, marzącemu o niej?... Zgodziłam się zostać twoją kochanką, chciałam nią być, bo to nie wkładanie na mnie żadnych obowiązków; ale wołałabym powiesić się, niż zostać żoną podobnego hultaja, któryby mnie okradł. A ja, jeżeli, wogóle wyjdę kiedy za mąż, to napewno nie, za człowieka, któryby mnie z torbami zostawił, ale za takiego, który moich pieniędzy nie tknie, a jeszcze zapewni mi spokojny byt.
— No to wynoś się stąd, idź sobie szukać, choćbyś miała zajść i do wszystkich djabłów... tylko nie waż się wymawiać mego nazwiska, bo... zobaczysz!!!...

Przykrą jest podobna scena; wstyd jest widzieć mężczyznę, który od pochlebstwa i usłużności odrazu, na widok, że wszystkie jego nikczemności spełzły na niczem, że zdobycz mu się wymyka, przechodzi do zuchwalstwa, do grubjańskich pogróżek; a przecież jest to scena zgoła nieosobliwa i nierzadka. Niegdyś coś podobnego byłoby może niemożliwością, dziś jednak żadna podłość nie powinna zadziwiać. Niech czytelnicy raczą sięgnąć do własnych wspomnień, a napewno przypomną sobie, że widzieli podobne wypadki nieraz.
Co do panny Julji, to, skoro już znamy jej charakter, nietrudno nam będzie pojąć, że wszelkie zabiegi hrabiego o jej rękę, mimo, że kochała go szczerze, były daremne.
Dziewczyna, wychowania w ubóstwie, zmuszona długo patrzeć na nędzę swych rodziców, przed niczem tak nie drżała, jak przed starością w nędzy i opuszczeniu; to też posuwała oszczędność aż do skąpstwa, odmawiając sobie nawet niezbędnych nieraz rzeczy. Przy swym ograniczonym umyśle i zimnem sercu, pieniądze kochała nadewszystko — nawet zostanie panią hrabiną było dla niej niczem — chciwość zagłuszyła w niej dumę, i wszystkie inne uczucia.
Tymczasem pan de Montal, będący uosobioną próżnością i przekonany, że wszyscy cierpią na tę jego wagę, był pewien powodzenia — no i pomylił się szkaradnie.
Po gwałtownem wyjściu panny Julji spędził kilka okropnych godzin. Odmowa jej zabiła ostatnie jego nadzieje; pozostawało mu ¡zaś zaledwie dziesięć tysięcy franków, po wyczerpaniu zaś tej sumy — nędza — po pewnym czasie pozostawało mu chyba strzelić sobie w łeb. Już przeklinał swą zwodniczą wiarę w Opatrzność, gdy wtem nowe zdarzenie pokrzepiło w nim upadającego ducha i ma nowo wzbudziło w nim nadzieje i wiarę w pomyślną przyszłość.
Pomiędzy innymi znajomymi pana Ruopi-Gobillorn’a, spotykał często u niego niejakiego pana Achillesa Dunoyer, bardzo bogatego bankiera, człowieka lat około czterdziestu, człowieka próżnego, aż do śmieszności, chcącego uchodzić za człowieka wolnego, usiłującego też naśladować zbytek i zwyczaje arystokracji — w istocie, był to syn wzbogaconego kotlarza.
Pan Achilles Dunoyer odrazu zwrócił uwagę na pana de Montal.
Hrabia zrobił ogromnie wrażenie na bankierze, należąc do owej złotej młodzieży, do której pan Achilles za wszelką cenę pragnął się dostać; przytem bankier wiedział o przyjaźni, jaka łączy hrabiego z głośnym markizem le Beanregard, królem modnego świata.
Pan Achilles Dunoyer zrobił pierwszy krok ku zbliżeniu z panem de Montal, ten atoli, niezainteresowany wtedy zgoła w zażyłości z ordynarnym dorobkiewiczem, przyjął go bardzo zgóry i zimno; teraz atoli, gdy panna Julja odrzuciła propozycję zakupienia go na męża, gdy pozostał już bez żadnego wyjścia i gonił resztkami, pomyślał sobie, że nie należy gardzić tak bogatym przyjacielem, jak pan Dunoyer, zręcznie więc zbliżył się do bankiera, co przyszło mu bez żadnej trudności. Zobaczymy dalej, na co liczył najwięcej...
W takiej sytuacji znajdował się pan hrabia Edward de Montal w chwili, gdy daleki jego kuzyn baron Ewin de Ker-Elliot, opuszczał ojczystą Bretanję, udając się do Paryża w interesach z tymże właśnie Dunoyer‘em.
Ponieważ bankier ten gra jedną z najważniejszych ról w naszej powieści, pokażemy teraz czytelnikowi dom i rodzinę tego znakomitego robigrosza.

Przypisy

  1. Kości rzucone (łac.).
  2. Paryscy klakierzy oddawna zorganizowali się w całe związki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.