Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A ty od czego masz głowę na karku, od czego jesteś burmistrzem, pocom ja za ciebie poszła, pocoś się żenił? — wołała jednym tchem pani.
— Cicho już, cicho! — jęknął burmistrz. — Ludwik!... Ludwik! ty niedołęgo!... chodź mi tu, z przeproszeniem, zaraz.
Ludwik był owym nieszczęsnym wychowańcem państwa burmistrzostwa, który tak niefortunnie przyznał się do pokrewieństwa ze zwykłym rzeźnikiem Trajkotnickim.
Wezwany wszedł z głową najeżoną, w odzieży lichej, z oczyma spuszczonemi ku podłodze.
— Pojedziesz mi do miasta... — zaczął burmistrz.
— Ach, ty plotkarzu, ty żądło żmii, ty darmozjadzie! — wołała burmistrzowa.
— Mameczko, za co go mama tak łaje?... — pytała panna Marja.
— Żono!... niechże tylko jedno z nas mówi — upominał mąż.
— Poco on plotki po mieście roznosi, poco mówi o tym przeklętym rzeźniku, twoim niby to stryjecznym bracie?...
— Pojedziesz do miasta i przywieziesz, z przeproszeniem, tort...
— Dziś, przez tego gamonia, skompromitowała mnie dwa razy jędza sędzina! — wołała burmistrzowa.
— Przywieziesz tort na własnych kolanach, w okrągłem pudełku, z przeproszeniem — mówił burmistrz.
— Dość tego! — krzyknęła pani. — Dziś kiedy mamy majątek, trzeba wypędzić próżniaka, który nas tylko kompromituje...
— Nie zapomnij, w okrągłem, od Goldwassera...
— Jeszcze ludzie gotowi posądzić, że tego drągala trzymamy w rezerwie dla naszej Mani...
— Mamo!... mameczko!... — błagała córka.
— Tort duży, z aniołem na wierzchu i... kosz wina. Jedź natychmiast.