Awantura (Kraszewski, 1885)/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Awantura
Podtytuł Powieść osnuta na plotce
Pochodzenie „Świt“, 1885, nr 44-66
Wydawca Salomon Lewental
Data wyd. 1885
Druk Salomon Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Zmuszeni jesteśmy tokiem tego opowiadania zajrzéć teraz do domu starych Bartskich, którzy sfałszowanego wnuka zabrawszy z sobą, wynieśli się z nim do Krakowa.
Wybraniec losu, którego to szczęście spotkało, wcale do niego nie był przygotowany, a przychodziło mu ono zapóźno, aby już rozwinięty organizm pod wpływem szczęśliwszych warunków mógł się bardzo odmienić.
Sierota po biednych oficyalistach, tylko twardéj, a zahartowanéj młodością spędzoną w walce z głodem i chłodem naturze winien był, że wyszedł cało i krzepko.
Jeżeli kto, to on wszystko był winien sobie, lecz nie wiele to stanowiło.
Jednego nauczyła go doskonale bieda, to przebiegłości, milczenia w potrzebie, pokory, posłuszeństwa. Są to przymioty może bierne, lecz w życiu nie do pogardzenia, gdy innych braknie.
Tępego dosyć umysłu, Maks miał jednak tyle rozsądku, że się całkiem z sobą nie odkrywał; czekał, patrzył i pilnował, aby zbyt śmiałego nie zrobić kroku.
Zaraz piérwszego wieczora poczuwszy, że mu tu będzie bardzo dobrze i wygodnie ze starymi Bartskimi, nie przewidując, czego oni wymagać mogą, oprócz poszanowania i uległości, postanowił pokornie się stosować do ich woli.
Biedny chłopiec, który od dzieciństwa doświadczał niedostatku, dla którego trochę lepsza strawa, wypoczynek, czysta odzież, bezpieczeństwo o jutro, były niezmiernie drogiemi zdobyczami, gotów był zastosować się do najdziwaczniejszych nawet żądań, byle nie stracić tego, co tak cudownie spadło na niego.
Zdolności nie miał wielkich, biedny sierota, a gdyby nawet natura go niemi wyposażyła, musiałyby w walce ciężkiéj o chleb powszedni zaniedbane zamrzéć w zarodku.
Ochoty w sobie nie czuł żadnéj, oprócz do wygodnego cielesnego życia. Reszta nie obchodziła go, myśl jego nie sięgała daléj.
Było to zwierzątko jeszcze, mające tylko zewnętrzne cechy człowieka.
Gdy nazajutrz po wygodnym noclegu w hotelu obudził się pan Maks i przypomniał sobie położenie, strach go ogarnął wielki, aby nie stracił pozyskanego szczęścia i począł się modlić.
Dotąd jego religijne uczucia były tylko formą zimną, po raz piérwszy udawał się do Boga z sercem poruszoném.
Obawa go ogarnęła, jak się starym najlepiéj podobać, jak wkupić w ich łaski. Zaledwie zdążył się ubrać w suknie przygotowane, gdy stara Bartska weszła.
Maks przyskoczył całować jéj ręce i ściskać kolana. Babka naprzód nauczyła go, że schylać się tak nizko nie potrzeba.
Usiadła zabierając się do badania. Maks stał drżący.
Była to chwila strasznéj męczarni, pot ocierał ciągle z czoła, bo na wiele pytań wcale nie umiał odpowiedziéć, lub odpowiadał tak niedorzecznie, iż Bartska niecierpliwie się zżymała, śmiała i ręce załamywała.
Zupełne nieuctwo byłoby niczém jeszcze, gdyby jakaś iskierka inteligencyi obudzała nadzieję, że się coś da z tego rozwinąć, wyrobić. Babka nie mogła się łudzić, tępym był straszliwie. W czasie następującego śniadania stary pan Waleryan więcéj słuchał niż sam badał, i krzywił się również, co chwila rażony gburowatością, ogłupieniem wnuka.
Stanem jego zdrowia pocieszyć się tylko mogli, gdyż przy śniadaniu, pomimo zakłopotania pytaniami, Maks jadł i pił tak obcesowo, chciwie, łakomie, iż nastarczyć mu nie było można.
— Okropnie wygłodzony — mówiła babka — potrzeba go naprzód odżywić, to się i umysł może rozbudzi.
Z wielu względów nie chcieli Bartscy z wnukiem takim pozostać na oczach w Warszawie. W Krakowie, mniéj znani, spodziewali się łatwiéj znaléźć naprzód człowieka, któryby był nieodstępnym towarzyszem, potém pomoce naukowe, profesorów i lekcye.
Główném zadaniem jednak było wyszukanie mentora, w którego obcowaniu z żywego słowa mógł zaniedbany Maks daleko więcéj korzystać niż z lekcyi i nauki.
Oprócz czytania, pisania, czterech działań arytmetycznych i katechizmu dziecinnego, młody Bartski nie umiał nic i, co gorzéj, nie pojmował, ażeby uczyć się było potrzeba.
Za to wszystkich życia przyjemności był świadom i łakomy. Konie, psy, strzelba, jadło i napój obfite i smaczne, nęciły go niezmiernie. Wszystko to obiecywał sobie i zawczasu się cieszył.
W parę dni potém, zabierając go z sobą, starzy opuścili Warszawę. W Krakowie nie znali nikogo, oprócz starego bardzo weterana, kolegi niegdyś pana Waleryana, który tu mieszkał oddawna.
Był to pan major Robsza mający dworek na Czarnéj Wsi z ogrodem wielkim, mieszkający tu z żoną i namiętnie zajmujący się ogrodnictwem. Długie lata spędzone w staréj stolicy, uczyniły majora niemal dzieckiem Krakowa. Znał miasto doskonale, kochał je, odczuwał wszystko, co je spotykało, i zdawało mu się, że nigdzie w świecie żyć nie można było wygodniéj, miléj, jak tutaj.
Stary Bartski łatwo się o niego dowiedział, gdyż ex-wojskowy był zarazem jakimś wysokim urzędnikiem miejskim, i pojechał do niego na ową Czarną Wieś.
Magnatowi nawykłemu do wszystkich życia form zewnętrznych, bardzo wykwintnych, drewniany, niepoczesny dworek majora, podwórko jego gospodarskie, zawalone sprzętem i narzędziami ogrodniczemi, wydało się niesłychanie nędznie.
Sam major w prostym kubraczku, z rydlem w ręku wychodzący na spotkanie, w wyszarzanéj włóczkowéj czapeczce na głowie, w butach kozłowych, bez chustki na szyi, z brodą od dni trzech nie goloną, obudził zadziwienie i prawie przerażenie.
Zaprezentował mu się Bartski, a major potrzebował gdzieś głęboko sięgać do wspomnień zatartych, nim sobie starego przypomniał towarzysza, rydel cisnął, a sam pospieszył go uściskać i zaprowadzić do pokojów.
Tak, zwały się one pokojami, ale były izdebkami ubogiemi, w których właśnie stara pani majorowa w fartuchu, w białym czepcu, ze szczotką w ręku i ścierką robiła porządek.
Zobaczywszy gościa — uciekła.
W nieuporządkowanéj bawialni rozpoczęła się żywa rozmowa, ale wkrótce potém, major zważywszy, że żona go wyłaje, przeprowadził gościa do altany w ogrodzie, obsadzonéj fasolą, nasturcyą i sycyosami.
Stał w niéj drewniany, chwiejący się stolik i dwie ławeczki.
Po kilkudziesiątletniém niewidzeniu się zaprawdę mówić było o czém.
Gadatliwy rozwlekle major chciał o sobie prawić, Bartskiemu pilno było wytłómaczyć, z czém przyjechał, a niezwyczajne położenie wymagało długich omówień i tłómaczeń.
Ledwie nieledwie pan Waleryan potrafił wreszcie wyłuszczyć, czego potrzebował, z czém właściwie przybywał.
Major się zamyślił. Zrozumiał dobrze o co chodziło, ale gdzie tu było znaléźć człowieka, coby tak dziwnym potrzebom wychowania mógł zadość uczynić? Robsza znał tylko jednego profesora emeryta, z którym był w wielkiéj przyjaźni, ugruntowanéj na wspólnéj miłości roślin i kwiatów, niejakiego Paradziewicza, niegdyś nauczyciela fizyki, a dziś — filozofa. Człowiek był ubogi, niewiele potrzebujący, chorujący na filozofię, gaduła, dziwak, ale natura szlachetna, serce złote.
Szło o to, czy ceniący wielce swą niezależność, a bardzo mało pieniądze i dostatek, Paradziewicz chciałby się podjąć zadania tak trudnego.
Po kilkogodzinnych rozprawach, których przedmiotem było téż najęcie lub kupienie domu dla Bartskich, rozstali się dawni towarzysze broni, a major po południu obiecał przyprowadzić emeryta, jeżeliby skłonić go potrafił do uwzględnienia propozycyi, co zawczasu uważał za bardzo trudne.
Tymczasem sama Bartska czuwała nad wnukiem, obawiając się go nawet puścić na miasto, któremu przez szyby przyglądał się z ciekawością wielką.
Maks niezawodnie dałby sobie radę, ale bez pozwolenia kroku uczynić nie śmiał, a oprócz tego grosza w kieszeni nie miał. Karmiono go, pojono, odziewano, lecz pieniędzy dać nie pomyślano.
Dosyć późno major ustrojony, z niebiesko-czarną wstążeczką w pętlicy, z wąsami wypomadowanymi i brodą świeżo ogoloną, zjawił się z rodzajem Diogenesa.
Emeryt nie uważał za właściwe do nikogo się ubierać. Chodził zawsze w długim surducie zimowym lub letnim, z kijem w ręku, w słomkowym kapeluszu lub czapce.
Twarz szeroka, jasna, wygolona, z oczami wyrazistemi, napiętnowana była pewnością siebie i szczęśliwym filozoficznym spokojem. Jako profesor miał téż pedagogiczną powagę i nauczycielski sposób wyrażania się.
Paradziewicz nie odrzucał wniosku zajęcia się wychowaniem zaniedbanego młodzieńca, był to dla niego eksperyment ciekawy, ale pragnął widziéć i poznać subjectum.
Bogactwa Bartskich, złote ich obietnice dla emeryta nie wchodziły w rachubę wcale. Potrzebował tak mało, iż, tracąc swobodę, nie rozumiał, aby mu ją opłacić można. Mógł tylko uczynić tę ofiarę dla pobudek wyższych, aby sprobować społeczeństwu wykształcić użytecznego człowieka.
Bartscy przyjęli go z uszanowaniem, które nakazywać umiał.
Bałwanowaty, niezgrabny, strwożony Maks, ze wzrokiem bojaźliwym a chytrym stał w kącie.
Przyszły mentor czynił na nim wrażenie onieśmielające. Czuł, że z tym człowiekiem trudno będzie, bo go na wylot wzrokiem swym przejrzy.
Paradziewicz, rzuciwszy okiem na przyszłego ucznia, ani myślał go zaraz wziąć na próbę, rozumnie to odłożył na potém, a naprzód z babką i dziadkiem rzecz o wychowaniu, o naturze ludzkiéj i t. p. rozpoczął. Słuchano go z namaszczeniem.
— Zdaje mi się — dokończył profesor — że najwłaściwiéj będzie, gdy mi państwo na parę dni powierzycie jegomości. Będę go brał z rana, pójdziemy się przechadzać, wrócimy na obiad, po obiedzie powtórzymy przechadzkę, zapoznamy się z sobą i zobaczymy, co daléj.
Maksa przeszły dreszcze, ale on nie miał głosu.
Nazajutrz po śniadaniu młody Bartski był w rękach emeryta.
Przelękniony, rozpaczał już o sobie Maks, ale rozmowa ze starym tak poszła gładko, tak była prostą, zwyczajną, nie wymagającą najmniejszego wysiłku, że chłopak wkrótce odetchnął i nabrał odwagi.
Czekał ciągle na egzamin, ale ten nie nadchodził. Paradziewicz rozpytywał o życie przeszłe, rzucał pytania tak powszednie, mówił o tak pospolitych przedmiotach, że Maks wniósł, iż łatwo sobie z nim da radę. Rozbudziło to w nim gadatliwą otwartość, zaufanie, wylanie się, i emeryt, nader pobłażająco, wesoło przyjmując zwierzenia, nie okazał, aby w nich go co raziło.
Przechadzki i równie niewymuszone rozmowy trwały dni parę. Maks ciągle się spodziewał badania, ale emeryt więcéj nad to, co się dowiedział, nie potrzebował już wiedziéć.
Bartscy oczekiwali z wielką niecierpliwością. Mieli tymczasem sposobność sami poznać lepiéj emeryta, który obudził w nich szacunek i wielkie wyobrażenie o swéj filozofii i znajomości świata i ludzi.
Wprawdzie obejściem się nie mógł Maksa nauczyć salonowego obyczaju i języka, bo był prostakowaty i weredyk, ale na rozwinięcie umysłu podziałać skutecznie było mu łatwo.
Po tych dniach kilku Paradziewicz zdał sprawę starym z tego, co znalazł w ich wnuku.
— Zaniedbany zupełnie — rzekł — wszystko w nim śpi, ani wyrokować można, co się da z odrętwiałości wyprowadzić, a co na wieki zamarło.
Dziś jest to roślina, wegetująca tylko jako istota cielesna, duch nie wyzwolony. Tymczasem organizm zwierzęcy czyni go dojrzałym, instynkta się poruszają. Dziecko umysłem, jest ciałem już mężczyzną. Wiele zrobić z niego wątpię ażeby można było, coś jednak da się wykrzesać.
Probójmy.
Trudność potém zaszła o to, że profesor chciał do siebie wziąć ucznia, a Bartscy profesora do domu swojego zapraszali, aby miéć wnuka ciągle przy sobie i sami téż przykładać się do wyrobienia z niego człowieka.
Zgodził się wreszcie Paradziewicz zamieszkać przy nich, poczyniwszy sobie zastrzeżenia różne, i rozpoczęło się wychowanie i nauka.
Emeryt podjął się tylko mentorstwa i nadzoru, to jest najcięższéj części wychowania, do reszty wzięto osobnych nauczycieli.
Chłopiec pod wąsem musiał rozpoczynać od elementarnych prawie lekcyi, a nie szły mu one łatwo. Pamięć miał dosyć dobrą, pojęcie pozostało tępém.
Ale wyszedłszy z Paradziewiczem po lekcyach na przechadzkę, gdy o życie praktyczne się ocierał, okazywał pojęcie jego tak zdrowe, a nawet czasem bystre, iż go zadziwiał.
Z książki nie korzystał wiele, z rozmowy illustrowanéj tém, na co patrzał, więcéj nierównie.
Emeryt nie rozpaczał.
Trudno tylko było niezmiernie hamować cielesne pożądliwości. Widok jadła i napoju czynił na nim wrażenie jak na wygłodzoném zwierzęciu.
Paradziewicz probował przesytu, ale ten na bardzo krótki czas pomagał, wstrzemięźliwości zaś żadne rozumowanie wmówić mu nie mogło. Milczał naówczas i kłamał.
Emeryt udawania tego nie znosił.
O pośpiechu, jakiego żądali Bartscy, mowy być nie mogło. Paradziewicz mówił, że karczować musi, nim siać zacznie.
Staruszkowie oboje ze swéj strony przykładali się także do wychowania wnuka, a wnuk, mimo wiedzy i woli, zmusił ich do zmiany obejścia się małżeństwa z sobą, gdyż owe wiekuiste kłótnie i spory Bartskich musiały przez wzgląd na niego ustać.
Kłócili się sam na sam, ale przy nim wstrzymywali. Maks parę razy śmiać się zaczął z ich sporu, spostrzegł to pan Waleryan, poszeptał z żoną, i musieli się pilnować.
Serce niezepsute a wdzięczne przywiązało się rychło do dobroczyńców. Szczególniéj do babki, wyrozumialszéj dla niego, przystał Maks. Dla obojga był z poszanowaniem niezmierném, pokorą niemal zbyteczną, ale ich ujmującą.
Prawda, że miał im za co być wdzięcznym, bo wszelkie możliwe życzenia jego spełniali chętnie, ze szczodrobliwością ludzi możnych.
Dostał więc konia wierzchowego Maks, do którego się namiętnie przywiązał, kupiono mu psa ogromnego, stroił się jak chciał, a jadł i pił tak, że babkę tém często przestraszał. Obawiała się choroby, chociaż nigdy mu nic nie zaszkodziło.
W tych pieszczotach powierzchowność młodzieńca zyskała wiele. Pozostał trochę niezgrabnym, ciężkim, zwłaszcza że do otyłości miał skłonność, ale strój i nieustanne nauki, jak się miał trzymać, chodzić i t. p., nieco go uczyniły pokaźniejszym.
W program Paradziewicza wchodziły znajomości z przyzwoitą młodzieżą, na któréj nie zbywało.
Bartscy urządzili u siebie wieczory dla towarzyszów i przyjaciół Maksa, a obcowanie to z kolegami okazało się może ze wszystkich środków okrzesywania najskuteczniejszém.
Jest w naturze ludzkiéj naśladowanie, a Maks zaniedbany potrzebę zastosowania się do ludzi czuł mocniéj niż inni. Zwolna więc coś przejmował od towarzyszów.
Słowem jedném, po upływie kilku miesięcy Paradziewicz nie rozpaczał. Potrzeba tylko było jego zdaniem w programie nauk zaprowadzić zmianę i niektóre z nich albo zupełnie wykreślić, lub ograniczyć się ogólném o nich pojęciem.
Lat straconych niepodobna było odzyskać. Dziwna rzecz, zaniedbany ten umysł do najtrudniejszéj z nauk ścisłych, do matematyki miał zdolność widoczną, gdy w innych ospały, ani upodobania nie znajdował, ani drogi do wtajemniczenia w nie.
Poezye wydawały mu się śmieszne po prostu, chociaż wypadkiem połapane szyderskie wierszyki, trawestacye, piosenki wesołe chwytał na pamięć i bawił się niemi.
W obłoki ani patrzył, ale był to poczciwy kawał mięsa, jak się czasem wyrażał Paradziewicz.
Pomiędzy młodzieżą Maks miał jedną nad wszystkich wyższość, celował w każdym rodzaju sportu, który zaczynał wchodzić w modę. Nie lękał się najswawolniejszego i najdzikszego konia, pływał jak ryba, powoził czterema szkapami mistrzowsko, strzelał doskonale, a choć się nie uczył gimnastyki, dokazywał co chciał, bo siłę miał ogromną.
Mniejszéj zapewne wagi jest tego rodzaju wyższość, ale w życiu człowieka i to coś znaczy; gdzie wychowanie nadto było pieszczoném, znaczyło bardzo wiele.
Maksa zaczepić niktby się nie ważył, on zaś nie lękał się niczego. Zahartowany był téż na zimno, na słotę, i bawiło go, gdy inni na nie narzekali.
Stary Bartski, patrząc na wnuka, mruczał, że najwłaściwszą byłaby dla niego służba wojskowa, ale się z nim rozstawać nie chciał.
Emeryt, gdy był niekontent, nazywał go kawałkiem mięsa, ale w dobrym humorze czasem zwał go téż dzieckiem natury.
Bartscy zwolna przywiązywali się do niego, a on do nich, pozostawała mu jednak pewna nieśmiałość, pokora, uszanowanie, z których wyjść nie mógł.
Tymczasem pani Idalia, jak mówiliśmy, zawitała do Warszawy, poznała bliżéj Lutka, przekonała się, że go sobie pozyskać nie potrafi, i gdy zarazem męża sprowadziwszy, znalazła go zbiedzonym, gołym, mówiącym tylko o swéj ruinie, niedługo pobywszy w Warszawie, zimno się pożegnawszy z Pawłowiczową, zawróciła do Livorno.
Zimę miała spędzić we Florencyi, i już hrabia Witold poczynił starania o najęcie mieszkania w blizkości Cassina, o co naówczas nie było trudno.
Wycieczka ta do Warszawy, niepowodzenie, odebrane jéj serce dziecięcia, które znać nie chciało matki, uczyniły na niéj daleko głębsze wrażenie, niżby, znając ją, spodziewać się było można.
Hrabia Witold piérwszy spostrzegł po powrocie jéj zmianę pojęć niektórych, smutek, zadumanie, niechęć i wstręt, z jakiemi słuchała go, gdy rozpowiadał różne cyniczne przygody, dawniéj w niéj śmiech obudzające.
Dopatrzył się, że zaczęła chodzić do kościoła i z uśmieszkiem ironicznym raz jéj powiedział:
— Stanowczo starzejesz się! Sądziłem, że będziesz wyższą nad inne kobiety, które na dewocyach kończą, ale zdaje się, że to nieuchronny los wasz, słabe istoty.
Idalia wprost się rozgniewała.
Hrabia Witold wkrótce potém doszedł, iż sławny naówczas Abbate, pisarz i kaznodzieja, o którym mówiono wiele, poznał się z hrabiną, która sama jego znajomości szukała.
Wiedział już, co go czekało, przewidywał, że będzie musiał porzucić dawną przyjaciółkę. Ale o tém nie było jeszcze mowy. Ona sama miała dnie zupełnego powrotu do dawnych przekonań i sądów, i inne, w których milczała smutna i zasępiona.
Dawna medycyna i psychologia przypuszczały w życiu ludzkiém pewne zwroty i lata klimakteryczne.
Było to proste przypuszczenie, nie oparte na doświadczeniu, ale w zasadzie jednak nie pozbawione prawdy. Zwroty w życiu ludzkiém nie są przywiązane do dat i lat, do siódemek i cyfr, ale do pewnych zmian organizmu i okoliczności zewnętrznych. Całkiem się pozbyć życiem długiém wyrobionéj natury niepodobna, ulega ona jednak modyfikacyom znacznym pod naciskiem doli lub niedoli.
Hrabina po burzliwém życiu znajdowała się u portu spokojnego, to prawda, ale okręt jéj przybył tu rozbity, skołatany, pusty, życie nie miało dla niéj uroku. Utraconéj piękności niepodobna było odzyskać, nie było czém na świecie błyszczéć, nie zajmowało nic, nie mogła kochać. Witolda przyjaźń była prostym nałogiem, czasem nawet ciężarem.
W téj zupełnéj próżni dziecko własne, węzeł jedyny, który ją łączył ze światem, dziecię, przeciw któremu zawiniła, mszcząc się obojętnością, stało się przedmiotem ciągłych rozmyślań, celem pożądliwości.
Chciała się na niém pomścić szlachetnie, czuwając nad niém, powracając mu, co utracił.
Chodziła ciągle z myślami niedorzecznemi i niepraktycznemi, ale pozbyć się ich nie mogła.
Gryzło ją to, że obcego jakiegoś gbura uczyniła szczęśliwym kosztem Lutka.
Najprostszą było rzeczą, raz czując swą winę, otwarcie ją starać się naprawić. Ale nałóg intrygi i nawyknienie do chodzenia krętemi drogami przemogły.
Z Witoldem się o tém nie naradzała, nie mówiła mu nawet nic, ale po namysłach, rozgorączkowana raz, z niewieścią porywczością istot słabych siadła, napisała do Bartskich list bezimienny, a obawiając się, aby się nie rozmyśliła, natychmiast rzuciła go na pocztę.
W liście tym, uniewinniając siebie i przedstawiając się jako uwiedzioną przez intrygantów, opisała cały wypadek podstawienia fałszywego wnuka, wskazywała, gdzie był prawdziwy, żądała, aby go Bartscy zobaczyli i przekonali się, jak niesłychanie do Ryszarda był podobnym.
Naostatek dodawała, że Pawłowiczowa, żyjąca jeszcze, może poświadczyć, jak dziecię się do niéj dostało.
List był bezimienny, jakoby przez osobę życzliwą Bartskim pisany, bez wiedzy hrabiny i t. d.
Doszedł on do pana Waleryana, który, zacząwszy czytać, nic nie zrozumiał zrazu i rzucił go, mając za niezgrabną próbę wyłudzenia pieniędzy.
W kwadrans potém powrócił do niego, z uwagą przeczytał cały raz i drugi, schował do kieszeni.
Rodziła się wątpliwość.
Żonie o tém mówić i niepokoić jéj nie chciał, ale sam mocno się zmieszał i zgryzł.
Znalazł natychmiast pretekst odbycia podróży i oznajmił jéjmości, iż na dni kilka musi się oddalić dla interesu.
Nie przyznał się nikomu do listu odebranego, ale inném okiem począł patrzéć na Maksa. Wydał mu się, czém był, strasznie gburowatym.
Nie dosyć było do Warszawy pojechać, gdzie oprócz barona mało miał stosunków, należało téż, nie spowiadając się i nie narażając na śmiech, dotrzéć do tego Pawłowicza, coś zdobyć.
W ciągu dni kilku, nosząc się z tą nową troską, Bartski podupadł i postarzał. Czuł się złamanym.
Człowiek nawykły do chodzenia drogami prostemi, gdy go los zmusi pójść na kręte ścieżki, ocierać się o intrygantów i brudy, doznaje najboleśniejszego niepokoju.
Bartski, przyjechawszy, sam jeszcze nie wiedział, gdzie się uda, co pocznie. Rachował na pomoc losu.
Hrabina Idalia w liście wskazywała mu numer kamienicy na Starém Mieście, była to jedyna pomoc i wskazówka. Z rodzajem wstydu na twarzy wykradając się jak złodziéj, stary Bartski upokorzony poszedł rankiem czatować u bramy, spodziewając się, że przypadek jakiś może ułatwić mu spotkanie się z tym mniemanym wnukiem.
Wstręt miał do takiego potajemnego dochodzenia.
Dnia tego stara Pawłowiczowa była cokolwiek lepiéj, i Lutek mógł wyjść na miasto. Podobieństwo jego do ojca w istocie było uderzającém.
Bartski zaledwie go spostrzegł, został niém tak uderzony, iż omało się nie zdradził.
Dla niego nie było już wątpliwości, to być musiał wnuk prawdziwy.
Niezbyt się zastanawiając nad tém, co czyni, zbliżył się grzecznie do niego i prosił o jakąś informacyę, składając się tém, że nie znał miasta.
Lutek, nadzwyczaj uprzejmy i grzeczny, nietylko żądanéj wiadomości udzielił mu, ale chciał sam być przewodnikiem. Głos jeszcze bardziéj utwierdził Bartskiego w tém, że list bezimienny nie był oszukaństwem i bałamuctwem.
Poruszony do najwyższego stopnia, stary powrócił do hotelu.
Ale tu przyszedł mu na myśl ów fałszywy wnuk, do którego się oboje przywiązali, żal mu się go zrobiło. Nie posądzał, aby ze świadomością mógł go tak młody chłopak oszukiwać. Wiedział i to, że żona się mocno do podrzuconego im przywiązała.
Łzy się staremu zakręciły w oczach.
— Mój Boże — zawołał w duchu — nie mieliśmy litości nad obłąkaném dziecięciem, które można było może łagodnością na lepszą nawrócić drogę; strasznie nas Bóg karze!
Przez cały dzień Bartski się tak bił z myślami.
List bezimienny miał z sobą.
A gdyby z nim, wypatrzywszy godzinę, udał się do Pawłowiczowéj, tak, aby mógł zastać ją samą?
Zdało mu się to najwłaściwszém.
Nazajutrz, nie bez trudu dopilnowawszy, gdy Lutek wyszedł z domu, udał się na górę.
Ale chora nikogo nie przyjmowała bez wyjątku.
Powrócił do hotelu i wysłał do niéj list, proszący o posłuchanie w sprawie syna.
Podpisany nazwiskiem zmyśloném, nastraszył on Pawłowiczową, która się zlękła, czy Lutek nie popełnił czegoś, z czemby się przed nią taić musiał. Natychmiast kazała prosić Bartskiego, chociaż musiała go przyjąć w łóżku.
Drżała staruszka, gdy się zbliżył Bartski, którego poważna powierzchowność ją uspokoiła trochę.
Pan Waleryan bezimienny list dał jéj do przeczytania. Zaledwie nań rzuciwszy okiem, Pawłowiczowa przyznała się do wszystkiego.
Rozwiązana była wątpliwość.
— Ale państwo mi go nie odbierzecie! — zawołała staruszka. — Zlitujcie się nademną. Niewiele mi życia zostało, jego jednego tylko mam!
Bartski nadto cierpiał, ażeby nie umiał wejść w cudze uczucia i boleści.
— Będziemy się nim dzielić — rzekł cicho.
I popłakali się oboje.
Lutek miał wkrótce powrócić, nie ruszył się już stary i czekał na niego.
Zdumiony chłopak, poznawszy w gościu wczorajszą swą znajomość z ulicy, sam nie wiedział, co to znaczyć mogło.
Pawłowiczowa podjęła się ułatwić zbliżenie do dziadka.
— Lutku, jest to ojciec ojca twojego.
Bartski szeroko otworzył mu ramiona, chłopak się zawahał i rzucił się w jego objęcia. Zaczęły się opowiadania, tłómaczenia, objaśnienia, w których o hrabinie Idalii z obu stron unikano wspomnienia.
W pół godziny stary Bartski wiedział już, że miał przed sobą wnuka, którego nietylko się nie potrzebował wstydzić, ale się nim mógł pochwalić.
Lutek miał wszystkie świetne przymioty ojca, nie mając jego wad i lekkomyślności. Do późnego wieczora Bartski nie mógł się z nim rozstać, nacieszyć nim, nasłuchać go.
Pozostawało rozwiązanie w Krakowie i pozbycie się fałszywego wnuka w taki sposób, aby się na śmiech nie narazić i nie wywołać poczwarnych plotek.
Lutkowi chętnie pozwoliła Pawłowiczowa, aby dziadkowi towarzyszył.
Miał późniéj razem z dziadowstwem wrócić do Warszawy, gdyż obowiązków swych względem przybranéj matki wyrzec się nie chciał.
Bartski nadewszystko zdumiewał się bezinteresownością Lutka, który wcale się nie cieszył świetnością losu, jaki go czekał.
Pobłogosławiony na drogę, ruszył z dziadem do Krakowa.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.