Bem (Gąsiorowski, 1927)/XXVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Gąsiorowski
Tytuł Bem
Podtytuł Powieść historyczna z XIX w.
Wydawca Dom Książki Polskiej
Data wydania 1927
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


XXVII.

W cztery dni, po objęciu rządów przez Krukowieckiego, ukoiło się, uciszyło w Warszawie. Sędziwy Małachowski, wypromowany na zastępcę wodza naczelnego, nie miał wrogów. Okrutny proces o zabójstwa i zamieszki skończył się na rozstrzelaniu czterech łotrzyków i uwięzieniu jednej kawiarki. Odetchnęli więc stronnicy Lelewela i księdza Pułaskiego kommilitoni. Skrzynecki znikł. Prądzyński po sztabie się kręcił, Dembiński przystał na kierowanie po równości z Umińskim obroną Warszawy a nawet z samym „dyktatorem“ politycznie się rozmawiał. Co podobno łatwem było poświęceniem bo nowy prezes Rządu narodowego czegoś złagodniał, przycichł, zmętniał.
Napróżnoby teraz w generale Krukowieckim dawnej stanowczości, uporu, gwałtowności szukał. Cztery dni władzy najwyższej z kretesem go zmieniły. Nietylko nie sromał się odmiennego poglądu, lecz się go dopominał. Niekiedy, prawda, wybuchał jeszcze pasją, zrywa! się siny, z zaciśniętemi pięściami na obronę swej racji, ale zrywał się, jak płomień, co przywalony gruzami, dobywa się, wystrzela a nalazłszy jeno głazy, gaśnie. Cały wczorajszy zapał i energja generała skupiła się teraz w pragnieniu, aby czynić, aby działać, aby pogrążyć się w gorączkowej pracy, aby nie ustać, aby ciszy nie dać przystępu.
I stąd wielka rada wojenna piorunem poszła. Nigdy zgodniejszej podobno nie było. Wszystkie rajce naraz zatriumfowały!
Łubieński chciał w trzy tysiące jazdy ku Modlinowi przeć, aby Płockie województwo oczyścić z podjazdów nieprzyjacielskich — wyprawiono go natychmiast.
Prądzyński żądał, aby dwadzieścia tysięcy Ramorina poszło na korpus Rozena, który do Pragi się skradał, rozbiło go, opanowało Brześć; zaszachowało tem samem Rüdigera i pozwoliło Różyckiemu do tyłów armji Paskiewicza się dobrać. I stało się, jak żądał Prądzyński. Ramorino wyciągnął bez zwłoki, mając u boku samego twórcę planu.
Dembiński z Bemem mówili, że właściwie należałoby zaniechać Warszawy i wszystkiemi siłami uderzyć na Rozena — ale że obocześnie Małachowski, Krukowiecki, Rybiński, Sowiński i sześciu innych za obowiązek najpierwszy poczytało obronę stolicy — więc istotnie i jednym wygodzono i drugim! Upadek bowiem Warszawy nie rozstrzygał już wojny, czego Bem z Dembińskim się obawiali. Teraz przecież w Warszawie było raptem dwadzieścia pięć tysięcy ludzi — a całe czterdzieści pięć poza Wisłą. A niechby na miasto zła przyszła godzina — no, to Ramorino z Prądzyńskim, rozprawiwszy się z Rozenem, piorunem wrócą.
Co więcej, pułkownik Lewiński, który naprzykrzał się na szefa sztabu z Łubieńskim, został nietylko szefem ale i generałem brygady. Książę Czartoryski znów, a za jego przykładem Sapieha. Gustaw Małachowski i mendel dygnitarzów conajprzedniejszego rodowodu powzięło myśl pójścia z Ramorinem i Prądzyńskim na wyprawę wojenną... Osobliwem nieco było to życzenie, bo i co za intencja mogła tylich dygnitarzów, ludzi niewojskowych, skłaniać do włóczęgi za główną kwaterą generała Ramorina! Krukowiecki, na wieść, o tem żachnął się, wykrzywił ironicznie, ale słowa nie rzekł. Rad był pewnie w duchu dobrowolnemu wyjazdowi księcia eksprezesa Rządu.
Po tak zgodnem odprawieniu rady wojennej, jeszczeby może zmitrężono z wyprawą Ramorina, bo po radzie zagadano śród posłów sejmowych o osłabieniu garnizonu warszawskiego — lecz tu przyszedł z pomocą Krukowieckiemu sam Rożen i, nie przeczuwając zapadłego nań wyroku — wychynął z pod Wawra i na Pragę się rzucił. Skończyło się wprawdzie na alarmie ale i na uznaniu dla decyzji Rady wojennej.
Krukowiecki z Małachowskim troszczyli się teraz wyłącznie o zabezpieczenie Warszawy. Było wiele, bardzo wiele do dokonania, tak wiele, że i miesięcy całych czasu nie starczyłoby. Ale niemniej ponad siły czyniono i niemal nad potrzebę!... Wszak ci nielada było pytaniem, czy feldmarszałek wogóle ośmieli się pójść do szturmu. Od tygodnia przecież obozuje tuż i kontentuje się utarczkami przednich straży. Niechybnie okazji szuka do nawiązania układów. List Witta oczywistym dowodem. Przytem i boi się — redutami się otacza. Miast nieprzyjacielskich dobywać, stawi sobie własne.
Niechże teraz się dowie, że Rożen rozbity, Brześć wzięty, że jemu samemu grozi poprostu odcięcie, uwięzienie na lewym brzegu Wisły!
Paskiewicz tymczasem, czy nie dowiedział się o tem nowem dlań niebezpieczeństwie, czy innego coś knuł, dość, że najspokojniej ściągał nowe dywizje, umacniał się na pozycji.
Krukowiecki zaniepokoił się. Wiadomości, powzięte przez rekonesanse, podjazdy, zagarnięte placówki, opowiadały o nadciąganiu Kreutza, o okrutnych dwudziestu moździerzach, aż z Kijowa przez Gejsmara prowadzonych. Dalej istne duby smalone wywodziły o rewjach, które piechota rosyjska odbywa codzień z drabinami, koszami i pękami faszyny — o ściąganiu prowiantu i wogóle o gorączkowem sposobieniu się do uderzenia na Warszawę.
Krukowiecki z Małachowskim nie daliby się jednakże temi przesadzonemi niechybnie nowinami zastraszyć, gdyby nie raporty Ramorina i Prądzyńskiego.
Stoczył bitwę Ramorino pod Krzynką i zadał, stanowczo zadał Rozenowi. A co w Rogoźnicy piąty pułk cudu dokazał, sześćset nieprzyjaciela padło, i chorągiew zdobył!
W Międzyrzeczu zato Rożen na miazgę byłby poszedł i nie zdołałby ujść do Brześcia, żeby nie Ramorino, pisał Prądzyński — żeby nie Prądzyński, objaśniał ze swej strony Ramorino. Kwintesencja, że korpus Ramorina, po ośmiu dniach marszu, wybiera się do Terespola, że conajmniej dzieli go od Warszawy sześć dni pochodu.
W odpowiedzi na ten raport wysłano do Ramorina rozkaz, wzywający go do powrotu, do śpieszenia pod Warszawę. Na czwarty dzień atoli, miast korpusu wojska zjawił się sam Prądzyński z referatem sążnistym o błędach Ramorina, o tem, że nietylko on, kwatermistrz generalny, nie mógł sobie z nim poradzić, ale i Rząd narodowy także nie zdoła, bo Ramorino ani myśli wracać, bo woli Brześcia dobywać, bo na Ramorina nie ma sposobu.
Zaledwie wykoncypowano piorunujące depesze do krnąbrnego generała — na Woli ozwały się po raz pierwszy armaty. Rząd porwał się wylękniony do telegrafu skrzydłowego, ustawionego na teatrze. Śmigi nie dały na szczęście długo czekać na siebie. Reduta pod Odolanami donosiła o zwycięzkiej wycieczce Bema na rekonesans huzarów.
Rząd raźniej odetchnął. Od dwóch tygodni była to pierwsza sposobność do zadufańszego rozkazu dziennego..
Aliści, zanim zdołano ucieszyć się do reszty tą wycieczką a postanowić, czyliby wtórej podobnej za Rakowiec nie przedsięwziąć — do forpoczt przybył parlamentarz! I tym razem nie lada sobie sztabowczyk z pisaniem od Witta — ale sam generał Danenberg z przedłożeniami feldmarszałka.
Na spotkanie z Danenbergiem wyprawiono Prądzyńskiego z Wysockim.
Feldmarszałek stawił wprost warunki zaniechania krwi rozlewu. Twarde warunki.
Wrócili wysłańcy nieco zwarzeni. Krukowiecki zebrał radę wielką, aby odpowiedź obmyślić.
Prądzyński a za nim i prezes Rządu i Dembowski i Radziwiłł przebąkiwać zaczęli, czyby nie lepiej, czy nie politycznie... Ale wnet żwawa dyskusja oczy im otwarła.
Czemże było istotnie parlamentarstwo Paskiewicza? — juści podstępem. Strach go oblatuje o Rozena i, dla fortelu, zucha udaje, aby rozejmu się dopytać. — Szczerze chce paktować? — Więc na warunki trzeba z warunkami wystąpić. Gwałtu nie ma. Warszawy byle kanonadą nie weźmie. A jak miasto raz mu da opór — to Europa się dowie i zagada. W każdym razie przy swojem stać należy.
I Niemojowski ułożył odpowiedź tak siarczystą, jakby feldmarszałek za Niemnem w widłach rzeki zmiłowania wyglądał. Aż ciekawość paliła, z czem teraz Danenberg przyjedzie, jak wybrnie Paskiewicz z tak jędrnego dictum.
Tegoż dnia lunety inżynierskie, czuwając na wieży luterskiego kościoła, rozstrzygnęły domysły.
Armja rosyjska dźwigała się, ustawiała w ciemne, podłużne dzwona.
Wojsko polskie stanęło pod bronią.
Rozrachunek Krukowieckiego był prosty. Umiński dowodził lewem skrzydłem od Solca i Belwederu do Czystego — Dembiński prawem od Czystego do Parysowa i Marymontu. Bem z rezerwą artylerji miał być w odwodzie — i na Mokotów baczyć. Z tej strony bowiem należało się spodziewać właściwego szturmu, bo tu i redut było licho co, i szańce nieskończone i dla nieprzyjaciela korzystne schrony między ogrodami, wądołami, błotami i garbami belwederskimi. Demonstracja może pójść i na Rakowiec i na Wolę — ale na Mokotów ławą się rzucą. Najważniejsze Mokotowa strzedz.
Już na pierwszy sygnał o następowaniu nieprzyjaciela, na pozycjach od Mokotowa wszczęła się gorączkowa praca. Łatano palisadami, niedokończone nasypy i fasy — umacniano armaty, w domkach okolicznych wybijano strzelnice. A w ostatku, na jeszcze tęższe szańców wzmocnienie, zdecydowano z fortu numer pięćdziesiąt pięć działa ciężkie ściągnąć i na Mokotów zawlec. Co żadną nie było szkodą, bo tuż przed fortem, z lewej, była reduta Ordona a z prawej ostróg potężny Sowińskiego. Kule armatnie ostrogu i reduta i tak się krzyżowały. Więc pozycja wolska i bez foru była mocną. Mokotów zaś zyskiwał niezmiernie.
Ale z ustawieniem dział ciężkich był nielada trud i kłopot. I stąd, gdy na Woli przytłumionemu poszmerowi, co z dali ciemnej szedł ku polskim szańcom, odpowiadał spokojny rozgwar korpusu Dembińskiego — pod Mokotowem cały sztab z Umińskim i Bemem pracował bez wytchnienia.
Aż, około północy, wraz z uporaniem się z działami, nadjechał ordynans dowódzcy baterji Rzepeckiego, który z pułkiem trzynastym za Wierzbnem stał. Rzepecki donosił, że od Szop skrada się nieznaczny korpusik a od Zbarza idzie na Wyględów drugi, licho co tęższy, i że pojmany oficer kozacki mówi, iż z tej strony niema więcej dywizji, bo główny korpus na Wolę uderzy.
Bem, wobec którego generał Milberg odczytał Umińskiemu tę depeszę, nie mógł powstrzymać się od wykrzykniku:
— Więc cały szyk bojowy wypada zmienić!
Umiński a za nim Milberg spojrzeli nań pobłażliwie. Bem usiłował bronić swej racji, lecz dowódzca korpusu pokonał go argumentami.
Nadewszystko oficer kozacki, choćby pragnął najrzetelniejszą wyznać prawdę — uczynić tego nie zdolen, bo niema o niej wyobrażenia! Są to tylko dwa słabe korpusiki, niechby tylko dwie brygady. Zgoda! — Cóż to znaczy? — Atak na Wolę pójdzie — ale dlatego na Wolę, aby równocześnie wykonać ruch na lewe skrzydło polskie i uderzyć na najłatwiejszy do zdobycia punkt.
Bemowi zawisła na ustach odpowiedź, że feldmarszałek w ten sposób musiałby dobywać miasta w podłóż — lecz zmilczał. Bo zaiste, w ciągu dni ostatnich, tyle stoczył utarczek na radach, tylekroć razy pozostał odosobniony ze swem zdaniem — tylekroć całą generalicję miał przeciwko sobie — że do upierania, się brakło mu i siły i ochoty i wiary nawet.
Umiński zresztą nadto wielki mir żywił dla Bema — by owej różnicy poglądów nie zagadać, nie zatrzeć przyjaźniejszem ozwaniem. Jakoż, wnet spędziwszy ostatek chmur z czoła dowódzcy artylerji, zakonkludował ochoczo:
— No, kolego generale, a teraz czas o spocznieniu pomyśleć. Niechże się Milberg z Rybińskim sami konsolują.
— Przydałoby się, chociaż za trzy godziny świt prawie...
— Do południa bodaj mamy czas! Najpierw Sowiński musi nawiwatować. Do pierwszego strzału Milberga możemy spać. Do wolskiej pukaniny nam nic.
Bem skwapliwie poszedł za radą Umińskiego. Na pozycji, według planu obrony, istotnie nic nie miał do czynienia. A do miasta wlokło go, ciągnęło.
I, w niespełna półgodziny, Bem błogosławił Umińskiego, że go nie zatrzymał, że go odprawił.
Toć kapitanową zastał we łzach, skuloną, zasuniętą w najciemniejszy kącik, drżącą z przerażenia, z trwogi!
Zaiste opłakany miał pomysł dania pani Anny pod opiekę owej Dzikowskiej. Baba naplotła dub smalonych, nagadała jej bajek i, miast otuchy przysporzyć — delikatną duszyczkę pani Marchockiej śmiertelnym napełniła lękiem.
Nadomiar, niewiadomo po co, skąd, zjawił się, podczas nieobecności całodziennej generała, wuj Olechowski. I czy on naplótł po pijanemu, czy Dzikowska ozorem nabełtała — dość że serduszko kapitanowej, śmiech powiedzieć, Honoratkę sobie wyobraziła za rywalkę!
Ileż zaklęć, ileż przysiąg trzeba było, aby uciszyć lęk pani Anny, aby dowieść jej, że pomimo spodziewanego szturmu, gwardja strzedz będzie, jak co dzień, ładu w mieście — że ów szturm nie sięgnie murów Warszawy, że kule armatnie nawet okopów nie dojdą, że jej nic nie grozi, że jemu nic, nic zgoła, że Honoratka jest sobie kawiarką, która równie do niego, jak do wszystkich gości, wdzięczyć się rada, że nakoniec jest taką pospolitą jejmością, tak nieciekawą, że pani Anna, przywodząc taką, grzeszy, grzeszy okrutnie.
A potem — ileż całunków, ileż rzewnych słówek zużyć musiał generał na umitygowanie pulsujących żyłek, na ochłodzenie rozpalonych skroni, na odświeżenie spieczonych ustek.
Lecz, gdy nareszcie główka pani Marchockiej do piersi Bema się przytuliła, gdy harmonijny jej głosik zabrzmiał ma pełnią czystego dźwięku, generała ogarnęło uczucie takiego szczęścia, jakiego dotąd wyobrazić sobie nie umiał.
Utrudzonym był bardzo, bardzo. Od świtu chwili nie miał odpocznienia. Te eksplikacje znużyły go, wyczerpały... lecz dają mu teraz błogość, dają świadomość ciszy pogodnej, niebiańskiej.
Mogłaż być na świecie istota, którąby zdolen był równie gorąco miłować?
Przeciągły, smutny łomot rozległ się hen w dali.
Bem spojrzał niepewnie ku roletom, z poza których skradało się szare światło brzasku.
— Naraz, jakby w odpowiedzi łomotowi — zagrzmiała piekielna salwa. Kamieniczka zatrzęsła się. Szyby jęknęły żałośnie.
Pani Marchocka zarzuciła Bemowi rączki na szyję.
— Józefie, na Boga, nie odstępuj mnie, nie opuszczaj!
— Ciebie opuścić kochanie? Uspokój się, dziecino, to kanonada... Do szturmu pewno dziś wcale nie przyjdzie! A gdyby nawet...
— Więc nie odejdziesz mnie, nie pójdziesz!? — błagały koralowe usteczka pani Anny.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Gąsiorowski.