Banita (Conrad)/Część I/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Banita
Data wydania 1913
Wydawnictwo Kurjer Lwowski
Drukarz Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Indeks stron
VII.

Bywają w życiu chwile i okresy całe, co nie pozostawiają po sobie śladu, zapisując się w sercu samem — uczuć pieśnią. Ruchy, czyny, fakty nikną przysłonięte mgłą słoneczną, migotliwą, przenikającą w samą głąb naszego jestestwa, opromieniającą tę wpół jawę, pół marzenie, z którem się nosim, a które lada nic spłoszyć może. Lada nic, lub śmierć sama, a śmierć, w danej chwili, bywa przywilejem wybranych — nielicznych niestety.
Willems nie potrafiłby opowiedzieć ani przypomnieć sobie jak i kiedy rozłączył się dnia tego z Aïszą. Ocknął się ze snu czarodziejskiego, czerpiąc dłonią mętne wody rzeki i chłodząc niemi spieczone wargi. Czółno jego dościgło zagród Sambiru, a on się czuł we władzy mocy, której powolnym być musiał. Pierwszem uczuciem był bunt głuchy. Nie! nie wróci tam więcej! Zdziwiły go, gdy ujął wiosło, jasność dnia, nieba pogoda. Lasy zdawały mu się zieleńsze, niebo głębsze i wyższe, czuł w sobie wzmożone do nieskończoności siły, wstąpiły weń: ufność i wiara, zbudziła się w letarg popadła przedsiębiorczość; zdawało mu się, wodząc okiem po pniach olbrzymich, okalających rzekę, że jednem naprężeniem ramion, jednym zamachem dłoni, zwalić potrafi wiekowym burzom czoło stawiające olbrzymy. Czoło mu pałało, wszystkie pulsy tętniły, pił długiemi haustami mętną wodę rzeki, sam jej niesmak zdawał mu się ambrozją.
Późno już było, gdy wrócił do domu. Śmiałym krokiem przeszedł przez chropowaty ciemny dziedziniec, jasność miał w samym sobie, niepochwytną dla innych, własną, jak skarb najdroższy głęboko ukrytą. Mrukliwe powitanie Almayera było dlań zgrzytem, płoszącym wewnętrzną melodję myśli i uczuć. Zajął miejsce u stołu naprzeciw gospodarza, starając się rozmawiać swobodnie i wesoło, do czego towarzystwo zasępionego Almayera bynajmniej nie zachęcało, lecz po spożyciu obiadu i zapaleniu cygara popadł w zniechęcenie, uczuł wyczerpanie i jak gdyby żal nad jakąś wielką, niepowetowaną chociaż i nieokreśloną stratą. Światła słoneczne pogasły i w jego serce wtargnęły znów: gorycz, zniechęcenie, głuchy żal do samego siebie, swych losów, do świata całego. Chciałby miotać przekleństwa, złajać Almayera, ulżyć wewnętrznej, głuchej męce, wybuchem wściekłości, aktem brutalnym. Ze źle stłumioną złością patrzał z podełba na nieuprzejmego gospodarza, gdy ten, w milczeniu, zapewne planując jutrzejsze zajęcia, do których nie chciał dopuszczać narzuconego sobie przez teścia towarzysza, ćmił cygaro po cygarze. Wzgardliwa powściągliwość Almayera zdała mu się śmiertelną obrazą, krzywdą domagającą się pomsty. Gniewało go jego milczenie, tak jak innym razem gniewała i drażniła gadatliwość. Wprawdzie Almayer zdolen był pleść same głupstwa lub od głupstw nudniejsze komunały, czemu jednak dziś właśnie ust nie otwiera? Dwaj biali, przedstawiciele wyższej kultury, mierzyli się ponurem spojrzeniem i zawistnem okiem po przez dymy swych cygar i dzielący ich stół z resztkami jadła.
Rozeszli się wcześnie, lecz śród nocy Willems opuścił hamak, na którym nie mógł zasnąć i zszedł na dziedziniec. Dwóch stróżów drzemiących przy ognisku i nucących coś z cicha w przerwie drzemki, obejrzało się nie bez pewnego zdziwienia na „białego“. Wyminął ich, zginął w mroku nocy i znów wrócił w takiem zamyśleniu, jak gdyby ich zgoła nie widział. Długo chodził tam i nazad mrucząc coś z cicha i malajczycy uważali za roztropne uchylić się, zejść z drogi, rozdrażnionemu widocznie. Przypatrywali mu się z za węgła, dopóki wschodzące słońce nie zbudziło mieszkańców faktorii, którą zazdrośnie rządził Almayer, uchylając się od współrządów narzuconego sobie przez teścia, pomocnika.
Ten, skoro tylko mógł wymknąć się niepostrzeżenie, biegł ku rzecze, wskoczył w czółno, spiesząc do miejsc zaklętych, kędy wigilią spotkał córkę ślepego wodza. Wyszedłszy na brzeg strumienia legł na mchu wysokim, wyczekując jej przyjścia. Słońce przedzierając się przez drzew gęste listowie, złotemi płatkami zasypywało ziemię, złotemi strzały rozdzierało tu i ówdzie drzew cienie, ślizgało się po pniach prostych i niebotycznych, jak okrętów maszty, kipiało w wodzie, gubiąc się w gąszczu zieleni pod zbitych ljan i wiciokrzewów nieprzeniknionych siecią. Wysoko ponad najwyższemi drzewami, białawe obłoczki, do lekkich, rozwiewnych dymów podobne, mknęły po lazurze nieba. Powietrze przeszywały skrzydła motyli i lśniące pióra ptasząt, spadających z góry ze zdobyczą, trzepoczących się nad ziemią, w opalonym oparze, by wzbić się po chwili ku słońcu. Willems oddychał powietrzem, przesyconym wonią kwitnących w wysokich trawach kwiatów, zwiędłych liści, obumierającej ustawicznie, by się ustawicznie odmładzać przyrody. Na jej macierzystem wówczas nawet, gdy ukrytych zdrad pełnem łonie zapomniał o przeszłości i o przyszłości; zapomniał urazy, tryumfy, zawody, nadzieje, wyrachowania; wszystko, nawet poczucie mocy i samodzielności umilkło wobec półdrzemki pół jawy tych miejsc dzikich, samotnych, tej rozrzutności przyrody; wobec wspomnienia oczu Aïszy, dźwięku jej głosu, jej warg zagięcia, jej brwi zsuniętych i jej uśmiechu.
Nadeszła! czemu by nadejść nie miała? Był dla niej czemś nowem, nieznanem, dziwnem poniekąd. Wyższy, silniejszy, barczystszy od mężczyzn, których spotykała, przedstawiciel rasy nieznanej, zwycięzkiej.
Wraz z żywem jeszcze wspomnieniem wielkiego i tragicznego przewrotu w jej młodem życiu, zjawiał się jej jak coś wielkiego i zarazem strasznego, coś co miało pokonać trwogę, mogło pomścić krzywdę. Tak zwycięscy zwykli mówić takim głębokim, przekonywającym głosem; takiem śmiałem, jasnem, błękitnem spojrzeniem, chłodnem jak ostrze stali, zwykli ujarzmiać wrogów. I głos do wydawania krótkich rozkazów przywykły, dźwięczał pieszczotą u jej ucha; śmiałe spojrzenia zwracały się na nią z pokorną a gorącą prośbą. Mąż to był, mąż o jakim marzyła. Nie rozumiała wszystkiego, co jej mówił, lecz z tego, co zrozumiała, wywnioskowała, że możnym i znamienitym być musiał śród swoich, równie nieszczęśliwym jak mężnym i nieustraszonym, pokrzywdzonym, zapewne zemsty szukającym banitą. Posiadał dla niej urok nieznanej nowości, czegoś nagłego i przemożnego, istoty silnej, niebezpiecznej, zdolnej ujarzmiać i — być ujarzmioną. To ostatnie z iście kobiecą intuicyą wyczuła odrazu, od pierwszego zamienionego z nim spojrzenia. W miarę, jak dni mijały, stawała przed nim trzymając go spojrzeniem na wodzy i pierwsze uczucie lęku znikało. Coraz pewniejszą była swej zdobyczy. Czuła upojenie tryumfu, jakiejś ogromnej i ogromnie słodkiej dumy. Ujarzmiła istotę wyższą, której jarzmo lubem by jej i ponętnem było. U nóg jej leżał cichy i powolny ten biały mocarz, co wiedział z doświadczenia, jak ją spłoszyć łatwo lada śmielszym ruchem lub nawet spojrzeniem. Głos mu miękł w pieszczotliwe i błagalne przechodząc tony, oczu oderwać nie mógł od stojącej, opartej wdzięcznie o drzewo, osypanej słonecznych prążków strzałami, z opadającemi na czoło i ramiona czarnymi włosami, na które zwieszały się zieleń liści i przedziwnych storczyków kwiaty-motyle. Zdawała się kwieciem śród kwiecia, wyskokiem, duszą bujnej przyrody, zrodzoną z samych głębi cienia wykwitającą ku pełnemu słońcu.
Dzień każdy zbliżał ją o krok jeden ku niemu. Cierpliwie, z rozkoszą nęcił ją słowy i spojrzeniem, jednobrzmiącym a zawsze, skoro się powtarza nowym hymnem pochwał i pożądań, słowy staremi jak świat, co przetrwają dopóty, dopóki będą męskie usta do nucenia a kobiece ucho do wsłuchiwania się w tę melodję. Mówił jej i powtarzał, że jest piękną wśród pięknych, najpiękniejszą. Mówił i powtarzał, a mówiąc to i powtarzając wyrażał wszystko, co miał jej do powiedzenia, oczarowany znikającem raz w raz z jej twarzy niedowierzaniem, pogłębiającą się słodyczą jej spojrzenia, coraz ufniejszym uśmiechem ust, uśmiechem oczarowanego snem rozkosznym dziecka, upojonej tryumfem z budzącą się tkliwością kobiety.
I gdy był z nią, zapominał o bezczynności co jak rdza trawi. Jej uśmiech i spojrzenie zakrywały mu przeszłość i przyszłość, starczyły za wszystko, były wszystko rozświecającym słońcem. Wraz z jej zniknięciem słońce znikało, otaczały go nieprzeniknione ciemności, czuł się słabym, bezradnym, wykolejonym desperatem. On, co życie przeżył z jedną li tylko troską o karjerę, obojętny lub niedostępny wpływom kobiet poza sferą łacno dających się zadowolnić chuci, pełen wzgardy dla tych, co się im poddają, czuł się teraz igraszką spojrzenia na poły dzikiej dziewczyny. Gdzież się podziała jego męska duma, pewność siebie, przenikliwość, ufność w pokonanie największych bogdaj trudności, postanowienia odbudowania bądź co bądź zachwianej fortuny, pewność osiągnienia zamierzonych celów? Wszystko to znikło, wszystko! pozostało jeno serce wzburzone potężną, obezwładniającą namiętnością, na łasce i niełasce spojrzenia, uśmiechu, słówka nadziei czy gniewu dziewczęcia obcej rasy, przygodnie spotkanego na wygnania ziemi.
Gdy gorąco upragniona nadeszła chwila i pokonane, dumne dziewczę opuszczając się na kolana obok niego, na mchy gęste, ujęło dłoń jego ruchem pełnym kobiecej, granic nie znającej tkliwości, porwał się, jak człek ze snu zbudzony, nad którym runąć ma dach własnego jego domu. Rękę jej brutalnym ruchem odepchnął niby rozżarzone żelazo i z wbitym w ziemię wzrokiem siedział długo milczący, ponury, a tyle było w wyrazie jego twarzy grozy i niedowierzania, że Aïsza, aczkolwiek w głuszy pustynnej wyrosła, zrozumieć musiała, co się w duszy jego dzieje. Spojrzała mu w oczy ze smutkiem i powagą, przesuwając pieszczotliwie dłoń po jego włosach i czole, a gdy drgnął, ze snu ciężkiego, pod jej miękkiem dotknięciem zbudzony, znikła mu z oczu lekka i rozwiewna, pozostawiając po sobie podnoszące się za śladem stóp jej wysokie trawy i gamę srebrzystego śmiechu.
Wstał z miejsca, zataczając się jak pijany, jak człek wielkim przytłoczony ciężarem, kierując kroki ku rzece. Zwątpienia swe i rozkosze cofnął w samą głąb serca, w chwili jasnowidzenia postanawiając przykrócić całą tę sprawę. Puściwszy czółno z biegiem wody, patrzał na brzeg, jak gdyby się miał na zawsze pożegnać z lubem i pełnem słodkich wspomnień miejscem. Wszedł do zagrody Almayera pewnym, pełnym determinacji krokiem; wyraz twarzy miał surowy i skupiony, ruchy stanowcze, lecz spokojne. Znać było, że się opanował, że się czuł odpowiedzialnym stróżem jakiegoś niesfornego, łatwo mogącego umknąć więźnia.
Zasiadł naprzeciw Almayera do spożycia po raz ostatni, wespół z nim obiadu, z licem pochmurnem lecz spokojnem, z wewnętrzną trwogą czy mu się uda opanować samego siebie. Od czasu do czasu wpijał paznogcie w stół i zagryzał do krwi wargi, w gwałtownym przystępie rozpaczy, jak nad przepaścią stojący i kruchej gałęzi przytrzymujący się człowiek. Nagle poczuł rozprężenie muskułów, zanik woli. Coś się w nim przełamało, coś się w nim zapaliło. Musi się z nią widzieć, koniecznie dziś jeszcze. Gniewała go zwłoka, stracone zdala od niej chwile. Po co walczyć przeciw nieuniknionemu, dokonanemu! Z instynktownym jednak strachem cofał się, własnemu kłamiąc sercu, własnej namiętności, pragnąc, bądź co bądź, zostawić poza sobą otwartą jakąś furtkę, szukał pretekstu. Nie wydalał się dotąd z zagrody w nocy, niechciał obudzić złośliwych podejrzeń Almayera; wolał podejść go i dlatego prosił o pożyczenie fuzyi, wymyślił rzekomą zasadzkę myśliwską. Nie było w tem słowa prawdy i nie udało mu się okłamać Almayera. Mniejsza z tem. Czyż sam sobie nie kłamał codziennie, ustawicznie? Czyż każdy stosunek z kobietą nie pociągał za sobą sieci kłamstw i podejść? Odpowiedź Almayera przekonała go, że się nic w tajemnicy utrzymać nie da, chociażby w tak zapadłym, jak ten, kącie świata. Wartoż co bądź brać w rachubę oprócz umykających chwil... A gdyby umarł nagle, nie spotkawszy się z nią, nie przycisnąwszy do bijącego — ach! jak gwałtownie! serca?
Przeprowadzony szyderczym śmiechem Almayera wsiadł na czółno, łudząc się wiarą, że je potrafi zatrzymać, nazad zawrócić skoro mu się podoba. Dopłynie tam jeno, okiem obejrzy miejsce i drzewo, pod którym leżał, gdy przyklękła obok niego i dłoń mu ujęła. Wyskoczył na murawę w znanem sobie miejscu, z takim pośpiechem, że uronił powróz, którym miał czółno uwiązać do nadbrzeżnych krzaków. Pęd wody uniósł łódź lekką i pustą i oto Willems ujrzał się zależnym od sług Patalolo, do których legowisk droga wiodła około chaty Aïszy.
Szedł niechętnie, nie własną jakoby popychany mocą, zahypnotyzowany, wsłuchany w odgłosy przeznaczenia. Odgłosy to były niejasne, do szumu gwałtownego potoku podobne, próżno by się im teraz usiłował oprzeć. Czuł swą niemoc, burzył się przeciw niej instynktownie, zaciskając pięści.
Zimny pot występował mu na czoło, podobny był do skazańca słuchającego przez samego siebie podpisanego na się wyroku. Ku nocnemu zmrokiem obciągniętemu niebu, olbrzymie drzewa wznosiły czarne szczyty, a na czarnem tle nieba przepływały białawe, do zbłąkanych świateł miesiąca podobne obłoczki.. Pod stopami czuł wilgotną, warem dnia upalnego oblaną ziemię, do koła cicho było i głucho.
Obejrzał się gotów zawołać o pomoc. Cisza ta, głusza, nieruchomość drzew, cieni, nocy, tchnęły grozą. W cieniach o palącym, gorączkowym oddechu, czaiły się różnorodne potwory i niebezpieczeństwa. Legło ono nie tylko zewnątrz, lecz i w nim samym, w nim samym zwłaszcza. W myśli, w sercu, przed wyobraźnią i zmysłami miał ją tylko, ją samą, ponętną jak rozkosz zawrotną dziewczynę, obcego plemienia płonkę tajemniczą, ślepego, pokonanego wodza córkę. Miał chwilę przebłysku świadomości, daną najbardziej zaślepionym, krótką chwilę, w której raz jeszcze odczuł niebezpieczeństwo i czczość ślepych instynktów, którym się dał opanować. Zdjął go lęk, coś na kształt wstrętu: On „biały“, ambicji pełen, i który dotąd grzeszył li tylko brakiem zastanowienia, lekkomyślnością, we własną gwiazdę i własne siły samolubną ufnością! Kobieta ta ponętną była i piękną, prawda, lecz dziką, pozostała na łonie nieujarzmionej przyrody... Ha! rzecz cała miała mniej wagi, niż się zdenerwowanemu przymusową bezczynnością zdawać mogło. Ha! Czy jednak czasem Willems nie wszedł na drogę, na której bezpowrotnie zginie były wspólnik Hudiga. Co tam! Zawiódł się na samym sobie jak i na życiu; sam siebie nie poznawał, gotów poświęcić na poły dzikiej kobiecie sumienie, przyszłość, cywilizacji prawa, kultury nawyknienia, rasowe instynkty, wszystko. Nie zdawał sobie z tego jasnej sprawy, czuł się jednak zbity z toru, czuł, że leci w przepaść zawrotną, porwany potokiem rozszalałym, w noc ciemną... Zamykał oczy obojętny na zgubę, wolał ją od walki.








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.