Celestyn Kapucyn

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania


Kot stary Celestyn Kapucyn • Wybór poezyj • Bajki • Adam Naruszewicz Szczur na pustyni
Kot stary Celestyn Kapucyn
Wybór poezyj
Bajki
Adam Naruszewicz
Szczur na pustyni

IX. Celestyn Kapucyn[1].




Lata się mienią, lecz nie natura w człowieku.
Pókim był w kwitnącym wieku,
I krew we mnie igrała chyża,
Sprowadzałem wyborne fuzyjki z Paryża.
Strzelałem w rybie oko; aż kiedy wiek stary
Począł na tępe oczy wdziewać okulary,
Broń się popsuła: darmo goniąc stada ptasze,
Zrzuciłem frak zielony, odpiąłem kamasze.

Chęć jednak do łowów trwała
Z pierwszego mi nałogu dotąd nie ustała;
Z tą tylko odmianą,
Że co pierwéj myśliwiec wieczorkiem i rano
Biegałem wolnie z rozjazdem, lub siatką,
Chwytając to rybki, to skowronki gładko,
Dziś lekkie w gruby habit odmieniwszy sieci,
Czyham, póki tam błędna dusza nie przyleci.
Wyznaję, że ta zmiana bardzo dla mnie słodka.
Oto i ongi przyszła dewotka!
Nic jéj; lecz poznałem zaraz z miny
Téj pokutującéj dziewczyny,
Że to była złodziejka... „Darmo, moje dziecię!
Świętego rozgrzeszenia dotąd nie weźmiecie,
Póki, coście bliźniemu wzięli po kryjomu,
Nie odniesiecie w całości do domu“.
Ona w płacz, w prośby; białe ku mnie rączki składa.
„Ach! mój kochany ojcze! — powiada, —
Wyznaję winę moję i z tego się smucę;
Ale jakimże sposobem powrócę?
Gdy ukrzywdzony nie chce przyjąć téj kradzieży:
Owszem ustawnie wzdycha i u nóg mi leży,
Prosząc u mnie wzajemnie,
Bym zatrzymała serce, wzięte mu tajemnie“.
Ja na to: „Alić przecie, moje dziecię śliczne,
Wiedziéć powinien kapłan rzeczy okoliczne,
O grzechu i o złodzieju...“
„Miły mój dobrodzieju!
Bardzoście, widzę, ciekawi.
Wszakże gdy ta wiadomość spowiedź mą naprawi,
Opowiem ci dokładnie, coście zapytali.
Zrazu myśmy na siebie tylko poglądali
Częściéj, niźli na drugich. Czy on kichnął, czyli
Kichnąć mi się zdarzyło; sobieśmy życzyli
Tylko zdrowia, drugiemu nigdy zgoła; a że
Pan doktor na katary tabaczkę brać każe,
Brałam ją u matuli mojéj po kryjomu,
I prócz niego, jéj zażyć nie dałam nikomu.
On téż za to był wdzięczny, dawał mi chusteczki
I kwiatki i wstążki i inne rzeczki.
Potym daléj i daléj...“ „Cóż tam daléj przecie?“
O dobrodzieju! waszeć dobrze wiecie,

Jak to tam bywa, kiedy... dość, że codzień prawie
Byliśmy sami z sobą na miłéj zabawie.
Czasem téż, choć ja spała, on się gwałtem wdzierał
I coraz nowym darem drzwi sobie otwierał“.
„Ale, panienko! czy te miłości ofiary,
Były-to tylko jego własne dary?
Czy nie cudza to zdobycz? chciałbym się dowiedzieć“.
„Ja-m się pytała, lecz on nie chciał odpowiedziéć;
Tylko mi zostawował i, bym wzięła, prosił.
Jeszcze mi coś onegdaj jak nosił, tak nosił.
Były tam złote fafałki,
Aniołeczki mosiężne, jedwabne koszałki,
Żółte firanki, jakieś czerwone obitko.
Któż tam wyliczy wszytko,
Co on tam z sobą włóczył? Ażem brać nie chciała.
Dał mi tylko zegarek, jakiego bez mała
Trudno dostać, tak ładny“... „Pokaż, pokaż mi to.
Ach! panno, to nie może być dobrze nabyto!
Właśnie téż tu gruchnęło o pewnéj kradzieży
W pałacu, co tu blisko od klasztoru leży.
Mieszka tam jedna pani, lecz takiéj dobroci,
Która nie żałuje i kroci.
Bogdajby wiek pędziła złoty,
Dla sierot, dla ubogich, dla cichéj gołoty!
Dobrze nam samym przy niéj; wszakże nie nas jednych;
Wszystkich ona strapionych wspomaga i biednych.
Owszem i tym, co od niéj nie pragną jałmużny,
Co wiek trosków pędzą próżny,
Ciężkiemi sobie głowy nie mordując sprawy.
Jak słodkie w jéj domu zabawy!
A gdzieżby się oni podzieli,
Gdyby téj pani długo nie widzieli?
Wszak, choć się ona kiedy o pół mili
Na czas krótki z miasta wychyli:
Chodzą, jak błędni, smutni, jak nocna poczwara,
A wszystko pytają się u bramy janczara,
Że ich jéj odjazd często i głodzi i smuci;
Jéjmość czy rychło powróci?
Oj! taka-to pani! Równéj jéj nie mamy;
Wielbimy ją wszyscy i kochamy.
Ponieważ więc twój miły winien téj kradzieży,
Oddać ją, miła panno, czymprędzéj należy.

Daj go sam!“ Owóż tu nowy poswarek:
Ja sobie, ona sobie za zegarek.
Ona w nogi, ja za nią; za rękę ją wiodę;
Ona mnie cap za brodę.
Alem wolał i włosy w garści jéj zostawić
I téj się mojéj ozdoby pozbawić,
Niźli cię długo, pani, tą utratą smucić
I własności twéj nie powrócić.
Odebrałem twój zegarek gwałtem;
A kiedym się nad jego zastanowił kształtem,
Wnosiłem, że ten złodziéj, umykając z gmachu,
Pełen przestrachu,
Gdzieś się w kącie tak otarł biegiem nieostróżnym,
Że co było okrągłym, stało się podłużnym.
Bądź-co-bądź, choć może nie stoisz o to,
Jednak to przecie złoto;
A co większa, jest twoje. Bierz je, pani, w ręce;
Daruj winę biednéj panience.
A na mnie bądź łaskawa, żem się dobrze sprawił:
Wszak dla twojéj przysługi brody-m się pozbawił.
Ale mi nie żal; dałbym i więcéj.
Teraz się będę modlił za ciebie goręcéj.




Przypisy

  1. Tę bajkę król Jmć wraz z zegarkiem ofiarował JW. Ogińskiéj, Hetmanowéj W. Lit., z okazyi zdarzonéj w jéj pałacu kradzieży.