Banita (Conrad)/Część III/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Banita
Data wydania 1913
Wydawnictwo Kurjer Lwowski
Drukarz Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Inne Cała część III
Pobierz jako: Pobierz Cała część III jako ePub Pobierz Cała część III jako PDF Pobierz Cała część III jako MOBI
Indeks stron
III.

— Opowiedz-że, gdyż wyobraźnia moja nic sobie nie przedstawia — zauważył kapitan, przerywając milczenie.
Almayer westchnął kilkakrotnie.
— Nie dziwię się temu — począł. — Otóż wysłuchawszy wszystko, co mi powróciwszy ze zwiadów Ali opowiedział, uspokoiłem się nieco. Kto wie, myślę, sprawy te skończą się może lepiej, niż się zdawało, nie będzie rokoszu. Istotnie po południu nasi wrócili i niby nic do zwykłej stanęli roboty. Nie będzie rokoszu, myślę, i około piątej idę nad groblę z dzieckiem, z małą moją, świeżego powietrza spragnioną Niną, wtem słyszę huk. Wsłuchuję się: strzały nie strzały, a tu Ali nadbiega, wołając: „Panie! oddaj mi dziecko! zanosi się na bunt w faktorji!“ Oddałem mu Ninę, sam wróciłem po rewolwer, przechodząc przez kuchenny dziedziniec. Spojrzę, aż tu dziewki uciekają z kuchennej budy, a poza wyschłym, osadę ogradzającym rowem tłum, którego pierwej, po przez zarośla dojrzeć nie mogłem. Tłum rozwścieczony, widocznie ścigają kogoś. Aż tu Jeni-Eng, osiadły tu przed paru laty chińczyk...
— Znam go — przerwał Luigard — był pasażerem pierwszej klasy na moim statku.
— A prawda! zapomniałem. Otóż chińczyk wyskakuje z zarośli i bieży wprost na mnie. Jego to ścigają, gdyż nie chciał złożyć czołobitnego ukłonu pod wywieszoną flagą. Jest, mówi, anglikiem i cudzych znaków uznawać nie myśli. Z piętnastu zauszników Lakamba ściga go, jak charty zająca. Co tu robić? Niech bierze jedną z moich łodzi, a wiosłując dobrze, umknie. Ani chce słuchać o tem anglikiem jest i tyle! „My biali — mówi — wyobraź sobie ojcze tak zuchwałe porównanie, miał na myśli siebie i mnie — ulegać bydłu temu nie możemy, mówi. Myśmy władcy mórz i wysp“. Widzę, że mu gniew zmysły pomięszał, lecz, że tłum poza rowem przycichł, użyczę, myślę, schronienia chińczykowi. Wtem słyszę głos własny Willemsa. Mówi po angielsku, więc widocznie do mnie: „Wpuść, mówi, tylko czterech naszych, by ujęli chińczyka“. Nie odpowiadam i każę chińczykowi milczeć, lecz w rzeczy samej porywa mię wściekłość. „Ostrożnie Almayer“ — woła tamten — „zgraja rozwścieczona, powstrzymać nie zdołam“. Tego było już zanadto. Łżesz, łgarzu! — wrzasnę, a tu chińczyk, co podkręcił już spodnie drapnąć gotów, jak nie wyrwie mi z rąk rewolwer, jak nie rzuci się w stronę krzaków, jak nie sypnie gradem strzałów. Jęk, pisk, ugodził snać jednego, drugiego. Zanim mrugnąć zdołałem, już nas otoczyli, powalili mię na ziemię, porwali chińczyka. Jak tu się bronić. Oczy i gęba pełne piasku, na grzbiecie czterech co najmniej drabów, w których szponach ducha bym wyzionął, gdyby ich nie powstrzymał głos Willemsa. Rozkazywał odstąpić odemnie, lecz trzymać mię na wodzy. Wiedli mię, jak barana na rzeź, na werandę własnego mego domu. Obejrzałem się, Alego z dzieckiem nie było, więc się uspokoiłem.
Spazm jednak wykrzywiał twarz opowiadającego, kapitan przysunął się bliżej z krzesłem, Almayer otarł pot występujący mu na czoło, na samo wspomnienie strasznej przed tygodniami kilku przeżytej chwili.
— Willems — mówił — ściągnął zawieszony śród kolumn galerji, własny mój hamak. Z tej oto szuflady, bo wiedział, gdzie leżą, wyjął iglice i grube nici, któremi się Nina zwykła była bawić, kazał owinąć mię całego w hamak, sposzyć od stóp do głowy, jak gdybym martwym już był ciałem. Wymyślałem mu co wlazło, ani dbał, a tamci śmieli się, tarzali ze śmiechu i brudnemi łapskami zatykali mi nos i usta. Omałom się nie udusił, a ci przeklęci szyli i szyli, a Willems sam im to jak najgrubsze zawlekał iglice. Gdy mię całego obszyli, cofnął się zadowolony, a będąca obok niego kobieta — (musiała snać nastąpić zgoda między niemi), plasnęła w dłonie, śmiejąc się i tańcząc dokoła mnie, jak gdybym był powalonym bałwanem lub paką towaru. Na werandzie tłum; wszyscy się śmieli w głos; każdy chciał mię widzieć, każdy urągał... Żem się nie wściekł, że mię żółć nie zalała. Teraz jeszcze, gdy wspomnę o tem...
Surowa twarz kapitana wyrażała szczere oburzenie i współczucie, lecz nie znalazł słów na wyrażenie swych uczuć i Almayer z twarzą ukrytą w dłoniach, zgłuszonym mówił głosem:
— Posadzili mię w tym, oto bujającym fotelu, przywiązali, do reszty krępując władzę i ruchy. Willems wydawał rozkazy. Babalachti, ten jednooki murzyn, czuwał nad ich spełnieniem i tylko ta djablica nie odstępowała mię ani na krok, przedrzeźniając, łamane wyprawiając sztuki, a z taką nienawiścią w palących źrenicach, jak gdybym był jej śmiertelnym wrogiem, a ja ją przecie po raz pierwszy widziałem. Przerywała sobie od czasu do czasu zabawę, by się mu rzucać na szyję, gdy przechodził, a on uśmiechał się z pobłażliwem zadowoleniem. Poty śmiertelne spływały mi z czoła, przysłaniały wzrok, lecz widziałem, jak mu się bezwstydnie wiesza na szyi i pyta, wdzięcząc się; „Czym piękniejsza od białych kobiet?“ I słyszałem, jak go pytała, wskazując mię rzutem głowy, po przez ramię: „Możebyś go już zabił?“
— O małom nie zemdlał, a gdym otworzył oczy, djablicy nie było. Musiał ją wysłać do mojej żony, chowającej się gdzieś w najciaśniejszych, za kuchnią, kątach. Willems, patrząc na mnie z góry, twardo mówił: „Włos ci z głowy nie spadnie — mówił — i uważaj proszę, że flaga, którąś wywiesił uszanowaną została. Powiesz to kapitanowi Luigardowi, a i to także, że pierwsze strzały padły stąd, żem ostrzegał...
— Łżesz! — plunąłem mu w oczy! Wstrząsł się, widząc mię tak nieustraszonym. „Stąd pierwsze padły strzały“, powtórzył. Własność prywatna — dodał — własność kapitana Luigarda musi być uszanowaną, o wspólników zaś jego nie dbam, a pan, panie Almayer nie zapomnisz dnia dzisiejszego, chociażbyś żył lat sto i tysiąc nie zapomnisz i to mi wystarcza. Z magazynów kazałem zabrać tylko proch i naboje. Prawdę mówiąc, brzegi te cieszą się protektoratem Niderlandów i są rozkazy, zabraniające trzymania tu broni. Gdzie klucz od małego magazynu?
— Widząc, że mu nie odpowiadam, rzekł: „Pańska, panie Almayer wina, jeśli użyjemy przemocy i wszelakie szkody na pańską spadają odpowiedzialność“. Poczem przywoławszy jednookiego, rozkazał mu odbić zamek w biurku i wyszukać żądanych kluczy. Ale zanim rozkaz został spełniony, djablica czarnomorda, dostała klucze od mojej żony. Spychali do rzeki beczki i tony, osiemdziesiąt trzy! wszystkie. Wszystko, niby bezcenny piasek szło na dno rzeczki, aż się ludzie jego oburzali i Babalachti ośmielił się zrobić uwagę, ganiąc takie marnotrawstwo, lecz mu nakazał milczenie i absolutne posłuszeństwo.
— Przyznać muszę — westchnął Almayer — że umiał im rozkazywać i wyglądał, jak wódz nieustraszony. Gdy beczki i tony, co do jednej, zatopione zostały, wrócił na galerję.
— „Córeczkę pańską, panie Almayer — mówił — wierny Ali schował w krzaki. Naturalnie, żeśmy ich stamtąd wypłoszyli. Córeczka pańska jest bardzo pojętna. Skoro mię ujrzała, zatrzepotała rączętami, wołając: „a kysz! a kysz!“ odkąd nauczono ją tu tak na mnie wołać, okoliczności się zmieniły i teraz wierny Ali zatykał jej jak mógł usta, a jam podziwiał dowcip dziecka. Psujesz ją pan, panie Almayer, rozpieszczasz i kto wie, czy to wam obojgu na dobre wyjdzie“.
— Chciałem skoczyć mu do gardła i oczy mu wydrzeć, a on śmiał się z bezsilnego mego gniewu i mówił:
— Nabojów do pańskiego rewolweru zabieram połowę, gdyż przypadają do mego, a nabojów mi brak. Drugą połowę panu zostawiam, jakoteż potrzebny każdemu dżentelmanowi rewolwer.
— Łotrze! gałganie! — wołałem za nim, a on odchodził, w pół ująwszy swą djablicę. Odchodząc wydawał na prawo, na lewo rozkazy. Po pięciu minutach nie było żywej duszy na galerji, na dziedzińcu, w obrębie faktorji. Nadszedł Ali, uwolnił mię z więzów i płótno, w które zaszyli mię, przeciął. Od tej chwili nikt tu nie wtargnął. Ofiarowałem sześćdziesiąt dolarów rannemu przy napadzie, przyjęte zostały z wdzięcznością. Chińczyka uwolniono nazajutrz. Przysłał mi sześć pak opjum z wyrazami wdzięczności i roztropnie odtąd siedzi w domu.
Przy końcu opowiadania Almayer dźwignął spuszczone na dłonie czoło, spoglądał teraz na bambusowe wiązanie sufitu. Luigard siedział rozpostarty, z wyciągniętemi potężnemi nogami. Spuszczone żaluzje i brzęczenie muchy gdzieś na wtargającem przez nie promieniu słońca potęgowały wrażenie ciszy i zupełnego spokoju, w zacisznym od reszty świata niby zakątku kuli ziemskiej. Na zewnątrz wszystko było słońcem i pogodą. Dolatywały nas urwane nawoływania z rzeki; skrzypnęła gdzieś naciągana lina: świerszcz gdzieś zastrzygał. Luigard podniósł się ociężałe z miejsca, podniósł spuszczoną żaluzję, wzrok puścił po połyskliwej w słońcu wstędze rzeki. Z brzegu, gdzie podpłynął mały dwumasztowiec, dało się słyszeć wołanie:
— Serang! Podajcie linę z dziedzińca magazynów, skorupa morza ugrzęzła na mieliźnie! — wołano.
Słyszeć można było monotonny śpiew wioślarzy, zamianę głośnych słów: Daj! Dawaj! Tu! jest. Potem wszystko zamilkło w jasnem słońcu, wznoszącem się szybko nad zalaną niemą krainą. Luigard opadł na krzesło, Almayer łokciem wsparty o stół patrzał ku rzece:
— Co się zowie cacko, ten mały dwumasztowy statek — zauważył leniwie. — Nabyłeś go kapitanie?
— Nie — odparł Luigard. — Po rozbiciu „Flasha“ dopłynęliśmy do Palembangu na własnych łodziach. Tam łupinę tę nająłem na sześć miesięcy, od młodego Forda. Chciał on użyć na lądzie wakacji, a na statku, którego kierownictwo objąłem, zostawił mi całą swą rodzinę: baby i pisklęta. Musiałem udać się najprzód do Singapore, gdzie miałem „Flash“ zaasekurowany, wstąpiłem potem do Madagaskaru. Droga długa była, uciążliwa, wiatry nie służyły, słowem nie wiodło mi się, a ze starym Hudigem długo poradzić sobie nie mogłem.
— A! Hudig! — ziewnął Almayer. — O cóż wam szło?
— O... — Luigard zakrztusił się — o... kobietę.
Almayer podniósł brwi, obrzucił teścia w pół sennem, lecz ciekawem spojrzeniem. Kapitan kręcił wąsy, zwijał na palce siwą brodę, a z poza szczeliny opuszczonych powiek, jego małe zaczerwienione oczy, nawykłe badać głębie i przestworza mórz, wytrzymywać oślepiające powodzie blasków i nieprzebite nocy ciemności, spoglądały na zięcia z czemś podobnem do zalęknienia. Almayer uśmiechnął się pobłażliwie.
— Osobliwość! coś znalazł osobliwego pod dachem Hudiga? Ach, niepoprawny don Żuanie!
— Co? — ofuknął kapitan. — Szło o żonę przyjaciela... to jest znajomego...
Almayer skinął z uśmiechem dłonią.
— O żonę kogoś — ciągnął Luigard — kogo znałem, zanim mię tu żywcem zagrzebano. W każdym razie żona czy nie żona, kobieta z otoczenia starego osła Hudiga, osobliwszej nie przedstawia wartości i winszuję raczej małżonkowi, jeśli się jej tak czy owak pozbył.
Roześmiał się, przypomniały mu się różne sprawki, plotki różne z błogiej epoki, gdy nie był jeszcze „żywcem zagrzebany“ w piekielnym Sambirze.
Ale kapitan brwi marszczył.
— Nie pleć koszałek opałek. Idzie o żonę Willemsa.
Almayer podskoczył na krześle, rozbudzony, zdumiony.
— Co? Jak? Czyją?
— Willemsa — powtórzył z naciskiem Luigard. — Nie jesteś głuchy, a mówię głośno i wyraźnie. Słowo było dane i nic przecie nie wiedziałem, co tu zaszło...
— Aha! rozumiem! — splasnął dłonie Almayer. — Zwyczajem swym dałeś jej pieniężny zasiłek bez względu na poniesione straty, rozbicie cennego okrętu i czekającą cię tu ruinę.
— Pieniędzy nie dałem — odparł ostro Luigard — chociaż własnością moją wolno mi rozporządzać się tak, jak mi się spodoba.
Almayer zagryzł wargi.
— Pieniędzy nie dałem — ciągnął Luigard — lecz... — Znów się zająknął i obejrzał po za siebie z pewnem zakłopotaniem:
— ...Przywiozłem ją tu — skończył ciszej.
— Tu! — wrzasnął Almayer, zrywając się z miejsca tak gwałtownie, że krzesło, na którem siedział, runęło na ziemię. — Tu! tu!
Luigard najspokojniej kiwnął głową.
— A tu, tu — powtarzał potakująco.
— Na honor! nie rozumiem — mówił, nie mogąc przyjść do siebie Almayer. — Po co nam, tu, żona... Willemsa?
— ...I dziecko — dokończył kapitan, nowe zapalając cygaro — mały, ot! taki chłopak. Matka i dziecko wylądowują właśnie, gdyż pozostawiłem ich na dwumasztowcu, sam, dla pośpiechu dopłynąłem łódką.
Almayer z podełba, z niedowierzaniem, popatrzał na opiekuna swego, co się „ojcem“ pozwalał nazywać; podjął krzesło, usiadł i pogwizdując, odwrócił się obojętnie od kapitana; ten zaś mówił spokojnie:
— Willems miał zatarg ze swym szefem. Mniejsza z tem, o co im poszło. Nie moja to rzecz, a tembardziej nie twoja, Kacprze! Moją rzeczą naprawić, co się da naprawić. Obiecałem i dotrzymałem. Poszło nie łatwo, jak to już mówiłem. Stary Hudig wściekły był na nią za to, że chciała połączyć się z mężem. Wiesz! Jest ona niby jego córką. Zawszem mało ważył etyczne i społeczne zasady starego szachraja. Przekonałem go wreszcie, że nic na tem nie straci, skoro ja, Luigard, za... byłego jego przedstawiciela zaręczę i z biedy, w którą tenże popadł, wyciągnę. A że Hudig postarzał i potrzebuje pomocnika, dałem mu Eraiga, starego kamrata. Nie po jednych wodach pływaliśmy razem za młodu. Co ty na to?
— Bądź co bądź — ciągnął Luigard, nie doczekawszy się odpowiedzi, — wywiozłem ją na mą odpowiedzialność i... bez błogosławieństwa Hudiga, co się odgrażał, że jej z powrotem nie przyjmie. Postąpiła, przyznać trzeba! jak przystało dobrej i wiernej żonie. Mąż przedewszystkiem! A tu... — podrapał się kapitan w głowę z pewnem zakłopotaniem.
— A tu — podjął ze zjadliwym uśmiechem Almayer — czuły małżonek umknął. Przysłużyłeś mu się ojcze! Cha! cha! cha!
Ale kapitanowi nie było do śmiechu.
— W djable ciasny wlazłem przesmyk — mruczał.
— Odeszlij babę do stu djabłów — doradzał, śmiejąc się Almayer.
— To mi rada! — oburzył się kapitan. — Nie po tom ją przecie przywiózł, opieki i wsparcia Hudiga pozbawił...
— Ha! ułoży się to jakoś — dodał — tymczasem tu pozostanie.
— Tu! w moim domu? — krzyknął Almayer.
— Dom ten i do mnie należy, jeśli się nie mylę — odparł sucho kapitan. — Dość zbytecznych rozpraw. Tak chcę i tak być musi.
— O! — mruknął ugodliwie Almayer — jeśli ojciec każe... w takim przemawia tonie...
— Bywasz bo Kacprze — odparł łagodnie już kapitan — nieznośny. Zostaw mi przynajmniej tyle czasu, bym się mógł jako tako obrócić, rozejrzeć. Nie mogę jej przecie trzymać wyczekującą na statku. Muszę coś powiedzieć, obiecać! Hm! Co? Ot naprzykład, że popłynął za interesami w górę rzeki i wróci nie dziś, to jutro... albo pojutrze. Doskonale! Powiem to jej, a ty chłopcze, utrzymuj ją w tem przekonaniu. Tymczasem...
— ...Przywiodę wszystko do należytego porządku, skończył po chwili namysłu i dodał, zwracając się z rozkazującym gestem do zięcia:
— Spełnij, co ci mówię, jeśli ci miła zgoda ze mną.
— Czy mi miła! — westchnął Almayer — bylem ci mógł ojcze dogodzić. Wiem, że nie mam lepszego przyjaciela i opiekuna tylko... Na honor! zrozumieć cię często kapitanie nie mogę.
Kapitan roześmiał się, potem westchnął głęboko, przymknął powieki, skłonił na poręcz krzesła głowę. W słonecznem świetle, słońcem spalona twarz jego, wyglądała postarzała. Almayer wpatrzył się weń uważnie, z głuchym niepokojem.
— Zmęczony jestem — mówił łagodnie Luigard — wyczerpany. Tyle nocy na pokładzie cudzego, nieznanego mi statku! Jak ptak na gałęzi, bez gniazda...
— Przekąsiłbym co może — rzekł po chwili — bo i głód czuć zaczynam.
Almayer klasnął w dłonie, a że się nikt z głębi domu nie wychylał, biegł sam do kuchni, gdy za czerwoną, opuszczoną u wnijścia firanką dał się słyszeć piskliwy głosik:
— Nieś mnie na galerię, natychmiast. Chce mi się na galerję — wołało dziecko, na co przyciszony pokorny głos męski odpowiadał coś basem.
— Daj mi ją tu! — zawołał kapitan.
— Urosła! wypiękniała! — upewniał z uśmiechem, w pół drogi zatrzymany Almayer.
Z pod czerwonej firanki wychyliła się postać negra z dzieckiem w ramionach. Dziewczynka jedną rączką trzymała się karku murzyna, drugą starała się objąć, do wązkich swych przyciskając piersi, dojrzałe, wielkie, jak jej głowa jabłko. Gorsowa, czerwona sukienka zwisła z jej szczupłych i chudych ramion, gęste, czarne włosy opadały dokoła bladej, oliwkowej barwy twarzy, rozświeconej parą ogromnych, czarnych, jak na dziecko dziwnie smutnych i zamyślonych oczu. Na widok dziecka, twarze obu, wiodących na werandzie burzliwą rozmowę mężczyzn wypogodziły się nagle, a dziewczynka ujrzawszy kapitana, zatrzepotała z radości rączkami i nóżkami, wyrywając się ku niemu, przyczem wypuściła wielkie swe jabłko. Kapitan wyciągnął ramiona, maleństwo zatopiło rączkę w siwej jego brodzie, śmiejąc się i brykając nóżkami.
— Nie tak mocno, mała! — upominał ją, śmiejąc się kapitan.
— Podejm moje jabłko, o królu mórz! — wołała zadowolona. — Prędzej, prędzej radży, tam, pod stołem. Wielu zabiłeś ludzi? Kapitanem jesteś? Ali mówi, żeś mocny i masz okręt i wojujesz na morzu. Żeś wielki i silny, żeś bogaty, ot tak bogaty.
Patrzała na starego wielkiemi, pełnemi tajemniczej zadumy, czarnemi oczyma.
— Skąd się jej bierze — dziwił się Luigard, schylając się po jabłko.
— Zmuszony jestem — westchnął Almayer — pozostawiać ją na ręku sług. Boi się matki i żadnego jej szczęściem nie okazuje przywiązania. Ładna, co? Kropla w kroplę do mnie podobna, co?
Teraz kapitan postawił dziecko na stole i wraz z uśmiechniętym tkliwie Almayerem oglądał ją na wsze strony, niby cenną porcelanową figurkę.
— O! — podziwiał szczerze — kokietka w każdym calu. Nie bój się mała! Zrobim z ciebie pierwszą w Australji damę i najbogatszą dziedziczkę.
— Mało szans po tym krachu — westchnął żałośnie Almayer.
— Gadaj zdrów — zaśmiał się stary, biorąc dziecko na ręce. — Mam pewne plany... słuchaj.
I z dzieckiem na ręku, targającem go drobnemi piąstkami za wąsy i brodę, chodząc wzdłuż galerji, plany swe zaczął rozwijać przed słuchającym go uważnie wspólnikiem. Zobaczy się z Abdullem, z Lakambą, dojdą do porozumienia. Bez niego mało co tu zyskać kto potrafi, lecz do spółki z nim... Przerwał mu ogłuszający świst. O mało dziecka z rąk nie wypuścił. Mała Nina dostrzegłszy zawieszoną na łańcuszku u jego szyji gwizdawkę, spróbowała jej nad samem jego uchem. Roześmiał się i opowiadał dalej. Liczyć się przecie z nim muszą. Któż to lepiej wiedzieć może, jak Almayer. Przyjmą go do spółki. Tyle ma doświadczenia! Z niecierpliwością... Ale — tu głos zniżył i przystanął — dawny handel niczem w porównaniu z perspektywą eksploatowania kopalni złota. Jest go poddostatkiem na wyspie. Pewien był tego. Wiedział, gdzie szukać. Robota niebezpieczna, lecz powodzenie niezawodne. Zrazu muszą to wszystko utrzymać w tajemnicy, a potem pomyślą o zawiązaniu eksploacyjnej kampanii w Batawji, czy w Anglji. Raczej w Anglji. Rzecz pewna i niezawodna. Nie miałże racji, on, Luigard, zowiąc to małe, szyji swej uczepione kociątko, najbogatszą w Australji dziedziczką? Co tam Australja! na obu półkulach, we wszystkich częściach świata. Na żywe ujrzą oczy... On, Luigard, może nie doczeka rezultatów niechybnych, bo się czuje nieco zmęczonym i kopę lat ma za pasem, ale Almayer...
Tymczasem „najbogatsza na obu półkulach dziedziczka“ ani się zapewne domyślając, jak świetna czeka ją przyszłość, zawołała:
— Radżi Laut! Słuchajże królu mórz!
— Co chcesz kobiecina?
— Nie jestem żadna „kobiecina“, jestem papy córeczka i „Anak-Putih“, białe, piękne dziecko. Wszyscy biali są mi braćmi, a tu — wydęła wzgardliwie małe usta — nie mam sobie równych. Mówi to papa i Ali mówi, bo Ali, tak jak papa rozumny i wie wszystko, wszystko.
Almayer rozpływał się, uśmiechnięty, ze łzami w oku.
— Jaka mądra, pojętna, sprytna.
— Nie jestem królem — mówił z łagodnym uśmiechem Luigard — jestem sługa białego dziecka. Co rozkażesz biała panienko?
Dziewczynka plasnęła w dłonie.
— Chcę mieć dom duży, duży! z wieżą na dachu, a potem z wieżą na wieży, taki, jak te, co za morzem zamieszkują równi mi, „biali“, wysoki, wysoki!
— Jaka mądra, wszystko pamięta — podziwiał małą szczebiotkę jej ojciec i dodał:
— Pamięta domki, coś jej z kart stawiał za ostatniej tu twej bytności, ojcze!
Mówiąc to z trzaskiem roztwierał szuflady, szukając talji starych kart, któremi za ostatniej bytności Luigarda, grał z nim w bezika. Gra ta nudziła do innych hazardów nawykłego Almayera, lecz była ulubioną rozrywką nieustraszonego i przedsiębiorczego kapitana. Chiński bezik zachwycał go, jak wszelaki produkt chińskiego genjusza, który w niemałem miał poważaniu.
Posadził na kolanach dziewczynkę, wybrał najmniej podarte, chociaż niemiłosiernie brudne karty i zestawiając jedne z drugiemi, mówił:
— Zbudujemy, zbudujemy pałac, perełko moja, zbudujemy jeden! Ha! ha! wywrócił się! nic to! zbudujemy drugi, wyższy...
Budował ostrożnie, dziecko oczu od rąk jego i kart nie odrywało. Stojący za nimi Almayer dech powstrzymywał, a budowniczy, trzymając na kolanach dziewczynkę i przystawiając kartę do karty, mówił równo, pomału:
— Wiem, co o tem trzymać... byłem przecie w Kalifornji... i chociażem nie wiele za młodu tam zarobił... nauczyłem się nie mało. Zresztą trzeba być ślepym...
— Pst! — przerwał, uchylając paluszki dziecka — zepsujesz, wywrócisz, a my tu tymczasem na tych dwóch domach, zbudujem trzeci, wyższy. Mówię ci, Kasprze! złota, jak piasku, byle brać. Nabierzem, ile się nam spodoba i czmychniemy sobie do Europy. Mała królewskie będzie miała wiano. Wychować ją trzeba starannie. W Devonshire, skąd rodem jestem, pod Tagumouth, był frant, co wybudował sobie pałac obszerny, jak Windsor. Ludzie mówili, że był korsarzem i wzbogacił się na morzu rozbojami... Małym byłem wówczas, chłopcem okrętowym, więc w baśń tę wierzyłem...
— Wyżej, jeszcze wyżej, pod sam sufit — nalegała dziewczynka.
— Bądźże cierpliwą — upominał, całując ją w czoło, kapitan. Jeszcze jedno piętro jeszcze jedno.
Gmach z kart rósł, dziewczynka aż westchnęła z podziwu i...
— Klap! — zawołał Almayer. Budowa runęła, Luigard uczuł się na chwilę jakby zawiedziony w nadzieji, dziecko się rozpłakało.
— Bierzże ją sobie — wołał stary wilk morski, strząsając płaczącą z kolan — wrzeszczy, jak gdyby ją tu kto skrzywdził.
A gdy Almayer unosił płaczącą, Luigard cisnął o stół karty i zaklął z cicha:
— Pal go! Willemsa! Spłatał mi figla! Wywinę się i z tego. Wywinę.
A opadając na krzesło, ziewając i przymykając powieki, dodał:
— Djabelnie jestem zmęczony.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.