Banita (Conrad)/Część I/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Joseph Conrad
Tytuł Banita
Data wydania 1913
Wydawnictwo Kurjer Lwowski
Drukarz Drukarnia Polska
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska
Tytuł orygin. An Outcast of the Islands
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Indeks stron
V.

— Napisanem to było w jego przeznaczeń księdze, — mówił Babalatchi, dorzucając smolaków do ogniska, przy którem przykucnął skulony. Lakamba naprzeciw niego, leżał wsparty na ramieniu.
Napisanem było w księdze jego przeznaczeń, przed jego urodzeniem, że życie kończyć będzie w ciemnościach i stał się teraz podobny do człeka chodzącego omackiem, w nocy. Powieki ma szeroko rozwarte a widzieć nie może. Znałem go, znałem gdy miał niewolników i żon wiele i towaru i łodzie handlowe i wojenne łodzie. Hej! ja! znałem. Wojownikiem był wielkim i bohaterem, zanim Litościwy zgasił światło źrenic jego. Pielgrzymem był też i cnót miał wiele: waleczny! dłoń zawsze miał otwartą, rabuś słynny! Przez lat wiele, spragnionych krwi ludzi po morzach wodził, pierwszy w modlitwie i śród bitwy pierwszy. Stałem przed nim, gdy lica miał ku wschodowi zwrócone i przy nim byłem, gdy w pogodę cichą płynęły mnogich okrętów maszty. Szedłem za nim śród śpiących, których przebudzeniem śmierć była. Miecz jego szybki był jak piorun z nieba: zabijał zanim błysnął. Hai! Tuan! Było to w dniach gdy wodzem był i w dniach młodości mojej. Wówczas nie tyle co teraz zbrojnych okrętów pruło mórz fale, a do przystani, gdzie łodzie nasze zawinęły, po przez wzgórza, po przez lasu szczyty latały świszczące granaty, któż ośmieliłby się z bliska i odważnie nas mężnych ścigać.
Pokiwał smętnie głową i dorzucił drew do ogniska. Żywszy ogień oświecił jego ciemną, szeroką, płaską, ospowatą twarz, w której odwinięte grube wargi poplamione sokiem betelu, wyglądały jak krwawiąca rana. Płomię ognia odbiło się w jedynem jego oku, którego zdwojony blask zgasł szybko. Szybkim ruchem obnażonych po ramiona, ciemnych rąk, zgarnął żar, otarł powalane popiołem palce o narzuconą na ramiona, cały jego przeodziewek stanowiącą, płachtę. Splecionemi dłońmi opasał kolana i nisko spuścił głowę. Lakamba przeciągnął się nie zmieniając pozycji i nie odrywając oczu od ognia.
— Tak, — ciągnął Babalatchi głosem monotonnym snując przędzę swych myśli, — tak. Bogaty był i mocny a dziś z jałmużny żyje, stary, złamany, ślepy, samotny, z jedną tylko córką. Radży Patalolo ryżu mu z litości udziela a blada dziewczyna, własna córka jeść mu gotuje, gdyż ani jednej nie mają niewolnicy.
— Widziałem ją zdala, — zamruczał wzgardliwie Lakamba, — suka z białemi zębami, jak zwykle z Orany-Putih.
— Słusznie, słusznie, — szybko potakiwał Babalatchi, — lecz nie widziałeś ją Tuan! z bliska. Matka jej była ze wschodu, z plemienia Baghdadi i lica kryła zasłoną. Ta, nieboga, chodzić teraz musi śród nas jak nasze kobiety, z odkrytą twarzą, uboga jest bowiem, a ojciec ślepiec i któżby zresztą spojrzał na nią. Nie byłeś Tuan po tamtej stronie rzeki?
— Od dawna nie byłem. Jeśli tam kroki zwrócę..
— Tak! tak! wiadomo! — zagadał pojednawczo Babalatchi, — zato ja bywam, tam często w twoim Tuan interesie, patrzę, słucham. Wiem, wiem, że gdy wraz z tobą najdziemy na radży Patalolo obozowiska, pozostaniemy już tam panami na zawsze.
Lakamba podniósł się na ramieniu, ponuro wpatrując się w mówiącego.
— Dobrze to słyszeć raz, dwa, — rzekł, — lecz powtarzanie ciągle nudzi i nurzy, jak paplanina dzieci i kobiet.
— Nie raz, nie dwa, — odrzekł Babalatchi, — słuchałem wichrów podmuchu.
— Mądryś! Musiało to być dawno bo mię już nic nie zagrzewa w twych słowach. Czcze są...
— Niewdzięczność przez usta twe przemawia o! Tuan! — wybuchnął Babalatchi. Oparcie nasze w Mocnym, Jedynym, Mścicielu Krzywd...
— Dość! dość! — przerwał Lakamba, — wszak rozmawiamy z sobą przyjaźnie.
Babalatchi, siedząc ciągle skulony, mamrotał coś niezrozumiałego a potem ozwał się głośno.
— Odkąd radży Laut, wysadził w Sambirze drugiego białego, córka ślepca Omara el Badavi słucha nie mego już tylko głosu.
Lakamba zaśmiał się.
— Przywidziało ci się chyba, — rzekł niedowierzająco, — „biały“ nie raczyłby przemówić do córki żebraka, ślepca.
— Hai! mówię com na własne widział oczy.
— I cóżeś widział ty! jednooki! — zawołał wzgardliwie Lakamba.
— Widziałem, — mówił rozważnie tamten, — własnem widziałem okiem, obcego, białego przybysza przechadzającego się po ważkiej leśnej ścieżce, zanim słońce ranne osuszyło rosy. Słyszałem, na własne uszy, słyszałem dźwięk jego głosu, gdy słodko szeptał do ucha dziewczęciu o bladej twarzy i wielkich oczach. Kobieta to ciałem, lecz mąż duchem, nie zna wstydu lecz i strachu nie zna. I jej głos na własne słyszałem uszy...
Pokiwał głową i zamilkł z jedynem swem okiem wlepionem w zbity wał drzew na przeciwległym brzegu rzeki. Lakamba leżał milcząc, zadumany. Pod niemi rzeka, złotodajna rzeka Luigard’a, niedostępne dla innych źródło bogactwa szemrała z cichym pluskiem o bambusowe żerdzie, podtrzymujące platformę straży, przed którą czuwali.
Przed domem grunt zbiegał wzgórzem ogołoconem już z budulcowych pni, lecz pokrytem gęstą trawą i zaroślami, spalonemi długotrwałą suszą. Wąskie skiby ryżu opasane były z trzech stron, niby murem, dziewiczym lasem, z czwartej zbiegały ku rzece. Na wodach i lądzie nie było najlżejszego powiewu wiatru, lecz wysoko, ponad drzewami strzelającemi w niebo, unosiły się szybkie chmury, to przysłaniając to znów odsłaniając srebrny księżyc w pełni. Daleko, śród biegu rzeki tak spokojnej jak gdyby snem zdjętej, plusnęła od czasu do czasu ryba, cichym pluskiem przerywając głęboką ciszę.
Lakamba zdawał się drzemać, Babalatchi, siedząc przykucnięty, wzdychał opędzając obnażonemi ramionami od nagiego torsu roje moskitów, wznoszące się z poniżej płynącej wody ku czerwonym jasnościom ogniska. Miesiąc na niebie w cichej nocnej wędrówce doścignął szczytu horyzontu i przeglądając przez liście palmy ponad głową Lakamby, rzucał snop bladego światła na jego lica. Babalatchi dorzucił drew do ognia i rozbudził towarzysza.
Lakamba poziewał i wyciągał się, Babalatchi mówił zwolna, spokojnie, głosem podobnym do ciekącego po kamieniach strumienia, cichym i równym, któremu nic się jednak oprzeć nie da. Lakamba słuchał z wzrastającem zajęciem.
Obaj należeli do tych malajskich przedsiębiorczych awanturników, których nazwać można cyganami śród krajowców. Przed laty, zanim rządca miejscowy wybił się z pod władzy sułtana Koti, Lakamba zjawił się na wodach rzeki z dwoma niewielkiemi handlowemi statkami. Nie małego doznał zawodu zastawszy zarys organizacji pomiędzy osadnikami różnorodnymi, uznającemi spokojne rządy starego Patalolo. Nie stało mu dość polityki dla pokrycia tego zawodu. Podał się za mieszkańca wschodu, gdzie panowali „biali“ przybysze; twierdził, że należy do pobitych, lecz jest książęcego rodu. Istotnie miał pozór, a mnogie właściwości księcia-tułacza: zdawał się zgorzkniały, niespokojny, niewdzięczny, zazdrosny, do intryg gotów, pełen kłamstw, czczych obietnic, przechwałek i wykrętów. Uparty był lecz cała siła jego woli zużywała się w krótkotrwałych wybuchach wygórowanej ambicji. Roztropny, podejrzliwy Patalolo przyjął go chłodno. Ze zgodą jego czy bez zgody, Lakamba przywłaszczył sobie kawał gruntów wybrzeżnych o jakie czterdzieści mil od Sambiru. Grunta otoczył palisadą, zbudował tam sobie schronisko. Że miał z sobą równie butnych jak sam towarzyszy, stary Patalolo wolał nie sprzeciwiać mu się zbyt energicznie a Lakamba zaledwie się osiedlił, rozpoczął grę podstępną. On to dzwonił na porozumienie starego radży z sułtanem tylko nie udało mu się go zgubić i Patalolo z walki z dalekim i niemogącym go dosięgnąć wrogiem wyszedł zwycięzko. Odtąd przybysz kopał dołki pod starym, lecz i tu przeszkadzał mu Luigard, zjawiwszy się pewnego dnia na wodach rzeki, z dobrze uzbrojonym statkiem. Grożący palec „Króla mórz“ przykrócił jego wojownicze zamiary, nie przykróciwszy zdradzieckich instynktów i zamysłów. Mało bo kto odważyłby się stawić otwarcie czoło walecznemu kapitanowi i Lakamba, z pozorną rezygnacją, zeszedł do rzędu pół rolnika, pół kupca, wyczekując, za swą palisadą, dogodniejszej dla swych ambicji chwili. Wierny jednak roli książęcia i pretendenta nie przyznawał zwierzchności Patalolo, a posłańców jego domagających się podatku za przywłaszczoną ziemię, odprawiał z niczem. Patalolo, stosując się do roztropnych rad Luigard’a pozostawiał w spokoju niesfornego sąsiada i lennika, i ten śród żon swych i partyzantów wiódł życie wyczekujące, będące przywilejem wszystkich zapoznanych wielkości.
Lecz dnie mijały nie przynosząc wyczekiwanej zręczności; nadzieje słabły, sama ambicja przetrawiała się w szarym popiele powszedności i tylko Babalatchi umiał rozdmuchiwać, od czasu do czasu, jej iskry.
Babalatchi szukał w zapadłej krainie schronienia dla niepewnej na karku głowy. Był on włóczęgą morskim, rozbójnikiem, żyjącym z korsarstwa, napadów na bezbronne łodzie i tonące okręty. W chwilach wolnych od korsarstwa a może i przy rozkwicie tego rzemiosła zapędzał się na dalekie wybrzeża, poznał przepych Bombaju, podziwiał moc sułtana Markati, dobijał się nawet o zaszczyt i szczęście dotknięcia niegodnemi usty świętego węgła świętego miasta, wszędzie zbierając skrzętnie mądrość wielorakich doświadczeń, aż przystał na służbę Omara el Badavi. Odtąd oddał się wyłącznie dewocji, został pielgrzymem, chociaż niepiśmienny, nie zdolen był czytać Koranu i natchnionych słów Proroka. Mężny był w istocie, nieustraszony, mściwy, pełen nienawiści ku „białym“, tym zwłaszcza, co stawali na zawadzie rozbojom, gwałtom, handlom niewolnikami, podpalaniom okrętów, przewozowi kontrabandy i tym podobnym niegodnym prawego żeglarza, zajęciom.
Umiał on zresztą pozyskiwać łaski i zaufanie swych wodzów. Zwłaszcza Omar el Badavi, wódz korsarzy, któremu wiernie służył przez długie lata, okazywał mu szczególne łaski, a gdy po długiej karjerze udałych mordów i gwałtów, rabunku i rozboju, powodzenie wodza zachwianem zostało, Babalatchi nie opuścił go, stojąc mężnie wobec pękających pocisków na tonących okrętach, w płonących warowniach świadek śmierci towarzyszy, jęku kobiet, niemowląt płaczu, ruiny i zniszczenia wszystkiego co uważał za świętość, rozkosz i dostojeństwo życia. Ziemia pomiędzy zgliszczami krwią przesiąkła, mogiły „czarnych“ piętrzyły się, jęki rannych wypełniały zatrute wyziewami rozkładających się trupów powietrze a Babalatchi nieustraszony walczył by ocalić chociażby jedną łódź, deskę zbawienia w dniu sądu, dniu ostatecznym. W chwili wybuchu ostatniej rezerwy prochu udało mu się znaleźć w pobliżu w pół żywego i oślepłego wodza. Synowie Omara byli w boju, przy pokonanym, okaleczonym starcu, pozostała tylko córka Aïsza, nieustraszona tak jak jej bracia. Z pomocą wiernego Babalatchi, dociągnęła ojca do brzegu, do skrytej w zaroślach barki. Za nimi rozległy się strzały i gromy wybuchów, Aïsza podtrzymując krwią ociekłą głowę ojca, spojrzała śmiało w oczy staremu słudze. Nie! nie miał się czego bać, nie miał się za czem oglądać; wróg był w mieście, lecz miasto było w gruzach i nie było w nim nic, oprócz trupów poległych mężów i oszalałych ze strachu i rozpaczy kobiet; nic, oprócz ognia i dymu, trzasku walących się i płonących dachów i zagród.
Babalatchi, tamując dłonią płynącą mu z ramienia krew, westchnął.
— Silni są, — mówił, — i moc ich wielka, w walce z nimi zginąć musimy...
— Nie wszyscy jednak, nie wszyscy, — dodał przez zęby, wyciągając pięść krwawą ku opuszczanym brzegom.
Czas jakiś marzył o zemście bogów — a i ludzi — rozkoszy, lecz marzenia jego zostały rozwiane chłodnem przyjęciem sułtana Sulu, u którego szukał posiłków, a znalazł upokarzającą i skąpą gościnność. Aïsza leczyła okrutne rany ojca, a wierny Babalatchi zaskarbiał sobie łaski władcy i protektora, naszeptując mu projekty zaborcze, na które sułtan odpowiadał ponuro.
— Znam was, ludzi wschodu! Sączycie jady w ucho władców, zachęcacie nieść śmierć i pożogę, z których sami ciągnęlibyście korzyści, nam zostawiając trud i zemstę pobitych. Znam was! Odstąp!
Nie było rady. Tymczasem czasy się zmieniły i dnia pewnego zbliżyła się do wyspy hiszpańska fregata, żądając wydania Omara i jego towarzyszy. Babalatchi nie zdziwił się perspektywą zostania ofiarą politycznych knowań europejczyków, lecz od jasnego zdania sobie sprawy z położenia do pogodzenia się z niem było daleko. Natychmiast uplanował powtórną ucieczkę. Z bronią w reku i nielicznymi towarzyszami, opanował łódź i wywiózł Omara i jego córkę. Dzieje tej śmiałej i krwawej ucieczki, pozostały w pamięci miejscowej ludności, pozostał żywy obraz nieustraszonej dziewczyny i wiernego sługi, unoszących śród strzałów i nocy, ślepca na nikłą łódź kołyszącą się na wzburzonych morskich falach. Towarzysze broni nowego Eneasza, polegli tak, jak niegdyś jego synowie; duchy ich z ciemności Erebu zdawały się pomagać śmiałej ucieczce wodza, i jeśli o całem tem zajściu wzgardliwie wzmiankują politycy zażywający wczasów w cieniu galerji rezydencji tego lub owego radży (wielkorządcy), żołnierze, straż trzymający w obszernych dziedzińcach, rozpowiadają sobie, przy ogniskach przyciszonym głosem, zaciskając pięści, z ponurem i tęsknem spojrzeniem w noc nieprzeniknioną i nieokreślną dal morza, o ucieczcze ślepego wodza, podziwiając bitnego niegdyś dziś nieszczęsnego, podziwiając nieustraszoną jego córkę, mądrego i przebiegłego sługę i tych co polegli i tych niewielu co przeżyli i na niepewnych wodach walczyli z nocą, burzą, pragnieniem i głodem.
Nie było jednak nic bohaterskiego w wylądowaniu Babalatchi, Omara i Aïszy w Sambirze. Przybyli na wielkiej łodzi, naładowanej kokosowemi orzechami jako właściciele prawni tejże łodzi i jej zawartości. Jakim sposobem Babalatchi, uwożący zbiegów na morskiej łódce nie większej niemal od łupiny kokosowego orzecha, został w ucieczce posiadaczem obszernej łodzi z pokaźnym ładunkiem, to pozostanie tajemnicą tych morskich dróg i szlaków, których nikt dotąd nie zbadał, przestworzy zwierciadlanych a wiecznie ruchomych, tajemnic pełnych. Odyssei swej nie opowiadał i, co prawda, nikt go o nią nie pytał. Była mowa tu i ówdzie o jakiejś zaginionej kupieckiej łodzi, a to co opowiadał Babalatchi, nie trafiało do przekonania przenikliwego bądź co bądź Patalolo. Na jego niedowierzające pytania Babalatchi wzruszał ramionami, dziwiąc się na poły pokornym, na poły drwiącym tonem, jak taki mądry i praktyczny Radży przypuszczać może jakiebądź gwałty i walki o zdobycz tam, gdzie była tylko młoda dziewczyna i dwóch starców, jeden ślepy, drugi jednooki? Czemu nie wierzyć raczej, że zalecane przez Proroka miłosierdzie, podtrzymuje tych, co łask Najwyższego są godni.
Patalolo niedowierzająco potrząsał głową. Wierzył w Proroka i w Najwyższego wierzył, lecz z miłosierdziem rozmijał się jakoś w ciągu długiego i przygód pełnego żywota, to też Babalatchi wolał gościnność sąsiedniego magnata Lakamba, którego łaski zaskarbiał, pozostawiając tymczasem Omara i jego córkę Aïszę pod opieką Patalolo. Łódź wyciągnięto na błotniste wybrzeże u złączenia się rozdwojeń Pantai. Moczyły ją deszcze, słońce paliło, aż się rozpadła na drzazgi, któremi w chłodne noce zasilano ogniska i tylko zapomniany maszt i przegniłych desek parę przypominały chytremu Babalatchi, że jest przybyszem, tułaczem...
Pozatem dobrze i swojsko mu było na dworze — jeśli to dworem nazwać można! — bogatego Lakamba. Wpływy się jego zwiększały z dnia na dzień, nawet śród niewiast. Posiadał iście tułaczą zdolność naginania się do okoliczności i przeróżnych środowisk. Doświadczenie nauczyło go skrywać lub zmieniać stosownie do okoliczności plany i zasady, a biegłości w tem pozazdrościć by mu mógł nie jeden mąż stanu. Skądinąd, nie brakło mu stanowczości i daru przekonywania. Owładnął słabą wolę i wahający się umysł Lakamba. Ten niezdolny chcieć i działać, umiał — jak innych wielu, tonąć w wieczystem, zgorzkniałem niezadowoleniu. Niezadowolenie to zasilać, nienawiść i zawiść niecić, do otrząśnięcia się z ciężących mu więzów zwierzchnictwa Patalolo ustawicznie zachęcać, zostało zadaniem nowego i sprytnego faworyta. Sam gwałtowny, nagiął się w potrzebie do cierpliwej przebiegłości, rozżarzając ambicje swego chlebodawcy i sprzymierzeńca. — W przewidywaniu ewentualności pozyskania dla swych celów, pomocy europejczyków, on, nienawiścią tchnący dla rasy białej, skłaniał protektora swego do zabiegów o ich łaski. Byle nie śpieszyć, wyczekiwać dogodnej chwili; uciekać się do łatwego pozbycia się przez truciznę starego Patalolo, gdyż dopóki w okolicy panuje zwierzchnictwo dotykalne Luigard’a, a zastępca i przedstawiciel jego handlowych interesów, Almayer rządzi z ramienia swego teścia, na nic się zda Lakambie pochwycenie steru, zajętego już przez „białych“ państewka.
Pozbycie się gwałtownemi środkami Luigard’a i Almayer’a nie było łatwe a nazbyt ryzykowne. Przedewszystkiem wypadało szukać możnych i obrotnych sprzymierzeńców, kogoś przychylnego — powiedzmy zainteresowanego — w zamysłach Lakamba i jednocześnie popartego przez niemieckie władze, możnego i bogatego kupca, któryby pobił na głowę starego Patalolo. Z takim sprzymierzyć sie, zyskać jego poparcie u władz w Batawji... Byle znaleźć odpowiedniego i skłonić go, schlebiając jego własnym interesom, do osiedlenia się w wyłącznie dziś przez Luigard’a opanowanym Sambirze. O „białym“ niema co i myśleć. Któż „białym“ zaufać może? Wyspę opanują, obsadzą swoimi i tyle. Szczęście, że są pomiędzy Arabami bogaci, zręczni, przedsiębiorcy. Zazdrość Luigard’a oddala ich od strzeżonych przezeń skarbów. Jednych trzyma strachem, nieświadomością drugich i najwięcej jest takich, co dla niepewnych zysków niechcą się narażać na mściwość nieustraszonego „króla mórz“, jak zowią tego „białego“ przedsiębiorczego awanturnika.
Tu Babalatchi, poczynał wyliczać z żalem wielkim godnych zaufania ludzi, których znał w młodości swej: nieustraszonych, mężnych, przedsiębiorczych, potężnych, bogatych, gotowych do najzuchwalszych przedsięwzięć. Niema ich! niema! pomarli, wyginęli... jeden pozostał chyba... i to niedaleko... Ten mógłby...
Tak i tem podobnie owładnął swego możnego chlebodawcę. Lakamba planom swego doradcy zarzucał powolność. W łaknięciu bogactw i władzy, niedaleko widzący panek, gotów był rzucić się w ręce każdego awanturnika a tu powstrzymywała go przezorność nowego doradcy. Z potęgą i zemstą Luigard’a nie było żartów. Wygrywa ten, kto umie czekać, a dogodną chwilę pochwycić potrafi... Byle rzecz zatrzymać w tajemnicy, przedsięwzięcia nie narażać, nazbyt nie ryzykować. Tymczasem Babalatchi badał miejscowe stosunki i grunt, opinję publiczną i prywatną, rozpowiadając wszem wobec i każdemu z osobna o swym niebawem odjeździe. Wieczorami, na najmniejszej z należących do swego protektora łodzi, puszczał się wzdłuż rzeki, tam, kędy stary, ślepy wódz Omar żył pod pieczą Patalolo, w ubóstwie lecz czczony niby świętość, na polanie śród dziewiczego lasu, w obrębie bambusowych płotów, ogradzających siedzibę radży. Poza plantacją bananów stały dwie niskie chaty w cieniu drzew owocowych, nad strumieniem spływającym w wielką rzekę. Chaty te Patalolo przeznaczył na mieszkanie dla pobitego wodza, którego ostentacyjna pobożność, sentencje mądre, niedola mężnie dźwigana, imponowały mu wielce. Często też władca Sambiru nawiedzał w południowych znojnych godzinach, ślepego Araba, który się też nie gniewał, gdy mu Babalatchi nocny mącił spoczynek. Aïsza, stojąc na progu jednej z chat widziała ojca siedzącego z przybyłym przed ogniskiem, płonącem w zagrodzie okalającej obie chaty.
Przypatrywała się rozmawiającym bacznie, chociaż słów ich słyszeć nie mogła. Nawet gdy starca zmógł sen, gość pozostawał długo jeszcze na miejscu, przykucnięty przy dogorywającym ognisku, w głębokiej pogrążony zadumie. Dziewczyna z uszanowaniem patrzała na mądrego i mężnego, którego przywykła od najwcześniejszego swego dzieciństwa widywać u boku swego rodzica. O czem marzył, co wspominał siedząc zamyślony w noc głęboką, na wygnania ziemi? Kto wie czy nie szukał wyjścia w lepszą, lecz o! jakże niepewną! przyszłość.
Przybycie do Sambiru Willems’a, Babalatchi powitał z trwogą. Nie byłaż to nowa przez nienawistnych „białych“ zajęta placówka? Z czasem uspokoił się. Wieczora pewnego spotkał Willems’a na ścieżce wiodącej do banany, ku mieszkaniu ślepego Araba i nie zdziwiło go, że się starzec ani domyśla o krążeniu obcego człowieka w pobliżu swego domostwa. Innym razem biały surdut europejczyka mignął mu pomiędzy zaroślami na przeciwległym brzegu strumienia. Dnia tego nie spuszczał z oczu Aïszę, gotującą jak zwykle ryż na wieczerzę. Odmówił zaproszeniu Omara, odszedł wcześniej i tegoż jeszcze wieczora, oświadczył zdumionemu Lakambie, że chwila dawno upragniona się zbliża, a na naglące zapytania wskazał ruchem głowy na krzątające się w pobliżu ogniska kobiety. Dopiero gdy osada usnęła powiódł magnata na brzeg rzeki, wsiadł z nim do czółna, które puścił z biegiem wody, płynąc śród łanów ryżu, ku zapomnianej jakiejś lepiance. Tu byli bezpieczni, w oddaleniu od ócz i uszu ludzkich a w potrzebie nocną swą wycieczkę mogli wytłómaczyć zasadzką na jelenie, w które miejscowość ta obfitowała. Tu Babalatchi odsłonił plan swój, dobrze obmyślany, zdziwionemu Lakambie. Willems, we własnej osobie, miał zostać narzędziem zniszczenia potęgi i wpływów Luigard’a.
— Znam ich, „białych“, — mówił połyskując w przezroczystym mroku nocy, jedynem okiem, — znam! Niewolnicy chuci swych, wszędzie i zawsze gotowi stawić moc swą, rozum, fortunę na szalę namiętności. — Przeznaczenie sług Proroka w ręku Wszechmocnego, lecz tych czcicieli bóstw wielorakich przeznaczenie w ręku kobiet, których zostają igraszką. Szaleńcami są z Wszechmocnego woli, z przyrodzenia są szaleńcami, straszni dla wrogów, lecz zawsze gotowi pożerać się między sobą. Znam ich, znam dobrze!
Wyciągnął się przed ogniem i zmrużył swe jedyne oko, śpiąc lub udając że zasypia. Lakamba czuwał zdziwiony, niedowierzający a rozrzażone węgle gasły jedne po drugich. Nad rzeką powstała mgła biaława, księżyc, w ostatniej kwadrze, wychylił się z poza drzew krwawy i przyćmiony, smętny jak tułacz wracający z długiej wędrówki, spragniony spoczynku na kochanki białem łonie.








Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Joseph Conrad i tłumacza: Wilhelmina Zyndram-Kościałkowska.