Banita (Conrad)/Część I/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Banita
Data wydania 1913
Wydawnictwo Kurjer Lwowski
Drukarz Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Indeks stron
VI.

— Pożycz mi fuzji, — mówił do Almayer’a Willems, po przez stół, na którym stała mętna lampa, i resztki spożytej wieczerzy. — Chciałbym dziś, o wschodzie księżyca, zapolować na sarny.
Almayer oparty łokciami o stół, z głową zwisłą na piersi, z wyciągniętemi nogami, nie odwracał ociężałych powiek od swych miękkich pantofli. Zaśmiał się nagle.
— Mógłbyś odpowiedzieć tak lub nie, bez tego drażniącego śmiechu, — zauważył ze źle tajonem niezadowoleniem Willems.
— Śmieję się, — odrzekł tamten, nie zmieniając pozycji i cedząc ociężale słowa, — gdyż nie wierzę ani słowa temu co opowiadasz. Nie oszukasz mię! Zresztą po co te ceremonje? Wiesz gdzie fuzja, możesz ją sobie brać czy nie brać! Sarny! jelenie! polowanie! Czy nie na gazelę raczej przesławny mój gościu? Na podobne polowanie mój panie łowczy, wypadałoby raczej zaopatrzyć się w jedwabne sieci i złote groty, a o te tu nie łatwo... Ostrzegam cię, nie tak łacno jak ci się zdaje, zwłaszcza spędzając dnie i wieczory śród krajowców... pięknego mam z wasana pomocnika!
— Pijesz nad miarę, — odrzekł chłodno Willems, — a głowę masz słabą. Mocną, o ile pamiętam z dawnych dni Makasfaru, nie była nigdy. Nad miarę pijesz, mówię ci Almayer!
— Piję swoje i za własne pieniądze, — odciął się ostro, ze złośliwem spojrzeniem Almayer.
Dwaj przedstawiciele rasy białej, doskonalszej, dwie pochodnie cywilizacji, zmierzyli się dzikim wzrokiem, niby dwa gotowe skoczyć ku sobie, rozjuszone brytany. Po chwili odwrócili wzrok od siebie, Almayer zsunął z nóg pantofle i odchodząc od stołu wyciągnął się w zawieszonym u pułapu werandy hamaku, a Willems, niezdecydowanym krokiem zeszedł z ganku, kierując się, przez dziedziniec, do kamiennej grobli, przy której stały dwie wielkie, szarpiące się na kotwicy masztowe łodzie i kilka uwiązanych do bambusowych żerdzi czółen. Wskoczył do najmniejszej z takim rozpędem, że o mało nie stracił równowagi. Po chwili dopiero, ująwszy wiosło, stał się panem biegu wody. Almayer podniósł się w hamaku i zawołał w ślad za odpływającym:
— Czy ci już fuzja niepotrzebna? — poczem opadł uśmiechając się do samego siebie a niebawem już chrapał. Willems zapatrzony przed siebie nie zwrócił uwagi na dolatujące go słowa.
Od trzech miesięcy był w Sambirze, pozostawiony tu przez Luigard’a w charakterze pomocnika Almayer’a, z którym bynajmniej nie sympatyzował. Służyli przedtem obaj w biurach Hudig’a i Almayer pamiętał wyniosłą łaskawość swego towarzysza, teraz zazdrościł mu nadto względów swego patrona i poniekąd teścia, gdyż Almayer ożenił się był z dziewczyną malajską, którą Luigard, w jednym ze swych impulsów wspaniałomyślności adoptował. Małżeństwo to nie przyniosło Almayer’owi domowego szczęścia, to też liczył na fortunę przybranego ojca swej żony, jako na należną sobie rekompensatę i zjawienie się Willems’a, któremu Luigard szczególną okazywał przychylność, przykrem mu było tembardziej, że stary „król mórz“ nie wtajemniczył zięcia w okoliczności towarzyszące przesiedleniu się swego protegowanego do Sambiru, ani o swych względem niego zamiarach na przyszłość.
Niechętny Almayer, z pozoru uprzejmie przyjął narzuconego sobie towarzysza, chłodnem zachowaniem się i nieufnością zrażał go, do pomagania mu w sprawach handlowych nie dopuścił i naprężone stosunki wprędce przedzierżgnęły się w otwartą, chociaż milczącą niechęć. Dnie i godziny wlokły się pomiędzy dwoma pionierami europejskiej kultury i handlu, długie, puste, ciężkie i Willems uginał się pod monotonną nudą tego życia, tęskniąc do dawniejszych zajęć, zwyczajów, powodzeń. Leniwym krokiem obchodził składy gutaperki, taranów i innych miejscowych produkcji, oraz ryżu i europejskiej tandety, przywiezionej do składów „Luigard et Cie“ w Sambirze. Milczący zasiadał do wspólnego z Almayerem stołu i czuł, że aczkolwiek nie lada obszary wyspy podlegały przewadze Almayera, nie znajdzie tam ujścia dla swych zdolności i energji. Nie widział dla siebie gruntu poza ciasną palisadą, a człek przyzwyczajony od lat wielu uważać się za niezbędnego, burzył się wobec chłodnej i wzgardliwie podkreślanej gościnności swego towarzysza, wobec przymusowej nieczynności, w jakiej go tenże stale utrzymywał i tej niechęci, co charakteryzuje „białych“ względem siebie, gdy ich los rzuci w osamotnione, jak kopalnie bogactw, dające się eksploatować kąty lądów zamieszkałych przez dzikie, lub za takie uchodzące plemiona.
Willems zgrzytał w bezsilnej wściekłości zębami, myśląc o życiu marnowanem u boku zawistnego, mściwego, pospolitego głupca. Szmer wód, szum liści w lesie, zdawały się wyrzucać mu jego bezczynność. Dokoła niego wszystko ruszało się, żyło, walczyło o bogactwo, o byt, lub chociażby jak dzikie, lub za takie uchodzące plemiona krajowców, o przedłużenie nędznej, lecz samodzielnej egzystencji, on sam tylko, on sam zdawał się wytrącony z biegu wszechrzeczy, spętany, z pożerającą go tęsknotą, z jadowitym, nieustannym żalem, głuchym, gniewnym buntem we wzburzonej duszy.
Większą część dnia trawił na bezcelowych po okolicy wędrówkach. Sambir, co miał zakwitnąć w bliskiej przyszłości, zaledwie się wyłaniał z ziejących zarazą bagnisk i trzęsawisk. Domostwa tłoczyły się na wybrzeżu rzeki, wsuwały się w nią bambusowymi palami i wystającymi platformami, pod którymi biegły i szemrały wody. Przez miasto jedna tylko wiodła droga, wązka i ciemna poza tyłami domów, po drugiej stronie obrzeżona lasem, którego tajemnicza gąszcz o parę kroków dalej, stawała się nie przeniknioną. Las następował na osadę, wabił przechodnia zdradziecką głębią, z którą mało kto ośmielał się zmierzać. Grunta w dostępnych bodaj miejscach niskie były, błotniste trzęsawiska, na których bawoły pasły się w znoju dni gorących. Na przechodzącego wązką ścieżką Willemsa spoglądali obojętnie i ospale rozciągnieni w cieniu drzew mężczyźni, kobiety przewodziły go długiem nieśmiałem spojrzeniem, dzieci pierzchały przed nim, wystraszone jego białą, rumianą twarzą, a ów przestrach dziatwy szczególnie upokarzał przechodnia, szukającego samotności. Skoro zapuszczał się w wytrzebione już części lasu, bawoły wytrzeszczały na niego pełne zagadkowego blasku ślepia lub rzucały się do gromadnej ucieczki, łamiąc i tratując młodsze latorośle drzew. Pewnego dnia zjawienie się jego spłoszyło całe stado, które uciekając i tłocząc się w obrzeżającej osadę ulicy, rozwaliło płoty, zgasiło ogniska, rozpędziło kobiety i dzieci, rozgniewało leniwych mężczyzn, zmuszonych zapędzać spłoszone bawoły kijami i wrzaskiem. Niewinny sprawca tego zamieszania zmuszony był schronić się za płoty obozowiska Almayera. Odtąd w przechadzkach swoich unikał obwodowej, granicę dziewiczych lasów stanowiącej ulicy, wolał puszczać czółno z biegiem Pantai lub walcząc z jej korytem, wdzierać się w głąb wyspy. Poznał brzegi obrosłe splątaną zielenią; przedzierał się pod gąszcza konarów splecionych niby sklepienia w podziemnych kryptach tumów; zatrzymywał się kędy wysmukłe palmy, z wyniosłych swych szczytów zdawały się spoglądać zdziwione wtargającemu w ich państwo śmiałkowi. Tu i tam dostrzegał ślady wytrzebionych czy wydeptanych ścieżek, zapuszczał się w nie, by się przekonać, że są bez wyjścia. Wracał do czółna z głuchem niezadowoleniem doznanego zawodu, wdychając powietrze wilgotne i gorące, woń bagna, rozmokłej ziemi, gnijących, powalonych pni drzew, wybujałej nad miarę roślinności, goniącej za nim, aż na wody rzeki. Chwytał w znużone ramiona wiosło, ku następnej kierował się polanie, by natrafić na tęż samą pustkę, lub nieprzeniknionych lasów ścianę.
Raz, wiosłując wzdłuż zagród okalających osadę Patalolo, przepłynąwszy wody ocienione parasolami szeleszczących palm, wyniośle wyprostowanych po obu brzegach dumnych setkami lat swoich, długo nie zakłóconą samotnością i ciszą, przyglądających się z wysokości swych szczytów krótkotrwałemu śmiałkowi, wdzierającemu się w rzucane przez nie cienie; ujrzał wijący się pomiędzy niemi strumień, czysty i cichy przy ujściu, którem spływał w rzekę. Wzdłuż strumienia biegła wydeptana ścieżka. Willems przybył do brzegu i puścił się skrętami ścieżki, na którą tu i ówdzie, przedzierając się przez splątane gałęzie drzew, złote promienie słońca padały przez wysokie trawy i miękkie, elastyczne mchy. Im dalej, tem się ścieżka zwężała śród splątanych konarów zielonej nawy, zdawała się ginąć, jak innych tyle, w nieprzebitym gąszczu. W tem przed smutnem okiem przechodnia, zamigotały białe i barwy oślepiające jak płatki słońca przedzierającego się przez gąszcz drzew, po których cienie zdają się ciemniejsze. Stanął zatrzymując dech w piersiach. Czy mu się zdało, czy słyszał szelest lekkich kroków? Obejrzał się. Wysokie trawy podnosiły się dopiero co potrącone lekką stopą, której ślady pozostawały jeszcze na srebrnych mchów kobiercu. Ktoś przebiegł tędy. Nie wiatru powiew, bo drzewa stały nieporuszone i trawy wysokie odprostowane stały znów ciche, jak zaklęte, w powietrzu stłumionem, gorącem...
Zagrzany ciekawością Willems, rozgarnął gąszcz splątanych wiciokrzewów, a przed oczami mignęły mu znów białe i kolorowe szaty i czarne, jak noc warkocze kobiety, niosącej na głowie bambusowe, wodą czystą strumienia wypełnione naczynie. Zatrzymała się, słysząc szelest jego kroków, odwróciła się. Willems przystanął też na chwilę, poczem minął ustępującą mu z drogi. Patrzał wprost przed się, tem niemniej nie uronił nic z wdzięcznego zjawiska. Kobieta odwróciła w bok głowę, co uwydatniało siłę i piękny kształt jej ramienia. Masą czarnych włosów starała się jak zasłoną przykryć dół twarzy. Mija ją szybko, sztywny, zahypnotyzowany niespodzianem a tak ponętnem zjawiskiem. Mijając, słyszał jej przyśpieszony oddech, czuł palące spojrzenie wpół przysłoniętych źrenic. Było w tem coś ciężkiego i przenikającego zarazem. Minął ją, lecz wrażenie zaciekawienia, nagle zbudzonego pożądania trwało, obejrzał się.
Wyprostowała się, podtrzymując wdzięcznym ruchem ręki ciężar na głowie, lecz gdy się obejrzał, stanęła znów jak wryta, z gotowością do skoku spłoszonej gazeli. Nad nią gałęzie drzew wiązały się w zielony słońcem i cieńmi przepojony namiot. Świetlane plamy zasypywały jej czarne, bujne, na plecy puszczone warkocze; kładły się złotemi krążkami na brwiach i gładkiem czole; zapalające iskry w szeroko teraz rozwartych i w stojącego na ścieżce mężczyznę, wpatrzonych źrenicach. Willems zapatrzył się oczarowany i przestraszony, poczuciem jakiejś nie dającej się naprawić omyłki, straty niepowetowanej; porażony tem dziwnem uczuciem co ma słodycz długo oczekiwanej pieszczoty i nagłość ogłuszającego gromu, podobne do zbudzenia się ze snu do świadomości nowych i już niezbytych pragnień, lęków, nadziei, zaparcia się siebie.
Posunęła krok naprzód i znów się zatrzymała. Powiew gorącego wiatru poruszył jej włosy, których zapach uderzył go w twarz odurzającem tchnieniem. Wciągnął w piersi powietrze głębokim oddechem, jak gotujący się do bitwy żołnierz, jak gotów w ramiona pochwycić ukochaną kobietę kochanek, tchnieniem czerpiąc siłę na śmierć lub namiętności burzę.
Kimże była? Skąd się tu wzięła? Oczarowany wzrok oderwał od lic jej i powiódł nim pytająco po otaczających ich drzewach, po skrawku rozciągniętych nad nimi szafirów. Podzwrotnikowa, rozrzutna w cieniu lasów przyroda, przytłaczała go swym ciężarem, wybujałością form i barw, blaskiem świeżości i wonności, pod któremi czają się jady śmiertelne. Tknęło go coś niby przeczucie nieuniknionego niebezpieczeństwa, nieuniknionego a ponętnego. Zdało mu się, że wzrokiem przebić zdoła opuszczające się z drzew niebotycznych, ciężkie jak skrzydła złowieszczych ptaków cienie, że przeniknie jakąś czarodziejską tajemnicę.
W grze świateł i cieni, stojąca przed nim kobieta, zdawała mu się niepochwytną a niedostępną, jak senne widziadło; zwodniczą i jasną; zamgloną, ponętną i odpychającą zarazem; istne wcielenie ducha tej ziemi tajemniczej, nieprzeniknionemi porosłej lasy, nurzającej się w mglistych horyzontach i falujących, niepochwytnych linjach. Zjawisko urocze, owiane przeźroczystą zasłoną, tkaną ze słonecznych, migotliwych promieni i równie niepochwytnych zielonkawych cieni.
Zbliżała się do niego. Stał wzruszony, zmięszany oczekiwaniem czegoś nieodzownego, z czego sobie, w pomieszaniu swem, sprawy zdać nie umiał. Ciszę przerwał obcy mu, a jednak własny głos jego:
— Ktoś ty? — pytał nieznajomą.
— Córką jestem ślepego Omara, wodza — odrzekła cichym, lecz pewnym głosem. — Tyś „biały“ kupiec, władca tej wyspy? — pytała.
— Tak — odrzekł, wstrzymując z wysiłkiem palące spojrzenie jej źrenic — białym jestem, lecz — dodał, jak gdyby mówił o kimś innym — banitą, nie kupcem i władcą, lecz z pośród rodaków moich wygnany.
Słuchała go cicha, nieporuszona: pod opadającemi na jej czoło kosmykami czarnych włosów, podobna do posągu złoconego o palących, żywych źrenicach. Przysłoniły je długie rzęsy powoli opadających powiek, a skośne, rzucone nieznajomemu spojrzenie miało ostrość i przenikliwość połyskliwej klingi. Wargi jej pełne i purpurowe zwarte były spokojnie, nozdrza delikatne i ruchome, wpół odwrócona głowa i ruch ramienia nadawały całej wdzięcznej postawie wygląd dzikiej i łatwo dającej się spłoszyć nieufności.
Cień przeniknął na czole przybysza. Rękę podniósł do ust, by powstrzymać cisnące się na nie słowa, pomimo to wyrwały mu się z mocą przekonania i nie dającego się powstrzymać uczucia:
— Piękna jesteś! — zawołał.
Obrzuciła szybkiem spojrzeniem jego ogorzałe i przy samych tylko włosach białe czoło, silne ramiona, wysoką, gibką postać i spuściła oczy. Nikły uśmiech przebiegł po jej purpurowych wargach, podobny błyskowi słońca z poza burzę niosącej chmury promyk, zwiastujący pogodę, a może gromy nowe?








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.