Bywa i tak na świecie!/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Bywa i tak na świecie!
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron
II.
DOLA WYCHOWAŃCA.

Po powrocie do domu, pierwszą czynnością pani burmistrzowej było uściskać córkę Marją, która skończyła pensją, a potem napaść bardzo energicznie na męża.
— Proszę cię, Franiu — rzekła — ażebyś natychmiast wysłał Joska po sprawunki.
— Po jakie? — spytał burmistrz.
— Po dwie sztuki weby, dla mnie i dla Mani, po atłas na salopę, po wino i po tort...
— Chryste elejson! z przeproszeniem. Tort na takie złe drogi?... ależ z niego chyba wióry przyjadą...
— Mnie nic do tego. Za parę dni muszę mieć tort, wino, webę i atłas...
Burmistrz upadł na krzesło i objął głowę rękoma.
— Leonciu! — zawołał — tyś chyba zmysły straciła, z przeproszeniem?
— Co to znaczy, maman? — spytała niemniej zdziwiona Mania.
— Ale... Co to znaczy?... Ona dobrze mówi, z przeproszeniem, ta dziewczyna. Co to znaczy? — powtarzał mąż.
— To znaczy, że numer 3333...
— Wygrał? — spytali ojciec i córka jednogłośnie.
— Jest w mojej kieszeni! — odparła triumfująco pani domu. — Dwakroć pewne...
— Pewne?... — spytał niedowierzająco burmistrz.
— Kiedymama mówi, że pewne, to tak być musi — wtrąciła Mania.
— Widzisz, Mania ci mówi, że pewne! — dodała burmistrzowa.
— Ha!... kiedy obie tak mówicie...
— Więc poszlesz po tort?
— Po tort!... Drzazgi, powiadam ci, z niego przywiozą... — ostrzegał mąż.
— A ty od czego masz głowę na karku, od czego jesteś burmistrzem, pocom ja za ciebie poszła, pocoś się żenił? — wołała jednym tchem pani.
— Cicho już, cicho! — jęknął burmistrz. — Ludwik!... Ludwik! ty niedołęgo!... chodź mi tu, z przeproszeniem, zaraz.
Ludwik był owym nieszczęsnym wychowańcem państwa burmistrzostwa, który tak niefortunnie przyznał się do pokrewieństwa ze zwykłym rzeźnikiem Trajkotnickim.
Wezwany wszedł z głową najeżoną, w odzieży lichej, z oczyma spuszczonemi ku podłodze.
— Pojedziesz mi do miasta... — zaczął burmistrz.
— Ach, ty plotkarzu, ty żądło żmii, ty darmozjadzie! — wołała burmistrzowa.
— Mameczko, za co go mama tak łaje?... — pytała panna Marja.
— Żono!... niechże tylko jedno z nas mówi — upominał mąż.
— Poco on plotki po mieście roznosi, poco mówi o tym przeklętym rzeźniku, twoim niby to stryjecznym bracie?...
— Pojedziesz do miasta i przywieziesz, z przeproszeniem, tort...
— Dziś, przez tego gamonia, skompromitowała mnie dwa razy jędza sędzina! — wołała burmistrzowa.
— Przywieziesz tort na własnych kolanach, w okrągłem pudełku, z przeproszeniem — mówił burmistrz.
— Dość tego! — krzyknęła pani. — Dziś kiedy mamy majątek, trzeba wypędzić próżniaka, który nas tylko kompromituje...
— Nie zapomnij, w okrągłem, od Goldwassera...
— Jeszcze ludzie gotowi posądzić, że tego drągala trzymamy w rezerwie dla naszej Mani...
— Mamo!... mameczko!... — błagała córka.
— Tort duży, z aniołem na wierzchu i... kosz wina. Jedź natychmiast.
Ludwik stał odurzony; zebrawszy wreszcie myśli, spytał burmistrza.
— A pieniądze?
— Na co?
— Na wino, na tort i... na drogę.
— Wino weźmiesz na kredyt od Lejbusia i poprosisz go, ażeby ci dał na tort...
— A droga?...
— Cóż ty, leniu, nie bierzesz pensji, z łaski mego męża, żebyś w jego interesie nie mógł pojechać? — spytała z najwyższem oburzeniem burmistrzowa.
— Burkę sobie kupiłem — odparł nieśmiało chłopak.
— Słyszeliście go, jaki mi elegant?... Burkę kupił!... A tobie naco burka?... Może się w konkury wybierasz?... Zośka od doktora i bez burki wyjdzie za ciebie.
— Ja tam nie myślę o Zośce...
— Więc o kim?... Może o hrabiance, o księżniczce, o królewnie... może o naszej Mani?...
Chłopak zaczerwienił się, a Mania rzekła:
— Niech mu mama da pokój! Chodź, Ludwisiu, dam ci na sprawunki.
I wyprowadziła go do swego pokoju, mówiąc:
— Pożyczę ci rubla na drogę, to mi zwrócisz potem...
Gdy szukała pieniędzy w stoliku, Ludwik szepnął:
— Jak mi tu źle... coraz gorzej!...
— Bądź cierpliwy!... Trzeba znosić, bo i co zresztą zrobisz?
— Co?... Chciał mnie wziąć jeometra na pomocnika i obiecał na początek dwieście rubli. Radzili mi też, żebym został pisarzem, gdzie przy budowie kolei... A wreszcie choćbym i do wojska poszedł, gorzej mi już nie będzie!
— Do wojska? — spytała Mania. — Masz widzę dobre serce... wszystkichbyś porzucił?
— Co mi z mojego serca! — odparł chłopak. — Siedzę tu jak pies na łańcuchu, dlatego, żeby czasem od Mani dobre słowo usłyszeć... Ale co z tego będzie wkońcu?... Bóg wie!
— Naturalnie, że Bóg tylko wie, a tymczasem jedź do miasta. O tym jeometrze pogadamy później, bo jużci musisz raz przyzwoite miejsce dostać!
Podała mu rękę, którą on kilkakrotnie ucałował i wyszedł.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.