Choroby wieku/XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Choroby wieku
Podtytuł Studjum pathologiczne
Wydawca Piller i Gubrynowicz & Schmidt
Data wydania 1874
Druk Kornel Piller
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
XXIV.

Wejście tego anglika na salę, zmięszało wszystkich prócz niego, domyślił się krewnych których prawie nie znał a całkiem zapomniał, podał rękę Annie, wyciągnął ją Michałowi i wpatrzył się w oboje z niedyskretną i prawie pogardliwą ciekawością. Nie potrzebujemy dodawać że Anna wydała mu się shoking, a Michał bardziej jeszcze, poglądał na nich jak na dzikie zwierzęta, przywiezione z Australji, i milczał.
Spróbowali przemówić do siebie, ale się zrozumieć nie mogli — ci jego że mówił za mało, on ich że nazbyt szczerze i otwarcie się odzywali, z tą swobodą która na świecie nie uchodzi, gdzie każdy obowiązany jest jak ślimak w skorupce, chować się w sobie i nie pokazywać tylko tyle ile wszyscy. A że miara wedle której urządzono to co mówić i czynić wolno bardzo umiarkowana i niewielka, nie dziw że i głupiec do niej zastosowując się, wychodzi na coś przyzwoitego, i mądry na miernego tylko — a serc w tem wszystkiem, ani mniej, ani więcej, tylko doza uchwalona i nikogo nie kompromitująca.
Anna wydała się Tymlowi przynajmniej oryginalną, Michał czemś anormalnem, i dzikością przestraszającem. — Gada co myśli! wszystko co mu przyjdzie do głowy! zawołał w duchu anglik. Shoking! — Dziecko! szalony! może się to ukształcić, jeśli nas słuchać będą, ale potrzeba rozpocząć na nowo ich wychowanie.
Po sumaryjnem śniadaniu podanem na tacach ogromnych z wielką prozopopeją, wnoszonem i wynoszonem uroczyście, a skąpem co do treści i niezbyt wykwintnem, choć pozornie jakoś tak urządzonem, że nie wiedzieć do czego się było wziąść, gdyż wszystko miało fizjognomją nową i obcą, począwszy od masła aż do chleba — sama pani Demborowa odprawiła dzieci do dwóch pokoików połączonych salonikiem wspólnym, przeznaczonych dla nich na mieszkanie.
Tu nareszcie po godzinie ciężkiego przymusu odetchnąć mogli swobodniej, a Anna widząc sposępniałą twarz brata, pospieszyła przybiedz doń z pociechą, gdy zostali sam na sam.
Michał z opuszczonemi rękami siedział bezwładny w krześle, jak by go coś przybiło i odebrało mu resztę energji i życia.
Z za łez kręcących się pod powieką rozśmiała mu się Anna.
— A! nie nasz to świat, rzekł powoli artysta z westchnieniem głębokiem, nie pogodzimy się my z nim nigdy, nie potrafimy z nim wytrwać, nie ma dla piersi czem odetchnąć... to coś okropnego... Uważałaś ciotkę, wuja, Emilję i Tymoleona... jakim nas przyjęli chłodem?
— To pozór, kochany bracie, serca ich poczciwe, obyczaj tylko inny.
— Mówisz dla pociechy mojej, w co sama nie wierzysz Anno... zabiło ci serce do Emilji, to ładny obrazek... a Tymlo... jakiś straszliwy anglik, a wuj... a! uciekajmy ztąd, uciekajmy!
— Nie, drogi Michale — nie, potrzeba wytrwać... nauczymy się przecie czegoś, nie wszystko to może tak dziwne i złe jak się nam na oko wydaje... zyskamy coś w zbliżeniu do nich. Tobie artyście brak tu żywiołu, fantazji, której nielitościwie poobcinano skrzydła.
— Ale ja nie chcę być innym jak jestem, oparł się Michał żywo, ani się przemienić, ani stracić z duszy tego uczucia jakie w niej noszę... chcę być sobą, i nie pragnę wcale zafarbować się niemi.
— Zobaczysz, oswoisz się, pieszczoszku, jutro cię to już tak razić nie będzie, myśmy niesprawiedliwi i trochę ślepi.
— A oni nudni Anno... śmiertelnie nudni.
— Ale jak praktyczni, każdy w swoim rodzaju! rozśmiała się cichutko siostra, udając głos rotmistrza.
Dzieci miały czas odpocząć do obiadu, na który zadzwoniono o czwartej, by się wszyscy schodzili, bo na nikogo prócz samego gospodarza nie czekano ani minuty. Ubrawszy się skromnie Anna i Michał, zeszli do sali pospiesznie, gdzie na nich już czekał stary Dembor, pani domu niezmiernie wyświeżona, Emilja, Lully i Tymlo, który po swojemu choć chwilkę się przypóźnić musiał i wszedł razem z niemi. Zasiedli wszyscy natychmiast, wśród rozmowy powszedniej, w której najmniej sam gospodarz miał udziału, głęboko jakoś zamyślony i uparcie milczący.
Tymlo który z rana konie swoje przejeżdżał, przyszedł w dosyć złym humorze, a na zapytanie ojcowskie o stajni, odpowiedział nie troszcząc się że goście go nie zrozumieją, iż Trilby zachorował, Oliwer Twist czegoś smutny i nie je bobiku, Miss Seraphina, zrzuciła ujeżdżającego ją dżokeja, a Grumble pić nie chciał.
Michał i Anna słuchali naturalnie jak niemieckiego kazania całego tego sportu.
Dość zresztą milcząco przeszedł czas obiadowy, przybyli nasi nie mogli ani na chwilę wytrwać na zwykłem stanowisku mieszkańców tego domu, gospodarze zrozumieć się z niemi, nie pojmowano się wzajemnie. Dembor starszy miał tyle taktu, że mało się odzywał, Tymlo sportmanował i po angielsku z panią Lully szwargotał o podróżach; a że się śmieli, miało to minę jakby drwili z gości, którzy tego języka nie znali, Emilja ledwie rzuciła niekiedy półsłówkiem, pani Demborowa karmiła literaturą, Lully uśmiechała się i kręciła usiłując o ile możności zwrócić uwagę na kibić swoją, na którą nikt jednak nie patrzał, ażeby się z twarzą razem nie spotkać...
Wstali wszyscy pomęczeni, a po czarnej kawie, na srebrnej tacy ale szkaradnej, Emilja wyszła na ganek probując czemś zabawić Annę, Michała wziął sam pan Dembor do kątka w salonie. Dla niego każda chwila była drogą, musiał z niej korzystać, i chciał zaraz nie tracąc czasu pomówić o interesach.
— Co myślicie o sobie, i jaka była wola waszej matki w dalszem prowadzeniu interesów? zapytał go wlepiając weń przeszywające chłodem wejrzenie gospodarz.
Michał nie wiele mógł na to odpowiedzieć bez siostry — była to zresztą natura najniepraktyczniejsza w świecie, marzyciel, artysta, któremu mrowie przechodziło po skórze, gdy liczyć i na zimno coś układać musiał. Zmięszał się nie pomału, i rad był że na starszą od siebie Annę mógł się powołać.
I spojrzał ku niej wzywając ratunku.
Jakby przeczuciem wiedziona Anna, zbliżała się już ze swoim słodkim uśmiechem w pomoc zakłopotanemu bratu — zawsze przywykła wszelki ciężar wspólny brać na swoje ramiona — wcześnie przygotowana była na odpowiedź wujowi, i jadąc do Demborowa, przesiedziała w papierach dni kilka dla oswojenia się z interesami Porzeczeńskiemi.
Zdziwił się pan Dembor, gdy ją przy sobie zobaczył śmiało przystępującą do tego, co mu dla niej niedostępnem się zdawało.
— Michał tyle wie ile ja — ale, przerwała Anna — jego to męczy, i nie dosyć przywykł do interesów, bo mama biedna oszczędzała go, dając mu więcej swobody do jego zajęć artystycznych, do których ma taką ochotę. Mnie — dodała, nie pojmuję prawdziwie, czem się to dzieje, ale to dosyć zajmuje i bawi.
Kłamała przez miłość braterską.
— A zatem, nieznacznie się uśmiechając przerwał Dembor, ty mi chyba interesa wasze trochę wytłumaczysz, w jakim one stanie?
— Tak, i ja i Michaś ze mną, on to tak dobrze jak ja wie już, kochany wuju.
— Wiele macie długów? przerwał nielitościwy badacz, zakładając po napoleońska ręce na piersi.
— Mamy towarzystwo na całym majątku — odparła Anna, nadpłacone, jak wujowi wiadomo, prócz ostatniej raty która zaległa.
— O! o! źle że zaległa.
— Śmierć mamy.
— A więcej?
— Sto tysięcy jeszcze jest w jedną rękę prywatnego długu, a trochę drobnych... ale tych policzyć nie mogłam.
— A szacunek majątku?
— Tego ja wujowi nie powiem, bo się na tem nie znam, ani Michał także...
— Miarkując z towarzystwa, nie wiele wam zostało, rzekł powoli spekulator, towarzystwa parę kroć, sto prywatnych które się nie umarzają, może drugie sto drobnych o których dobrze nie wiecie... bardzo wam mało zostanie czystego.
— Dla nas dwojga, zawołała Anna — tyle co mama miała, kochany wuju, to aż nadto! nam wiele nie potrzeba... na cóż nam więcej?
— Dzieci! uśmiechnął się chłodno pan Dembor, alboż może być nadto majątku? No! ale nie ma czego rozpaczać, przy silnem gospodarstwie i oszczędności wyjść byście z tego mogli.
— Matka nasza, odezwała się Anna, wzięła interesa po ojcu w daleko gorszym stanie — spłaciliśmy parękroć stotysięcy oszczędnością.
— Można było spłacić wszystko i jeszcze się dorobić, przerwał Dembor — majątek prześliczny, powiem wam nawet że szacunek jego daleko jest większy niż się dziś zdaje, byleby umiejętnie wziąć się do niego. Na to potrzeba człowieka fachowego. Matka wasza nigdy mnie w tem słuchać nie chciała, a u nas reformy konieczne, jeśli się co ma zrobić. Fabryki, płodozmian, nakład, ruchomy kapitał, słowem wszystko co ożywić może, i pracy nie mało w dodatku i wyrachowania jak największego.
— Ale Michał, kochany wuju, nie usposobił się na takiego gospodarza, z praktyki tylko daje sobie rady, ochoty do agronomji postępowej nie ma wcale, szepnęła Anna, pilnując porządku, reformować nie potrafi.
— A do czegoż się sposobił? z uśmiechem znowu zapytał Dembor, jakby nie wiedział.
— On chce być artystą.
Z politowaniem spojrzał wuj na upokorzonego siostrzeńca, który głowę spuścił jak winowajca.
— Artysta! powtórzył powoli — cóż to jest artysta? On! artystą! Może sobie lubić to co wy nazywacie sztuką, to sobie zabawka jak inna, choć ja jej nie pojmuję po latach dwudziestu w rozsądnym człowieku — no! ale są ludzie co się tem bawią... po cóż jednak sam ma być artystą! Do czego to prowadzi? Jego przeznaczeniem rola, gospodarstwo, przemysł — przyszłością obywatelstwo... a jak będzie bogaty, niech sobie powoli obrazki kupuje.
— Alboż artysta nie jest użytecznym w kraju obywatelem? zapytał Michał żywo, ośmielając się już, bo mu wrzało w duszy.
— Ja z tego stanowiska sztuki nie pojmuję, rzekł Dembor — sztuka, to zabawka narodów zdziecinniałych i starych, my mamy inne powołanie i pilniejsze obowiązki przed sobą. Kraj nasz ubogi (?) wszystko w nim leży odłogiem, potrzeba wprzód postarać się o dobry byt dla siebie i dla ludu, a potem — no! to się sobie bawić będziemy sztuką! Zresztą, dodał, pojmuję artystę jak Canowa, Thorwaldsen, jak Winterhalter i Scheffer, którym płacą po kilkadziesiąt tysięcy franków za kawałek kamienia i płótna — no! to przynajmniej dobrze skapitalizowany czas; ale artysta w kraju tylko ukształcony, mierny, artysta amator! co to jest?
— Kochany wuju — zawołał Michał ciągle wrzący — tu chodzi nie o los dla artysty, ale o uczucie artystyczne które go podnosi, uszlachca, kształci i z nim cywilizuje tych co go otaczają... Artysta jest kapłanem, a przez pojęcie i uczucie piękna więcej się czyni dla ludzi, niż przez danie im dobrego bytu!
— Słowa! słowa! dzieciństwo Michale! przerwał pan Dembor surowiej, cała rzecz, pozwól sobie powiedzieć szczerze, że nie lubisz pracy. Daruj mi że ci tak ostrą mówię prawdę przy pierwszem spotkaniu, matka ci nadto dogadzała i pieściła, ja muszę naprowadzić na drogę... Artysta nic nie znaczy na świecie, to prowadzi do ruiny i do próżnowania.
Rumieniec wytrysnął na twarz Michała, który porwał się z siedzenia jak wrzątkiem oblany.
— Kochany wuju, rzekł chwytając go za rękę, nie sądź by mi jakiegokolwiek rodzaju praca i poświęcenie kosztować miały, bym się wzdrygał obowiązków i chciał życie gnuśnie przemarzyć dla tego, żeby mi z tem słodziej i milej być mogło. Właśnie to potępione uczucie które mnie czyni artystą w duszy, usposabia razem do chętnej ofiary... wskaż mi cel, a pójdę i życie poniosę w ofierze. Ale cel widzieć muszę i wziąć do serca.
— Dziecko! odparł Dembor sadzając go na miejscu — alboż nie widzisz celu? Jakiż inny cel człowiek mieć może, nad polepszenie bytu swojego i bliźnich?
— Jakto, kochany wuju? — polepszenie bytu moralnego, zgoda...
— Moralnego zapewne! ale naprzód materjalnego, bośmy przez pół ciałem, i ciałem więcej niż duchem. Najprościej ci tego dowiodę, gdzie panuje nieład, nędza, ubóstwo, tam nic dobrego moralnie nawet być nie może, nic stałego, żadnej przyszłości...
— Ale naprzód idzie polepszenie moralnego bytu... a tu...
— Nie naprzód, moje dziecko, razem, a raczej materjalny byt dobry winien wyprzedzać. Śnicie o cywilizacji, ale ona spoczywa na dobrym bycie.
— Mnie się zdaje, odparł Michał, że nigdy większa na korzyść moralną nie została spełnioną reforma, jak dziełem odkupienia! Chrystus przecie nie począł od bytu materjalnego społeczności, zaszczepił ducha ofiary naprzód, podniósł ją do poświęcenia.
— Słowa! dzieciństwa! poezja! co innego tamta a dzisiejsza społeczność.
— Ludzie zawsze są ludźmi.
— Próżnobyśmy rezonowali, rzekł Dembor trochę urażony śmiałą djalektyką siostrzeńca... nie zrozumiemy się nigdy... Tobie zawsze zachciewa się sztuki po cichu... ale i dla sztuki nie ma miejsca, gdzie chleba powszedniego omal...
— Wszakże ani nam, ani nikomu z otaczających nigdy go nie brakło.
— Cóż to jest za dobry byt! szydersko przerwał Dembor, zaspokojenie pierwszych potrzeb niczem jest jeszcze... to zaledwie początek. Dla czegoż nie mamy się starać, by temu wieśniakowi dać zasmakować w czemś lepszem nad to do czego on przywykł?
— Nawyknienie do zbytkowych potrzeb nie uszczęśliwi go, rzekł Michał — lepiej dać mu ducha co szczepi pogardę niedostatku, i daje siłę zwyciężenia ubóstwa, niż grosz, który budzi pragnienie nienasycone.
— Gdzież będzie granica starania? kiedy dosyć? — nieśmiało przemówiła Anna w obronie brata.
— Granicy tu nie ma, zawołał wuj — postęp bez końca, praca bez końca.
— A kiedyż przyjdzie czas spoczynku, modlitwy i sztuki?
— Wyście, moje dzieci, z całkiem innego świata, przerwał Dembor — przywykłe żyć samą karmią niebieską — wam to trudno inaczej wytłumaczyć jak przykładem. W wielkim ogromie ludzkości, której przeznaczeniem zlać się w potężną całość, kto wie czyśmy nie na ostatnim szczeblu, patrzcie na Europę, na Amerykę, co ulepszeń, jaki byt, jaka pomyślność materjalna! nie jestże to do zazdrości? Jest tam sobie i trochę sztuki i literatury i poezji, ale...
— Tak, ale czyż wuj nie postrzega, że to wszystko we Francji, w Ameryce, w Anglji, przechodzi powoli w towar, w wyrób, na zakaz i handel, a cała społeczność w spółkę komandytową?... We Francji już skarżą się na zobojętnienie zupełne na literaturę i dzieła sztuki... w Ameryce gorzej jeszcze. Zamiast literatury są pamiętniki Barnuma, zamiast dramatu, popisy Jenny Lind, zamiast sztuki, gabinety machin parowych... zamiast poezji, gazety. Wyrazem tego społeczeństwa którego bóstwem jest grosz, a jedynym celem zbogacenie, Mormonizm jakiegoś Smith’a parodjującego ewangelją. Zamiast religji, zamiast filozofji, patetyczne wykrzykniki Emmersona sławiącego najwyższy egoizm, w miejsce najwyższego poświęcenia i stawiącego jednostkę odrębną gdzie była całość — zamiast literatury gazeta i pamiętniki nieśmiertelnego króla Humbugu... oto do czego doszła industrjalizmem i materjalizmem Ameryka.
Dembor popatrzał na nich i zatrzymał się.
— Nie rozumiecie mnie i chyba już nigdy nie zrozumiecie moje dzieci, rzekł odciągając rozmowę. Nie podniesiemy się inaczej ze stanu upadku w jakim zostajemy, tylko pracą wytrwałą, z szałów i niepraktyczności ogólnej, chyba przemysłem i zimnego rozsądku parawanem, za któremi w ślad pójdzie oświata, cywilizacja...
— Ale czyż cywilizacja ta materjalna zachodu, na którą on sam boleć zaczyna, jest tak do zazdrości? rzekł Michał.
— No! dajmy temu pokój, zakończył wuj.
Ani Michał ani Anna nie śmieli dalej przeciągnąć urwanej rozmowy i umilkli z poszanowaniem. Po chwili Dembor powrócił do pierwszego zadania.
— Cóż tedy robić myślicie? zapytał.
— Choć lubię sztukę, ale spełnię obowiązek, rzekł Michał, będę gospodarował starając się powoli o ulepszenie, mam nadzieję poopłacać długi, podnieść stan majątku, chcę to jednak uczynić nie zmieniając ani trybu jakim u nas szło gospodarstwo wiekiem, ani obyczajów ludu, które on i ja szanujemy zarówno, ani przedewszystkiem zakładając sobie samo polepszenie materjalnego bytu. Jeśli potrafię poprawić moralnie, dobry byt, i dostatki wynikną same z siebie; przeciwnie robią zdaje mi się...
— Fałszywie, bo ci się zdaje, zawołał Dembor już z niecierpliwości ruszając lekko ramionami, co mu się rzadko trafiało — to są utopje dziecinne, nam potrzeba reform radykalnych...

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.