Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 01.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


BYWA I TAK NA ŚWIECIE!
I
PANI BURMISTRZOWA JEST NAPRZÓD ZACHWYCONA,
A NASTĘPNIE ROZGNIEWANA

— Och! jakżem się zmęczyła... Przepraszam, że pani sędzinie robię subjekcją tak rano, ale wracam z poczty i ze wzruszenia siły prawie utraciłam! Jakże zdrowie państwa?
Wszystko to wypowiedziała jednym tchem pani burmistrzowa Trajkotnicka, rozsiadając się najwygodniej na fotelu pani podsędkowej.
— Mąż trochę na głowę chory, a Jadzia kaszle, ale zresztą mamy się dobrze. Cóż za szczęście spotkało panią tak rano? — spytała zkolei podsędkowa.
— Rano?... Prawda, że pani sędzina przybyła do nas z wielkiego świata...
— Istotnie, że u nas w Radomiu wszyscy wstają około dziewiątej... Ale cóż się pani trafiło, bo bardzo jestem ciekawa?
— Ach! pani sędzino... szczęście!... Nie wiem, czy potrafię opowiedzieć... Czy pani sędzina pozwoli, ażebym zdjęła kapelusz?
— Bardzo proszę! Ciekawam też...
— Choć bo na wizyty jeszcze nie pora, lecz mimowoli składam wizytę o jedynastej. Pani sędzina śmieje się pewno ze mnie w duchu, bo wszyscy z wielkiego świata...
— Tak, u nas w Radomiu składaliśmy wizyty między pierwszą i drugą. Mężczyźni we frakach, damy w jedwabnych