Bywa i tak na świecie!/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Bywa i tak na świecie!
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
I
PANI BURMISTRZOWA JEST NAPRZÓD ZACHWYCONA,
A NASTĘPNIE ROZGNIEWANA

— Och! jakżem się zmęczyła... Przepraszam, że pani sędzinie robię subjekcją tak rano, ale wracam z poczty i ze wzruszenia siły prawie utraciłam! Jakże zdrowie państwa?
Wszystko to wypowiedziała jednym tchem pani burmistrzowa Trajkotnicka, rozsiadając się najwygodniej na fotelu pani podsędkowej.
— Mąż trochę na głowę chory, a Jadzia kaszle, ale zresztą mamy się dobrze. Cóż za szczęście spotkało panią tak rano? — spytała zkolei podsędkowa.
— Rano?... Prawda, że pani sędzina przybyła do nas z wielkiego świata...
— Istotnie, że u nas w Radomiu wszyscy wstają około dziewiątej... Ale cóż się pani trafiło, bo bardzo jestem ciekawa?
— Ach! pani sędzino... szczęście!... Nie wiem, czy potrafię opowiedzieć... Czy pani sędzina pozwoli, ażebym zdjęła kapelusz?
— Bardzo proszę! Ciekawam też...
— Choć bo na wizyty jeszcze nie pora, lecz mimowoli składam wizytę o jedynastej. Pani sędzina śmieje się pewno ze mnie w duchu, bo wszyscy z wielkiego świata...
— Tak, u nas w Radomiu składaliśmy wizyty między pierwszą i drugą. Mężczyźni we frakach, damy w jedwabnych sukniach... Ale umieram z niecierpliwości dowiedzenia się...
— Właśnie chcę o tem mówić — przerwała burmistrzowa. — Pani sędzina wie... Ach! jak gorąco... Pani sędzina wie, że byłyśmy tydzień temu z Manią na balu w Kozienicach...
— Aaa... w Kozienicach?
— Bardzo dystyngowane towarzystwo: sami obywatele i urzędnicy... Otóż, wracając z balu... Ja miałam suknią lila, a Mania białą, ale to tak mi tylko przyszło na myśl... Otóż, wracając z balu — deszcz nas zaskoczył w drodze...
— Były panie przez deszcz spotkane — poprawiła sędzina.
— Spotkałyśmy się z deszczem, chciałam powiedzieć. Więc mówię do furmana: staniesz błaźnie, choćby przed najlichszą karczemką, bo nam suknie zamokną! No i stanął...
— Musiał tam być ogromny zaduch? — spytała sędzina.
— Nam to nie szkodziło, bośmy były obie z Manią doskonale wyperfumowane, a prostota do tego przywykła. Więc kiedyśmy stanęły... Ale może ja pani sędzinie czas zabieram?
— O nie! bardzo proszę... — odparła sędzina z dobrotliwym grymasem.
— Więc kiedyśmy stanęły, noc już była, a Żyd arendarz mówi: „Jasne panie zapewne przenocują?...“
— Ci arendarze strasznie lubią pochlebiać! — zauważyła sędzina, patrząc na fałdy sukni.
— O nas wiedział, kto jesteśmy...
— Aaa! — ziewnęła sędzina, spoglądając tym razem na portret swego męża, podsędka.
— Naturalnie — ciągnęła burmistrzowa — nie mogłyśmy się położyć na żydowskich betach, tylko usiadłyśmy na jakiejś ławce i ja zasnęłam...
Kiedym zasnęła... śni mi się... numer 3333. Budzę się, a Mania mówi: „Co się mamie śniło, to się sprawdzi, bo to na nowem mieszkaniu!“ A ja jej na to: Dajże pokój z nowem mieszkaniem, przecież to karczma! Ale zaraz przypomniałem sobie numer i kazałam konie zaprzęgać.
— Rozumiem! — zawołała sędzina — ten numer wygrał...
— Wygrał? — zapytała burmistrzowa, zrywając się z fotelu.
— Ja nie wiem...
— Ach!... myślałam, że już pani ma wiadomość... Jakże mi serce bije!
— Może kazać pani podać wody kolońskiej?... Józia! Józia!...
— Niech się pani sędzina nie fatyguje! — błagała burmistrzowa.
— Owszem... Ale nie lubię, jeśli nie mam pod ręką mojej panny służącej. Józia! Józia!...
— Poszła świnie karmić!... — odpowiedział z za okna parobek, poprawiający rozwalony płot ogródka.
— Głupiś! — odparła pani sędzina, oblewając się pąsem i konwulsyjnie zaciskając rękę, a potem dodała: — Więc cóż się stało z tym numerem?
— Ordynaryjni są ci prości ludzie!... — rzekła burmistrzowa, ukrywając wielkie ukontentowanie pod maską zgorszenia. — Pani sędzina ma także i nierogaciznę?
— To mój mąż się uparł, żeby trzymać około domu jakiś niezwykły gatunek, ale ja nigdy w tem nie gustowałam... Jakże z numerem?
— Po powrocie do domu, obeszłam, mówię pani sędzinie, całe miasto, ale numeru 3333 nie znalazłam. Zdesperowana, piszę do Warszawy do mego kuzyna Tabaczyńskiego, który jest urzędnikiem w Komisji Sprawiedliwości...
— Jakim urzędnikiem? -— zapytała ciekawie sędzina.
— Jakimś... naczelnikiem! — odparła nieco zmieszana burmistrzowa.
— Czy nie Andrzej?...
— Andrzej! Andrzej!... — zawołała burmistrzowa, lecz opamiętawszy się, pokraśniała jeszcze bardziej.
— Andrzej Tabaczyński — szepnęła słodkim głosem pani sędzina — był woźnym u mego męża i przed dwoma laty przeniósł się do Warszawy, do Komisji Sprawiedliwości. Ale to pewno nie ten sam?
— Przysięgam pani sędzinie, że w mojej familji nikt nie śmiałby być woźnym...
— Tak, to tylko podobieństwo nazwisk. Mój mąż mówił mi też, że znał jakiegoś Eustachego Trajkotnickiego, rzeźnika w Warszawie — dodała znowu nieubłagana sędzina.
Burmistrzowa kręciła się jak na szpilkach.
— Ależ upewniam panią sędzinę...
— Ja wiem! — odparła sędzina — że to być nie może, choć pan Ludwik, wychowaniec państwa, często o nim wspomina...
— On?... nasz wychowaniec?... Cha! cha! cha!... — roześmiała się spazmatycznie burmistrzowa. — To przecież sierota, jakiś podrzutek, któregośmy z litości przygarnęli do siebie... Ale dobrze mój mąż mówi, że najlepiej nie podnosić sierot z pod płota!... O Boże! co za niewdzięczność!...
Widząc tak wielką rozpacz swej nieprzyjaciółki, sędzina ulitowała się nad nią i zapytała znowu o historją numeru. Burmistrzowa zaś, uspokoiwszy się nieco, mówiła dalej:
— Szczęściem, nasz krewny...
— Ten pan Tabaczyński?...
— Ten urzędnik z Komisji Sprawiedliwości.
— Ten pan Andrzej? — spytała znowu sędzina.
— Tak, ten naczelnik — odpowiedziała burmistrzowa — otóż ten naczelnik z Komisji Sprawiedliwości, a nasz krewny, znalazł wreszcie w jakimś kantorze numer 3333, ale tylko pół losu!... Zapłacił trzydzieści jeden rubli i dziś właśnie przysłał nam go pocztą...
— I pani go teraz odebrała?
— W tej chwili...
— I pani jest pewna, że ten numer wygra?
— Pewna? — spytała burmistrzowa. — Jestem pewniejsza, że wygramy, niż że teraz jest dzień!...
— Na czemże się to opiera?
— Na tysiącach przepowiedni... Od owego snu w karczmie, spotykam same trójki. Jechałyśmy naprzykład z Kozienic trzema końmi...
— Widziałam tylko dwa — przerwała sędzina.
— Tak, ale jedna klacz... Pani pojmuje?
— Aha!
— W portmonetce miałam trzy grosze... naturalnie drobnemi... Karczma miała trzy izby... Ale najważniejsze jest to, co mi się dziś na poczcie trafiło...
— Znowu? Ciekawam bardzo!
— Pani zna pana Łapandrowicza z Łapandrowic?
— Przystojny, tylko podobno zadłużony.
— Otóż on był na poczcie i przeczuwając moje szczęście, ukłonił się jak... anioł!...
— Pani prezydentowa zapomina o mężu! — zauważyła sędzina.
— Dlaczego? przecież mam córkę...
— Więc pani sądzi, że pan Łapandrowicz ożeniłby się z panną Marją?
— A dlaczegożby nie?
— Dlatego, że o ile wiem, myśli o kim innym...
— Czy kto inny będzie miał dwieście tysięcy posagu, jak moja Mania? — spytała obrażona burmistrzowa.
— Moja Jadzia ma dobre wychowanie — odparła wyniośle sędzina, powstając.
— O, bardzo proszę!... Moja Mania skończyła pensją...
— Dwuklasową!
— Mniejsza o to. Za kilka dni, nie tacy, jak Łapandrowicz, starać się o nią będą. Żegnam panią sędzinę.
I z temi słowy burmistrzowa opuściła dom sędziny krokiem bardzo majestatycznym, unosząc kapelusz w rękach.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.